Dobrze, że Francuzi zdołali dołożyć Niemcom jeszcze jedną bramkę. Niewiele brakowało, a trzeba by napisać, że autorem rozstrzygającego gola meczu był Włoch.

Pisząc przedostatni już komentarz o tegorocznych Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej, tym razem poświęcony półfinałom, mam niestety mniej do powiedzenia o samej piłce, a więcej o tym, co jak cień towarzyszy jej od dawna. O machinacjach, które pozostają zwykle brzydkimi domysłami, o domniemanych rozgrywkach przy „zielonym stoliku”, których być może nie było, wreszcie o dziwacznych decyzjach sędziów, które oczywiście mogą zapadać przypadkiem – choć co zrobić, że rozpatrywane post factum zdają się prowadzić do aż nadto zrozumiałych wyników?

Nie lubię o tym myśleć. Nie tylko dlatego, że nie chcę sobie psuć zabawy, ale że widzę aż nadto dowodów na zło, jakie wynika z wiary w teorie spiskowe. Jednak chodzi mi po głowie wyczytane w jakiejś książce pytanie, brzmiące tak mniej więcej: jeśli coś wygląda jak ryba, pachnie jak ryba i smakuje jak ryba – to na jakiej podstawie upierać się, że nie jest rybą?

Od końca fazy grupowej zwracała uwagę dziwaczna „drabinka” turnieju, która sprawiała, że na jednej ścieżce do finału zgromadziły się najwybitniejsze reprezentacje kontynentu: Niemcy, Włochy, Hiszpania, Francja i Anglia, z dodatkiem outsiderów: Słowacji, Irlandii i Islandii – na drugiej zaś drużyny oczywiście słabsze: Szwajcaria, Polska, Węgry, Walia, Irlandia Północna z dodatkiem stosunkowo silniejszych, ale przecież słabszych, niż tamte: Chorwacji, Portugalii i Belgii.

Póki nasz zespół był w grze, cieszyliśmy się z tego, wyglądało bowiem, że mamy zupełnie nadzwyczajną szansę dotarcia nawet do finału. Kiedy patriotyczne emocje opadły, trzeba jednak przyznać, że doprowadziło to do groteskowej różnicy w jakości półfinałów: ten z udziałem Walii i Portugalii był bodaj najnudniejszym meczem Euro, a jakości piłkarskiej było w nim tyle, co nic, wyjąwszy trzy minuty, podczas których Portugalia zrobiła, co miała zrobić, i awansowała do pojedynku kończącego Euro. Oglądając drugie spotkanie półfinałowe, czuło się zażenowanie, że obie pary są aż tak nierówne. Nawiasem mówiąc, nie oznacza to wcale teraz, że Portugalia jest bez szans: swój półfinał rozegrała dzień wcześniej i, prawdę mówiąc, nie namęczyła się zbytnio. Z całym szacunkiem, ale Walia nie okazała się na tym poziomie klasowym przeciwnikiem: wedle celnej złośliwości, którą znalazłem w internecie, na boisku znajdowali się po jej stronie Gareth Bale oraz dziesięć koszulek.

Od końca fazy grupowej zwracała uwagę dziwaczna „drabinka” turnieju

Zadałem sobie trud i przyjrzałem się raz jeszcze podziałowi na grupy eliminacyjne. Zapomnijmy na chwilę, jaki przebieg miał turniej, w którym doszło do paru niespodzianek i przyjrzyjmy się całkiem teoretycznie, co by było, gdyby reprezentacje potwierdziły na boisku jakość, której się po nich spodziewano. W tym celu wyobraźmy sobie, że z każdej grupy awansuje na pierwszym miejscu drużyna losowana z pierwszego koszyka, a na drugim – losowana z koszyka drugiego. W jednej ósmej finału mielibyśmy wówczas pary: Rumunia–Ukraina, Hiszpania–jakaś drużyna z trzeciego miejsca, Anglia–jakaś drużyna z trzeciego miejsca, Portugalia–Włochy; oraz: Niemcy–jakaś drużyna z trzeciego miejsca, Belgia–Czechy, Francja–Irlandia, Rosja–Islandia. Czyli na jednej ścieżce znaleźliby się, spośród faworytów, Hiszpanie, Anglicy i Włosi, a na drugiej jedynie Francuzi i Niemcy. Z tymi ostatnimi gospodarze mieli się spotkać dopiero w półfinale; w drugim półfinale zderzyliby się (wciąż prowadzę rozważania papierowe) Hiszpanie i zwycięzca meczu Portugalia–Włochy. Trudno nie widzieć, że gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, Francuzi godnego siebie przeciwnika spotkaliby dopiero w przedostatnim meczu turnieju, a ich groźni trzej przeciwnicy (Hiszpania, Portugalia, Włochy) wyeliminowaliby się nawzajem na swojej drodze.

Rzecz jasna nie ma żadnych dowodów, że to było ukartowane. Czy to jednak nie ryba? Ale ponieważ piłka nożna na szczęście, pomimo wysiłków działaczy i, jak się wydaje, niektórych sędziów, pozostaje dziedziną nieprzewidywalną, Anglicy i Hiszpanie zajęli drugie miejsce w swoich grupach i wylądowali na innej ścieżce prowadzącej do finału, niż im przygotowano. W ten sposób subtelne rozgrywki przy zielonym stoliku, których oczywiście mogło nie być, wzięły w łeb. Zabawne, że rywale Francji byli tacy, jak w moim teoretycznym modelu: Irlandia i Islandia, a potem Niemcy. Ale plan był „przekombinowany” i łącznie z zaskakującymi wynikami rozgrywek grupowych doprowadził do półfinału, który – gdybym nie poznawał niektórych zawodników z twarzy – mógłbym spokojnie wziąć za mecz ligowy i to rozgrywany przez zespoły z dołu tabeli. Poza wspomnianymi trzema minutami, podczas których błysnął geniusz Ronaldo i niebanalny talent Naniego.

Żebyż jeszcze drugi z półfinałów – wielki mecz Francji i Niemców – nie prowadził udręczonego telewidza do podobnych rozmyślań! Pierwsza połowa spotkania była wspaniałym pojedynkiem dwóch wartych siebie drużyn, z których Niemcy prezentowali się, poza samym początkiem, wyraźnie lepiej. Zdominowali przeciwnika i grali jak na Mundialu przed dwoma laty. Obrona francuska stawała jednak dzielnie, choć była to jedyna ich formacja, która w tym czasie mogła zaprezentować swój kunszt; mowy nie było o błyskawicznych i błyskotliwych atakach, do których dopuścili w ćwierćfinale Islandczycy. Sędziował Nicola Rizzoli, jeden z tych arbitrów, do których odczuwa się spontaniczny szacunek. Widowisko było przednie. I właśnie, kiedy piłkarze czekali na gwizdek, wzywający na przerwę, doszło do wydarzenia, o którym życzliwie można by powiedzieć tylko, że było kontrowersyjne.

Należy znać oczywiście miarę. Przed laty, podczas Mistrzostw Świata rozgrywanych w Korei i Japonii, sędzia meczu Korea Południowa–Hiszpania nie uznał Hiszpanom bodaj trzech prawidłowo zdobytych bramek, żeby gospodarze mogli grać dalej (Japonia odpadła wcześniej). Nie sposób było odpędzić myśl, że chodzi o wpływy z biletów: tylko w krajach o długiej tradycji piłkarskiej pojedynki innych reprezentacji cieszą się zainteresowaniem porównywalnym z występami własnej drużyny narodowej. Na pomeczowej konferencji rozgoryczeni Hiszpanie słusznie pytali, ile bramek trzeba strzelić gospodarzom turnieju, żeby uznano choć jedną. W porównaniu z tamtym wyczynem arbitra decyzja Rizzolego była jedynie dyskusyjna.

Podczas przepychanek na polu karnym zawodnicy poruszają się na obrzeżach przepisów. Pociąganie przeciwnika za koszulkę, odpychanie go rękami, czasem przypadkowy kontakt piłki z ręką – nawet nie tyle „zdarzają się”, ile należą do kłopotliwej, z punktu widzenia zasad gry, normalnej rzeczywistości. W swoim czasie mieliśmy pretensję do Howarda Webba, że w takich właśnie okolicznościach podyktował przeciwko nam rzut karny w końcówce meczu z Austrią. Casus Rizzolego był podobny: w obydwu sytuacjach sędzia miał prawo odgwizdać zabronione zagranie, jednak w większości przypadków sędziowie puszczają grę dalej. Także ci sami sędziowie, nawet w tym samym meczu! Oczywiście należy pamiętać, że na decyzję mają ułamki sekund, a granica między „takie rzeczy się zdarzają”, a „no nie, do tego już dopuścić nie mogę” jest – właśnie podczas zamieszania na polu karnym – bardzo niejasna. Niemniej kiedy to gospodarze turnieju są beneficjentami takiej decyzji, niezwykle trudno jest myśleć o arbitrze życzliwie.

Istnieje coś takiego, jak „duch gry” i wydaje się, że zgodne z nim byłoby w tym momencie powstrzymanie się od odgwizdania ręki. W rezultacie po przerwie nie mieliśmy już pojedynku dwóch godnych siebie rywali, Francuzi odzyskali pewność siebie, a kiedy w dodatku kontuzji doznał Boateng, obrona niemiecka się rozsypała i można było dołożyć Niemcom jeszcze jedną bramkę. Dobrze, że chociaż tyle; niewiele brakowało, a trzeba by napisać, że autorem rozstrzygającego gola meczu był Włoch.

Nieuczciwie byłoby pominąć fakt, że Niemcy w formie sprzed dwóch lat daliby sobie radę nawet w takich warunkach. I że znakomity napastnik francuski Antoine Griezmann mógłby, czemu nie, i bez karnego doprowadzić do wyeliminowania drużyny Loewa. Jednak – czekając na finał tegorocznego Euro – pozostaje mi opłakiwać nie tylko lubiane przeze mnie reprezentacje Hiszpanii, Niemiec czy Polski, którym się nie powiodło, ale również marzenie o pełnej czystości i przejrzystości futbolu. Cóż zrobić? Iść za marzeniem, ciągle iść za marzeniem, jak napisał pewien polsko–angielski autor.