Obywatele wiedzą już, co prezydent i premier myślą o pogromie kieleckim. Trzeba to docenić. Wciąż jednak nie wiedzą, co prezydent i premier myślą o współczesnych ekscesach ksenofobicznych.

Uważnie przyglądałem się obchodom 70. rocznicy pogromu kieleckiego – także częściowo w nich uczestnicząc. W ostatnich miesiącach odbyło się kilka konferencji, podczas których dyskutowano zarówno kwestie historyczne, jak i moralne. Godnym upamiętnieniem ofiar były, jak zwykle, modlitewne obchody zorganizowane przez kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego pod kierownictwem Bogdana Białka.

Z punktu widzenia jakości polskiego życia publicznego warto jednak spojrzeć przede wszystkim na „oficjalny” aspekt obchodów. Skupię się więc na podkreśleniu – sięgając do klasycznego zwrotu Lecha Wałęsy – plusów dodatnich i plusów ujemnych związanych z udziałem przedstawicieli władz państwowych w kieleckiej rocznicy.

Plusy dodatnie

Z dużym uznaniem przyjmuję list premier Beaty Szydło do organizatorów i uczestników niedzielnej kieleckiej ceremonii modlitewnej. Szefowa rządu napisała w nim m.in.: „Jest w polskiej historii wiele kart chwalebnych i wspominanych z dumą. Pamiętać trzeba jednak także o wydarzeniach zasługujących na potępienie. Takim wydarzeniem jest pogrom kielecki (…). Ta tragedia wciąż jest badana przez historyków, ale trzeba podkreślić, że żadna prowokacja nie może być usprawiedliwieniem dla nienawiści i przemocy. Nie ma w Polsce przyzwolenia na piętnowanie ze względu na wyznanie i nie ma miejsca na rasizm”.

Nic dodać, nic ująć. Wydaje mi się, że od czasu Włodzimierza Cimoszewicza żaden polski premier nie zabrał głosu w tej sprawie tak wyraźnie i jednoznacznie (proszę Czytelników o przypomnienie, jeśli o czymś zapomniałem).

Następnego dnia hołd ofiarom pogromu złożył prezydent Andrzej Duda. Najpierw modlił się przy grobie ofiar pogromu na cmentarzu żydowskim wraz z naczelnym rabinem Polski, Michaelem Schudrichem, a następnie wziął udział w ceremonii przy ul. Planty 7/9, na miejscu zbrodni. Nawet gdyby nie powiedział nic sensownego, byłby to już fakt godny odnotowania. Oto bowiem Duda stał się pierwszym urzędującym prezydentem RP, który 4 lipca wziął udział w obchodach rocznicy pogromu kieleckiego. Ale z ust głowy państwa padły też bardzo ważne słowa.

W swym wystąpieniu prezydent kreślił wizję Polski, która winna być „państwem wolności, wzajemnego szacunku i (…) dobrego współżycia”. Podkreślał, że „w wolnej, suwerennej i niepodległej Polsce nie ma miejsca na jakiekolwiek uprzedzenia: na rasizm, ksenofobię, nie ma miejsca na antysemityzm. Takie zachowania, choćby w najdrobniejszym przejawie, muszą być w Polsce w sposób zdecydowany piętnowane, bo tylko wtedy Polska będzie prawdziwie wolnym państwem dla wszystkich swoich obywateli”.

Duda mówił na miejscu zbrodni o wymiarze państwowym pogromu (bestialstwie i bierności służb mundurowych) i o wymiarze społecznym, czyli współudziale zwykłych mieszkańców. W tej ostatniej kwestii podkreślił: „nie ma żadnego usprawiedliwienia dla antysemickiej zbrodni. Nie ma i nie będzie!”. Dziękował strażnikom pamięci o ofiarach. Zachęcał, by Muzeum Polin stało się – obok Muzeum Powstania Warszawskiego – „stałym punktem wycieczek szkolnych”.

Po przemówieniu prezydent zwiedził poruszającą wystawę „Wspomnijcie na minione dni” zorganizowaną w siedzibie Stowarzyszenia im. Jana Karskiego, czyli w kamienicy przy Planty 7/9. Wystawa upamiętnia ofiary pogromu, informuje o przebiegu zdarzeń, prezentuje dokumenty ze śledztwa i fragmenty zeznań sądowych. Na ekranach prezentowane są wspomnienia świadków i inne dokumentalne materiały filmowe. Część z nich dostępna jest w wysokiej rozdzielczości, ze zbliżeniami twarzy – mieszkańcy Kielc mogą więc szukać na nich swoich bliskich.

Jednoznacznie zatem Andrzej Duda postanowił w dziedzinie relacji polsko-żydowskich bezpośrednio nawiązywać do dobrego dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego. Swoją drogą, szkoda, że „Gazeta Wyborcza” zlekceważyła obecność prezydenta w Kielcach i jego wystąpienie. Zasłużyło ono na łamach dziennika jedynie na malutką wzmiankę. To kolejny przykład stronniczości tego pisma, które nie pozwala ukazywać publicznie pozytywnych stron działalności nielubianego polityka, nawet w sprawie tak dla „GW” istotnej jak potępienie antysemityzmu.

Plusy ujemne

Ale jest także druga strona medalu. Mam przede wszystkim na myśli dziwaczne zabiegi instytucji państwowych przed kielecką rocznicą. Przedstawicielom niektórych nie mogło przejść przez usta (tzn. przez klawiaturę) słowo „pogrom”. Kancelaria Prezydenta i (niezależnie) Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zapraszały w ubiegłym tygodniu na obchody „70. rocznicy tragicznych wydarzeń w Kielcach”. Tak jakby słowo „pogrom” parzyło…

Dopiero po przemówieniu prezydenta Dudy zaczęto na stronach internetowych jego kancelarii i MKiDN używać słowa „pogrom”. Ale za to cytowanego wyżej listu premier Szydło wciąż nie da się znaleźć na stronach jej kancelarii.

Te kłopoty służb informacyjnych instytucji państwowych stają się zrozumiałe, gdy przeczytamy komentarze prawicowych internautów do tekstu przemówienia głowy państwa. Powtarza się sytuacja, o której pisałem po opublikowaniu przez prawicowych intelektualistów „Listu do patriotów” potępiającego antysemityzm. Internauci mieszają z błotem prezydenta, „Żydopachoła IV Żydopospolitej”, któremu tylko „pejsów brakuje”, itd. itp.

Trudno więc nie przypomnieć, że 18 maja 2015 r. w przedwyborczej debacie telewizyjnej z Bronisławem Komorowskim Andrzej Duda zrobił wyraźny ukłon w stronę antyżydowsko nastawionych wyborców, zadając – i to jako pierwsze! – pytanie o postawę wobec mordu w Jedwabnem. Wypominał wówczas urzędującemu prezydentowi jego słowa „Naród ofiar musiał uznać niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą”. Samym faktem zadania tego pytania w taki sposób kandydat Duda nieodwracalnie zraził do siebie jakąś część wyborców, ale też zapewne inny elektorat mógł do siebie przekonać.

Dziś sytuacja się odwróciła. Andrzej Duda zachowuje się w Kielcach w sposób godny głowy państwa polskiego – i w reakcji otrzymuje (z bastionu swego politycznego zaplecza, jakim są czytelnicy portalu wPolityce.pl) lawinę antysemickich komentarzy pod swoim adresem. Niestety, nie od dziś wiadomo, że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę.

Za kilka dni przypada 75. rocznica mordu w Jedwabnem – i również w tej sprawie prezydent Duda powinien zabrać głos. Rozumiem, jak trudne jest dla niego balansowanie pomiędzy sprzecznymi oczekiwaniami. Ale jeśli ma się wybór między racjami moralnymi, o których przypomina sumienie, a sprzyjaniem nienawiści – to nie ma się wyboru. Przynajmniej jeśli chce się być człowiekiem honoru.

Problem niedzisiejszy?

Jest jednak jeszcze ważniejszy sprawdzian politycznych deklaracji potępiających rasizm i ksenofobię. Łatwo bowiem wypowiada się takie słowa w odniesieniu do przeszłości, trudniej – do teraźniejszości. Obywatele wiedzą już, co prezydent i premier myślą o pogromie kieleckim. Trzeba to docenić. Wciąż jednak nie wiedzą, co prezydent i premier myślą o współczesnych ekscesach ksenofobicznych, jak znieważanie czy bicie obcokrajowców, które w Kielcach przypominał Bogdan Białek.

Może paradoksalnie reakcje znacznej części prawicowych internautów na przemówienie prezydenta Dudy przekonają kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości, że antysemityzm i ksenofobia to nie tylko kwestia historyczna, lecz także współczesna? Że trzeba jasno oceniać dzisiejsze zagrożenia, bo inaczej słuszne opinie o wydarzeniach z przeszłości staną się niewiarygodne? Przecież – że przypomnę słowa prezydenta z Kielc – „takie zachowania, choćby w najdrobniejszym przejawie, muszą być w Polsce w sposób zdecydowany piętnowane”.

Po takiej deklaracji dalsze lekceważenie i przemilczanie nacjonalizmu w wydaniu ONR czy kiboli już nie przystoi. Tu nie chodzi o sympatie polityczne, lecz o to, co wolno w Rzeczypospolitej Przyjaciół, o której mówił Andrzej Duda w Kielcach.