Dla mnie „Biała wstążka” to obraz nie tylko o dramacie dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, którzy mają wybierać między wizją Boga bezwzględnego, mściwego i okrutnego (żywym jego wcieleniem staje się pastor) a brakiem Boga. Czyli jest to wybór między takim Bogiem, który w istocie nie istnieje – bo Bóg jest Miłością, nie mścicielem – a nieistnieniem Boga.

Po paru latach obejrzałem jeszcze raz „Białą wstążkę” Michaela Hanekego. Co jakiś czas warto wracać do wybitnych dzieł i odkrywać je na nowo. Rzeczywistość dookolna, to nasze „tu i teraz”, nadaje dziełom ponadczasowym nowe sensy.

I znowu podczas oglądania miałem nieustannie wrażenie pustki, tak jakby wszystko się rozpadło, zdechło, tak jakby w tej małej społeczności, w której umiejscowił akcję filmu reżyser, nie było już miejsca nie tylko dla ludzkich uczuć, ale po prostu dla ludzkich odruchów. W wywiadzie dla „Dużego Formatu” Haneke, syn protestanckiego pastora, mówił o systemie wychowawczym, który prowadził do akceptacji zła uznanego za dobro. Dziecku odbierano naturalną potrzebę wątpienia i pytania. Haneke mówi: „Nie uczono tolerancji, empatii, tłumiono ciekawość wobec świata, wrażliwość, okazywanie słabości. Dorośli karali za najmniejsze przewinienia, także za spontaniczne zachowania. Kary były niewspółmierne do win”. Dla reżysera symboliczną sceną jest ta, kiedy dzieci pastora spóźniają się na kolację i za karę muszą iść głodne spać, ale na dobranoc całują ojca w rękę. I tak – twierdzi reżyser – pod powierzchnią posłuszeństwa, dyscypliny, dobrych manier i wypełniania obowiązków religijnych toczy się okrutna gra pozorów. Dzieci to dostrzegały. Haneke ten dramatyczny obraz umieszcza w ramach purytańskiego protestantyzmu, bo to jest jego doświadczenie. Podobnie było z Ingmarem Bergmanem, który również był synem pastora. Szwedzki mistrz też rozlicza się z dramatycznym dzieciństwem, a w „Fanny i Aleksandrze” obraz wspólnoty protestanckiej jest jeszcze bardziej przerażający niż u Hanekego.

Ale nie pocieszajmy się: okrutna gra pozorów może dotknąć także katolików. I wierni to widzą, podobnie jak dzieci z „Białej wstążki” widziały hipokryzję najbliższego im świata. Haneke przyznaje, że wychował się na wartościach protestanckich: dyscyplina, posłuszeństwo, oszczędność, pracowitość, schludność, punktualność – i one naznaczyły na zawsze jego osobowość. Do dziś protestantyzm kojarzy mu się z o wiele większym niż w katolicyzmie rygoryzmem moralnym i wyrzeczeniami. Wyczuwam u protestanta Hanekego jakiś rodzaj sympatii do katolicyzmu – jako bardziej …. liberalnego.

Terror niewinności zaprowadzają zazwyczaj ludzie ogarnięci żądzą władzy

Konsekwencją zła jest zło, okrutny rewanż, nie wiadomo przez kogo popełniony, nie jest to zresztą istotne. Po prostu zło rodzi zło. A poza tym życie toczy się utartym szlakiem: ludzie rodzą się, zawierają małżeństwa, więc chyba się kochają, wcześniej przystępują do konfirmacji, potem zdradzają, rozwodzą się i w końcu umierają. Wydawałoby się normalne życie. Nic z tego. Haneke pokazuje nam wyrafinowany związek między winą i karą, jak u Dostojewskiego. Wymuszanie na dziecku „stanu niewinności” prowadzi do eskalacji zbrodniczego zła. Symbolem staje się tytułowa biała wstążka przypinana dziecku na czas trwania kary.

Terror niewinności prowadzi do terroru zbrodniczego. Terror niewinności, absolutną czystość, zaprowadzają zazwyczaj ludzie zdeprawowani, ogarnięci żądzą władzy, fałszywie roztaczając przed ludźmi swoje pseudoidee, zazwyczaj narodowe, nacjonalistyczne.

U Hanekego wszystko poprzedza jednak bunt okresu dojrzewania, który prowadzi do jeszcze większego zwyrodnienia, i ostatecznie do zaakceptowania terroru niewinności, a nawet do nasilenia go. Życie bez żadnego autorytetu jest jak kompas bez wskazówek – mówi reżyser. W rezultacie dziecko przestaje odróżniać dobro od zła. Haneke chciał, żeby jego film był protestem przeciw wychowywaniu młodych ludzi w duchu „ideologii absolutnej, dogmatycznej i jedynie słusznej”. Ortodoksyjny fundamentalizm: prawicowy, lewicowy czy religijny tworzy katastrofalne skutki dla świata, jak choćby terroryzm albo systemy totalitarne, bądź quasitotalitarne, pozorujące demokrację. Wielu interpretatorów dzieła austriackiego reżysera twierdzi, że „Biała wstążka” to film o narodzinach faszyzmu. Bo przecież dzieci z tej małej wioski, wychowywane w duchu totalitarnym, z chwilą pojawienia się Hitlera będą osiągały dorosłość. I to właśnie ci młodzi będą wstępować do NSDAP, a potem do SS i SA. Taka interpretacja jest uprawniona, pamiętać jednak należy, że sposób ukazania przez reżysera eskalacji zła wewnątrz człowieka ma uniwersalne znaczenie. Zło może przeniknąć do każdej społeczności i do każdej istoty ludzkiej.

Na pewno okrutny patriarchalny świat ukazany w filmie jakoś współgra ze światem Hitlera, a ten typ wychowania pasuje także do faszystowskiej rzeczywistości, czy to w wersji Mussoliniego, Franco bądź Salazara, tym niemniej źródła faszyzmu są zapewne o wiele głębsze.

Bestia może mieć jednak atrakcyjną twarz. Widać to choćby „Zmierzchu bogów” Luchino Viscontiego. W tym znakomitym filmie obserwujemy bojówki SA w czasie czerwcowej zabawy w 1934 roku. Widz wie że to ostatnie momenty ich życia, bo za kilka godzin rozpocznie się „noc długich noży”, w czasie której SS w ramach wewnątrzpartyjnych rozgrywek wymorduje wszystkich uczestników zabawy, łącznie z przywódcami SA. Visconti pokazuje twarze, a właściwie zbliżenia oczu młodych chłopców i dziewcząt, obejmujących się z czułością, wierzących do końca w swojego Hitlera i śpiewających porywającą pieśń do słów Horsta Wessela, hymn nazistów: „Die Fahne Hoch”. Przejmująca scena. Sam Wessel został „kanonizowany” zaraz po śmierci w 1930 roku, bo zamordował go prawdopodobnie komunista, a jego utwór był śpiewany do końca wojny jako nieoficjalny hymn zamiast hymnu państwowego. Gdyby żył zostałby zapewne rozstrzelany, wraz ze swoimi przyjaciółmi z SA. Młodzi faszyści z filmu Viscontiego jeszcze niedawno byli niewinnymi dziećmi, jak ci z filmu Hanekego. Dziś wierzą w ideę, która ma dać im szczęście i panowanie, jeszcze nie wiedzą, że za chwilę z rozkazu tego, któremu zawierzyli siebie i któremu służyli, zostaną zamordowani. Bo nie było żadnej idei, tylko obłąkańcza żądza władzy. Ale oni tego nie wiedzieli, tak fanatycznie pojmowali swój „patriotyzm”. Być może w tamtym czasie dzieci niejednego pastora padły ofiarą „nocy długich noży”, albo też znaleźli się w szeregach zbrodniczych esesmanów. Zachłyśnięcie faszyzmem widać także w słynnej scenie z „Kabaretu” Boba Fosse’a.  Bohaterowie słuchają piosenki śpiewanej przez niewinnego chłopca o jasnych włosach i wyglądzie cherubina. Wszystko dzieje się na niedzielnej potańcówce  w jakiejś bawarskiej wsi. Chłopak śpiewa o przyrodzie, motylach, jelonkach….; nagle w refrenie przechodzi w ton podniosły i patetycznie wyśpiewuje, że ten świat będzie należał do nas: „Tomorrow belongs to me”. Kamera pokazuje jego ramię, widać swastykę. Oto niewinność zaprzedana złu. Może ten chłopiec nie popełni zbrodni, a w przyszłości zostanie reżyserem, pisarzem albo księdzem. A może do końca zostanie wierny złu. Tego nie wiemy, widzimy tylko dramat chłopca, którego porwała fałszywa ideologia.

Fascynacja faszyzmem nie jest tylko odreagowaniem przeżyć z dzieciństwa, tak samo jak fascynacja komunizmem nie jest konsekwencją traum przeżytych w młodości. Może to być tylko jeden z elementów składających się na genezę „zniewolenia umysłów”. Gdybyśmy jednak tylko w ten – psychologiczny – sposób rozumieli „Białą wstążkę” Hanekego, to spłaszczylibyśmy przesłanie tego dzieła. Więc o czym jest to film? Dla mnie to obraz nie tylko o dramacie dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, którzy mają wybierać między wizją Boga bezwzględnego, mściwego i okrutnego (żywym jego wcieleniem staje się pastor) a brakiem Boga. Czyli jest to wybór między takim Bogiem, który w istocie nie istnieje – bo Bóg jest Miłością, nie mścicielem – a nieistnieniem Boga.

Czasami wydaje mi się, że przed takim tragicznym i zabójczym wyborem stają dzisiaj młodzi ludzie w Polsce, i nie tylko młodzi. Chrześcijaństwo jakby zanikało, co nie wszyscy dostrzegają w Kościele, a może nawet to zanikanie akceptują, zachowując znakomite samopoczucie. Politycy i przedstawiciele Kościoła mogą wypowiedzieć na oficjalnych uroczystościach kilka ładnie brzmiących zdań, że dla nacjonalizmu nie ma miejsca; trzeba docenić wagę tych słów i mieć nadzieję, że nie wypływają one tylko z politycznej poprawności. Ale rzeczywistość skrzeczy: akceptacja – a może lepiej powiedzieć: tolerancja – dla takich postaw jest coraz większa. I to z powodów czysto koniunkturalnych, bądź – co gorsza – ze strachu. Koniunkturaliści tłumaczą: „bo to nasz elektorat”, a ci przestraszeni podkreślają: „to przecież katolicy” (tak przynajmniej o sobie mówią). Krótkowzroczne to postawy i samobójcze.

Niebezpieczeństwo wisi nad nami, i Europą. To widać, to słychać, to czuć.

A przy wyborze między Bogiem, który nie istnieje, a nieistnieniem Boga łatwo ulec skrajnościom i śpiewać pieśni podobne do tych, które śpiewali chłopcy z SA, czy młodzi ze stalinowskiej SP (Służba Polsce) w PRL w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Zaczyna się znowu poszukiwanie Boga na ziemi, poszukiwanie Boga na swój obraz i swoje podobieństwo – i znajdą go, i jemu będą oddawać hołd.

Wiem, ktoś teraz powie, że kraczę i przesadzam. Wolę krakać i przesadzać niż uprawiać symetrię.