Cztery dramaty: nie, nie tragedie, ale spektakle dramatyczne z wyrazistymi bohaterami, konfliktami, emocjami. Takie były cztery ćwierćfinały tegorocznego Euro.

DRAMAT PIERWSZY, czyli Chcieć za mało

W pierwszym spektaklu udział wzięła reprezentacja Polski, która walczyła z Portugalią. Pierwszych kilka minut spotkania to było może najlepszych kilka minut polskiej piłki nożnej od czasu zwycięstwa nad Belgią w 1982 roku. Jedną z najszybszych bramek tych mistrzostw zdobył Robert Lewandowski, potwierdzając jałowość narzekania na jego formę strzelecką. Kapitan drużyny harował przez wszystkie mecze z wielkim pożytkiem dla drużyny, cofał się, żeby rozegrać piłkę, i na dobrą sprawę można mieć do niego żal jedynie o niewykorzystanie znakomitej sytuacji na początku pojedynku ze Szwajcarami.

Tym razem tamtego błędu nie popełnił i wyglądało na to, że reprezentacja właśnie wjeżdża na autostradę prowadzącą prosto do finału. Powiedzmy bowiem – lekceważąc dalszy przebieg wydarzeń – że seria przeciwników, których należało pokonać, by 10 lipca zagrać o puchar, była w zasięgu polskich możliwości: Szwajcaria, Portugalia, Walia. To jednak inna półka niż alternatywny ciąg: Hiszpania, Niemcy, Francja. Zwycięstwo nad którymkolwiek rywalem z tej ostatniej trójki byłoby na Euro sensacją. Tymczasem wystarczyło dowieźć do końca prowadzenie, na które polscy piłkarze wyszli w 2 minucie meczu z Portugalczykami…

To ostatnie zdanie oddaje chyba myśl, która zakradła się do polskiego obozu. A była to myśl niedostatecznie szalona i przez to – prowadząca do klęski. Zdaję sobie sprawę, że wszelkie oceny formułowane przez telewizorem skażone są oczywistą a wstydliwą różnicą między doświadczeniem widza a doświadczeniem uczestnika pojedynku. Ten pierwszy, choćby jego serce biło ponad sto pięćdziesiąt razy na minutę, nie zna reżimu treningów, zmęczenia sezonem, tremy występowania przed wielką publicznością, konieczności podejmowania decyzji w ułamku sekundy – a jego wysiłek mięśniowy sprowadza się do sięgania po piwo i chipsy (jeśli wierzyć reklamie, że to idealny zestaw dla fana piłki nożnej). Emocje piłkarza nie są tymczasem aktami psychicznymi, lecz organicznymi: w mecz zaangażowane jest całe ciało i przede wszystkim ciało. Świadom tego faktu, ośmielam się jednak napomknąć (rozwijając zresztą treść jednego z pomeczowych komentarzy): polska reprezentacja była świetnie przygotowana i niewątpliwie wypadła lepiej niż jakakolwiek nasza drużyna od trzydziestu lat, ale brakowało jej tego „hop, do przodu”, jakie cechowało Islandczyków czy Walijczyków.

Oczywiście, że podejmowanie otwartej gry z Cristiano Ronaldo i jego kolegami byłoby nieroztropne – ale kto wie, czy właśnie dlatego, jako zaskakujące i nierozumne, nie mogło przynieść sukcesu. Cofnięcie się pod własną bramkę, jakże podobne do strategii przyjętej ze Szwajcarami – a tak już zdecydowanie działo się w drugiej połowie i dogrywce ćwierćfinału – mogło doprowadzić co najwyżej do rzutów karnych. Obrona, bieganie bez kontaktu z piłką, spala zresztą zawodnika bardziej niż atak. Toteż po 90 minutach trudno już było mieć pretensję o brak sił.

Piłkarskiego losu nie wypada kusić więcej niż raz. Ze Szwajcarią pomylił się w serii karnych zawodnik naszych rywali. Z Portugalią – jeden z naszych. I polscy piłkarze wracają w nastroju zabawnie skomplikowanym: bo osiągnęli przecież więcej niż drużyny Engela, Janasa, Beenhakkera, Smudy, Fornalika, ba, niż druga reprezentacja Piechniczka (na Mundialu w 1986 odpadła w jednej ósmej finału) – a zarazem mniej niż prawdopodobnie można było. Cóż: dziękujemy i zdecydowanie poprosimy o więcej…

DRAMAT DRUGI, czyli Przecież jesteśmy lepsi

Jeśli polski kibic miał po przegranej z Portugalią minę niezbyt tęgą, co powiedzieć o kibicu belgijskim? Po brawurowym zwycięstwie w jednej ósmej finału nad Węgrami (4:0) Belgowie mieli prawo czuć się faworytami. Mnie wprawdzie przez cały turniej denerwował ociężały Lukaku, ale dryblingi i dośrodkowania takiego Hazarda zdawały się predestynować go do gry w Barcelonie (w moim prywatnym słowniku jest to największa pochwała, jaką umiem wymyślić dla zawodnika). Walijczycy ze swoim niewyrafinowanym futbolem z Wysp nie mieli, na zdrowy rozum, argumentów (mimo istnienia Bale’a). Ten mecz wprost musiał się zakończyć zwycięstwem Belgii.

Tylko że (niech mi wolno będzie zaryzykować tezę domorosłego psychologa społecznego) Belgowie też to wiedzieli. Pierwszy kwadrans meczu i gol na 1:0 całkowicie potwierdzały ich spokój. Dominowali na boisku. To prawda, że Lukaku chronicznie nie zdążał, a rajdy Hazarda, wciąż olśniewające, coraz częściej przebiegały nie wzdłuż, a w poprzek boiska. Jednak bardzo wolno odsłaniała się intryga tego dramatu: oto drużyna, która wiedziała, że wygra, spotkała się z drużyną, która wygrać chciała. Powiedzenie „chcieć to móc”, zawsze raziło mnie przesadnym optymizmem, a przecież raz na jakiś czas przydarza się chwila, która każe pesymiście zamilknąć. Ta nastąpiła właśnie w piątek 1 lipca. Walijczycy wygrali, bo nie przyjmowali do wiadomości, że z Belgami wygrać nie mogą. 

DRAMAT TRZECI, czyli Fatum nie chce się odezwać

Mimo mojego narzekania na tradycje włoskiej piłki, dołączam się do powszechnego głosu, że spotkanie Włochy-Niemcy było przedwczesnym finałem. Mecz, pełen obustronnego szacunku dla przeciwnika (czy może: obustronnej obawy), był pasjonującym pojedynkiem potworów. Jakkolwiek wydawało się, że Niemcy delikatnie przesuwają na swoją stronę idealną zrazu równowagę wartości obydwu drużyn i już-już zaczynają kontrolować spotkanie, ostatecznie doszło do wyrównania, pełnej napięcia, ale bezbramkowej dogrywki i rzutów karnych.

Z zakłopotaniem przyznaję, że pamiętam jeszcze, kiedy takie pojedynki rozstrzygał rzut monetą. Serie karnych niewiele się od tego ostatniego różnią, ale jednak mają jakiś związek z wytrenowaniem drużyny, choć ociera się o sadyzm sprawdzanie banalnej z pozoru umiejętności zawodników wymęczonych 120 minutami gry i wystawianie ich na ocenę pojedynczo (w tym momencie nie mają żadnego alibi w rodzaju „podanie było niedokładne”, albo „obrońca mnie faulował, a sędzia nie zagwizdał”).

Powiada się, że nie ma dobrze obronionych karnych, a tylko źle strzelone: mocno uderzona piłka przelatuje 11 metrów w około 0,3 sekundy i jeśli skierowana jest dokładnie koło słupka, nie ma fizycznej możliwości, by bramkarz zdążył zareagować. Mimo to wolno było zobaczyć w tej puencie spotkania Włochy-Niemcy konfrontację dwóch, być może, najwybitniejszych bramkarzy świata: Buffona i Neuera. Wygrał ją ten drugi – także dlatego, że dwukrotnie odbił piłkę, gdy Niemcy, jeśli nie strzelali, to dlatego, że nie trafiali w światło bramki – ale stało się to dopiero w dziewiątej kolejce rzutów karnych. Jakby samo Fatum, zapatrzone w wydarzenia na boisku, długo nie mogło się zdecydować, kto ma przejść dalej… 

DRAMAT CZWARTY, czyli „Lecz nie dokaże wyrok”…

Po brawurowym zwycięstwie nad Anglią spodziewałem się, że Islandczycy narobią Francuzom niemało kłopotu – i czterobramkowe prowadzenie gospodarzy do przerwy przyjąłem z pewną melancholią. Chciałoby się być świadkiem narodzin legendy, tymczasem wyglądało na to, że w poprzedniej rundzie byliśmy świadkami jedynie fuksa. Gotów byłem uwierzyć, że nawet rodakom Deschampsa jest trochę przykro.

Ale przebieg ostatnich 45 minut, jeśli nie ucieszył miłośników futbolu, to miał prawo ucieszyć humanistów. Reprezentacja Islandii, bezwzględnie egzaminowana z umiejętności dryblingu, szybkiej wymiany podań, nieschematycznych zagrań – egzaminowana z wynikiem jawnie niedostatecznym – jakby przeczytała w szatni frazę Hektora z „Iliady”: „Lecz nie dokaże wyrok, bym nikczemnie zginął, / Spełnię czyn, którym będę w późne wieki słynął”.

Faktem jest, że Francuzi podeszli do reszty spotkania z kontrolowaną beztroską, jakby zawodowcy chcieli przypomnieć sobie radość kopania piłki na podwórku, gdy jedyna myśl taktyczna to „wszyscy atak, wszyscy obrona”, przy czym każdy chłopiec poważnie przyjmuje pierwszą część tego hasła, a drugą zazwyczaj puszcza mimo uszu. W rezultacie jednak zobaczyliśmy Islandczyków pięknych duchem, którzy nie czekają ostatniego gwizdka sędziego niczym zmiłowania (jak zrobiłaby miażdżąca większość przegrywających aż tak reprezentacji), lecz, zaledwie dostali od przeciwnika taką szansę, pokazują charakter i grają jak gdyby nie znali wyniku. W efekcie dociągnęli do 2:5 i nie przypuszczam, by wśród miłośników futbolu znalazł się choć jeden, kto ich drużyny nie pożegnałby z podziwem i sympatią.