Andrzej Kondratiuk wyznał kiedyś: – „Kiedy się słyszy wyrok na siebie, można się załamać. I wielu ludzi się załamuje. Godzą się z losem. A ja się buntowałem. Podejrzewam, że nie jestem duchem pogodzonym”. Przed trzema dniami pożegnaliśmy tego wybitnego reżysera.


Odwieczny problem z umieraniem i cierpieniem najbliższych.  Bolesnym umieraniem. Odchodzą. W tej rzeczywistości, na tym świecie – już ich nie dotkniemy, nie usłyszymy ich głosu, nie poczujemy ich oddechu, nie pokłócimy się z nimi, już nie wpadniemy sobie w objęcia z czułością. Koniec!

Jaki to wszystko ma sens. Śmierć sama w sobie nie ma sensu; tak samo cierpienie; nabierają go dopiero — tak wierzę — w perspektywie zbawczej śmierci Jezusa, poprzedzonej niewyobrażalnym cierpieniem na drodze krzyżowej i na samym krzyżu. Bez śmierci nie ma życia. Tajemnica i milczenie!

Śmierć dla wierzącego nie jest łatwiejsza niż dla niewierzącego. Zarówno wierzący, jak i niewierzący pragną śmierć i cierpienie jakoś zracjonalizować, zrozumieć. Najczęściej to się nie udaje. Bunt jest naturalny. W końcu – jak słyszeliśmy we fragmencie ewangelii Janowej — nawet Jezus, Bóg — Człowiek, zapłakał nad grobem swojego przyjaciela, Łazarza. Bóg zapłakał.

Myśląc o śp. Andrzeju przypomniałem sobie zdanie  z „Wojny i pokoju” Lwa Tołstoja. Znalazłem ten fragment. Pisał Tołstoj: „każdy człowiek ma swe właściwości i swą własną, skomplikowaną chorobę, której medycyna nie zna, nie chorobę płuc, wątroby, skóry, serca, nerwów itd., zarejestrowaną w medycynie, lecz chorobę polegającą na jednej z niezliczonych kombinacji cierpień tych organów”.  Ciało i dusza.

Szukajmy zatem sensu śmierci i odchodzenia, ze świadomością, że tego sensu do końca nie znajdziemy. Ale może choć trochę zrozumiemy coś z siebie i z innych. Że po śmierci jest życie? Wierzę, że tylko On, Bóg, to wszystko pojmuje.

W „Słonecznym zegarze” , filmie śp. Andrzeja, jest taki dialog:
— Wiem, że nie lubisz, kiedy kłócę się z Bogiem.
— Nie bądź śmieszny. Myślisz, że on cię słucha.
— Jeżeli jest to słucha.
— A jeżeli go nie ma?
— To też będę krzyczał.
— Po co?
— Żeby ludzie myślący podobnie jak ja nie czuli się osamotnieni.

Urodził się w 1936 roku w Pińsku. Potem Sybir. Doświadczenie które naznaczyło go na całe życie. Trzy lata gdzieś za Archangielskiem. Z matką i ojcem. Tratwami uciekali do armii Andersa. Zatrzymani w Kazachstanie. Rodzice zmuszani do przyjęcia obywatelstwa sowieckiego. Nie ulegli, choć ojca bili, a matkę zastraszano.

Andrzej już zobaczył Niewidzialnego. Wniebowzięty.

To chyba tamte dramatyczne lata są kluczem do zrozumienia wyborów życiowych śp. Andrzeja. Kochał naturę, przyrodę, przestrzeń. Pole arbuzowe, na które nie można było wchodzić, bo strażnicy od razu strzelali, podejrzewając — nie bez racji — że bezinteresownie nikt tego pola nie zwiedza.

Andrzej unikał zamkniętych przestrzeni. Stąd zapewne to Gzowo, gdzie zamieszkał wraz z żoną, Igą, i tworzył  filozoficzne, refleksyjne i ciepłe filmy. Osobne, z „kondratiukowym” charakterem pisma, niepodrabialnym przez nikogo. Groteska, liryzm, żart i kosmos. Miał Andrzej swoje miejsce na ziemi, dosłownie i w przenośni. Ten kawałek własnej ziemi między Pułtuskiem a Serockiem. Wiejska chałupa, staw zamarzający zimą, mur, koło młyńskie i mokradła.  Barbara Hollender tak opisuje tę  przystań Kondratiuków: „Miejsce, gdzie nie można było wykopać studni głębinowej, więc nie było mowy o żadnej łazience. Wodę trzeba było przynieść w kanistrach od sąsiadki — pani Tereski, wlać do wanny i podgrzać grzałką. Tam już powstał „Gwiezdny pył” — pełna poezji opowieść o dwojgu starych ludziach, którzy żyją w zgodzie z prawami natury”. Film o miłości zwyczajnej i przyjaźni doskonałej; dwoje bohaterów steranych życiem łączy miłość i przyjaźń, która nie jest luźnym związkiem uczuciowym, ona jest środowiskiem, światem i siłą.

Była, jest, w jego filmach przewrotność, absurdalny humor, bo może tylko poprzez absurd można pokazać piękno człowieka, jest donkichoteria i romantyzm. Przypomniałem sobie w ciągu tych ostatnich dni kilka jego filmów. „Cztery pory roku” (zrobił je głównie po to, by utrwalić na taśmie ostatnie miesiące odchodzącego nieubłaganie ojca; obdarował ojca na koniec pięknem, umieranie wśród natury, nie na szpitalnym łóżku); „Wrzeciono czasu”, „Pełnię” i wspomniany już „Słoneczny zegar”. Filmy te przypominają nam, powiedziałbym – ekumeniczną prawdę,  że każda osoba przychodząca na świat przynosi ze sobą coś nowego, osobnego, co nigdy przedtem nie istniało, coś oryginalnego i niepowtarzalnego. Każdy człowiek jest nowym zjawiskiem w świecie i został powołany, by wypełnić swą jednorazowość na ziemi. Najważniejszym celem każdego człowieka jest urzeczywistnienie swych unikalnych możliwości, tych, których nigdy przedtem nie było i nigdy potem nie będzie, nie zaś powtarzanie czegoś, co ktoś inny, choćby nawet największy, kiedyś już zrobił.

Śp. Andrzej nie był podobny do żadnego innego reżysera. W ogóle nie przejmował się tym co robią inni. Przyjął na siebie rolę lekko ironicznego filozofa, Kubusia Fatalisty, może nawet – jak to ktoś określił – polskiego Sokratesa; na ekranie było w nim coś z figury jurodiwego. Przypominał trochę kapitana w jednym z odcinków „Klubu profesora Tutki” , urokliwego serialu zrealizowanego przez Kondriatuka według opowiadań innego samotnika, Jerzego Szaniawskiego. Otóż kapitan ten, którego kiedyś podobno napadli ludożercy – „palił fajkę, pił porter i patrzył w przestrzeń”. Niewiele mówił, miał dystans do świata.  Śp. Andrzej też żył tak jak chciał.

„Jędruś po co ty budujesz tę drugą chałupę” – pyta żona w „Słonecznym zegarze”. – „Na starość samce stają się samotnikami” – odpowiada. „Samice też” – dodaje żona. Trwać w jedności ze sobą do końca, zachowując swoją niezależność i swoją samotność.

Wyznał kiedyś: – „Kiedy się słyszy wyrok na siebie, można się załamać. I wielu ludzi się załamuje. Godzą się z losem. A ja się buntowałem. Podejrzewam, że nie jestem duchem pogodzonym. Tak bywa – zawiódł organizm. Moje komórki straciły rozum. W pędzie do nieśmiertelności rozpoczęły proces nowotworzenia. Bez ograniczeń. Głupie, zachciało im się anarchii. Wymknęły się spod kontroli. Musiałem je przywołać do porządku. Poszły do piachu. A grzeczne komórki żyją. I całkiem nieźle nam się powodzi. (…) W miarę upływu lat coraz więcej jest we mnie takiego wewnętrznego śmiechu”.

W „Słonecznym zegarze” jest taka scena: rok 2016. Gzowo, ta sama ławeczka, co zawsze, a oni nadal kręcą ten sam film. Razem odchodzą. Pełni pogody.

– „To taka moja wizja – powiedział w jednym z wywiadów. – Tak to sobie wyobrażam: pogodnie, jesienią, zgodnie z rytmem przyrody. Z kobietą, z którą przeszedłem przez życie: moją partnerką i przyjacielem. (…) Przewidziałem to na rok 2016. Nie wiem czy uda mi się dotrzymać słowa…”.

Jeszcze raz „Słoneczny zegar”: „Witaj, kochane słoneczko – mówi śp. Andrzej – witaj widzialne światło niewidzialnego Boga”. Tak jakby interpretował słowa z pierwszego, dzisiejszego czytania, czyli z drugiego listu Pawła do Koryntian  To co widzialne przemija, to co niewidzialne trwa wiecznie.

Patrzmy nie na to, co się da zobaczyć, lecz na to, czego zobaczyć się nie da. Wszystko, co da się zobaczyć, jest ulotne. A to, czego się nie da zobaczyć, jest wieczne. Nasze życie jest rodzajem obrazu. Cieniem. Ono przeminie. Jeśli uwierzymy jednak w życie wieczne, zobaczymy je teraz, w życiu doczesnym. Bo nasze życie wieczne rozpoczyna się teraz. Nie po śmierci! Żyjemy życiem wiecznym.

Andrzej już zobaczył Niewidzialnego. Wniebowzięty.

Jest to tekst homilii, którą ks. Andrzej Luter wygłosił podczas mszy świętej pogrzebowej 29 czerwca 2016 r.