Decyzję Brytyjczyków można uznać za mniejsze zło. Gdyby pozostali w Unii ze swoim „specjalnym statusem”, inne państwa ubiegałyby się o to samo. To dopiero skończyłoby się rozpadem europejskiego projektu.

Data 23 czerwca 2016 roku wejdzie do historii nie tylko jako dzień, w którym większość obywateli Wielkiej Brytanii postanowiła zrezygnować po 43 latach z członkostwa w Unii Europejskiej. Tego dnia z własnej inicjatywy Anglia pogrzebała stulecia unii ze Szkocją i Irlandią Północną (losy Walii wydają się jeszcze nieprzesądzone). Anglicy z prowincji, którzy marzyli o swojskiej „Little England” bez imigrantów, będą ją mieli szybciej, niż się spodziewali, i to dosłownie.

Na razie jednak nie słychać w Anglii obaw przed przyszłością. Owszem, martwią się ci, którzy na różne sposoby korzystali z członkostwa w Unii (studenci i podróżująca młodzież, naukowcy, pracownicy banków i międzynarodowych firm). Osoby, które głosowały za Brexitem, odczuwają ulgę, bo w końcu udało im się uwolnić od brukselskiego „jarzma”. Nikt jednak – ani na Wyspach, ani na kontynencie – nie wie, co będzie dalej.

Paradoksalnie to właśnie po naszej stronie kanału La Manche zainteresowanie Brexitem wydawało się większe. A już zupełnie szczególnie w Polsce, z której do Wielkiej Brytanii emigrowało ponad 800 tys. osób, i której obecne władze wyraziły chęć oparcia polityki zagranicznej na ścisłym sojuszu z Londynem. Aby przeforsować tę koncepcję, rząd Beaty Szydło zgodził się nawet na duże ustępstwa w kwestii uprawnień Polaków do korzystania brytyjskich świadczeń socjalnych (choć przecież są one mniejsze od sumy składek wpłaconych do systemu dzięki polskim pracownikom).

Polskie władze, które utraciły głównego sprzymierzeńca w planie reformowania Unii, odebrały z Wielkiej Brytanii sygnał ostrzegawczy. Wynik referendum okazał się takim sygnałem także dla innych polityków i analityków, dla instytucji unijnych oraz pozostałych 27 państw członkowskich.

Niektórzy eksperci – wskazując na wzrost popularności partii eurosceptycznych (także na kontynencie) – twierdzą, że konieczna jest „korekta” kursu integracji w kierunku „renacjonalizacji” wybranych kompetencji instytucji Unii i „demokratyzacji” mechanizmów decyzyjnych. Drugi z tych postulatów oznacza, że parlamenty krajowe powinny mieć więcej władzy, przede wszystkim kosztem uprawnień Komisji Europejskiej.

Większość obywateli krajów „twardego jądra” Unii nie chce wyjść ani ze strefy euro, ani z Unii w ogóle

Jeśli wcześniej ktoś miał wątpliwości, to po opublikowaniu wyników referendum może być już pewien, że przyjęcie w lutym „specjalnego statusu” dla Zjednoczonego Królestwa było stratą czasu. Wrogość większości Anglików do Unii nie miała racjonalnych powodów i prawdopodobnie nie byłoby żadnego kompromisu, który by ich przekonał do głosowania za Bremain. Z tej perspektywy decyzja Wielkiej Brytanii jest dla Unii pozytywna, zamknęła bowiem drogę próbom wynegocjowania odrębnych zasad członkostwa dla każdego państwa, co dopiero zakończyłoby się rozpadem całego europejskiego projektu.

Wzywanie Unii do pokuty – jak to robią konserwatyści, eurosceptycy, a w Polsce PiS – jest w tym kontekście błędem, który wynika z niezrozumienia specyfiki Wielkiej Brytanii i różnicy między eurosceptycyzmem brytyjskim a kontynentalnym. Negatywna opinia Anglików o „Europie” nie dotyczy bowiem tylko Unii Europejskiej, obejmuje ona także choćby Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPCz), który nie jest bynajmniej organem unijnym.

Wielu Anglików po prostu nie potrafi zaakceptować tego, że nad ich suwerennym parlamentem może istnieć wyższe piętro, ustanawiające normy, które ograniczają swobodę krajowych władz ustawodawczych. Skądinąd nie dziwi, że tego typu myśl podoba się obecnemu polskiemu rządowi.

Także we Francji, w Niemczech czy we Włoszech istnieją siły polityczne reprezentujące podobne stanowisko, są one jednak zdecydowanie w mniejszości. Opinia publiczna w tych krajach wprawdzie stała się w ciągu ostatnich lat bardziej krytyczna wobec Unii, ale nie przeciwstawia się samej integracji, czyli uwspólnotowieniu suwerenności.

Europejczycy są natomiast zmęczeni nieprzestrzeganiem wspólnie przyjętych reguł (np. kreatywna księgowość poprzednich rządów Grecji czy nierejestrowanie uchodźców i niekontrolowane wpuszczenie ich w głąb Unii wbrew zasadom mechanizmu dublińskiego), bezradnością instytucji unijnych w niekończących się kryzysach i brakiem solidarności w rozwiązywaniu wspólnych problemów (terroryzm, nadzwyczajne napływy uchodźców).

Unilateralne decyzje jak przywrócenie kontroli granicznych (w ciągu ostatniego roku wróciły w dziesięciu krajach) lub zmiana warunków rozpatrywania wniosków o azyl nie wynikają z chęci renacjonalizacji niektórych unijnych polityk, lecz z konieczności reagowania w sytuacjach, gdy możliwość wprowadzenia w życie wspólnych, skuteczniejszych, unijnych odpowiedzi została zablokowana przez niektóre państwa członkowskie.

Zarówno badania opinii publicznych, jak i wyniki wyborów (np. w Grecji) jednoznacznie pokazują, że większość obywateli krajów „twardego jądra” Unii nie chce wyjść ani ze strefy euro, ani ze strefy Schengen, ani z Unii w ogóle. Oczekuje za to, że Unia będzie działała sprawniej, co oznacza m.in. stworzenie unijnej straży granicznej i przybrzeżnej, sprawiedliwszy podział obowiązków w sprawie uchodźców i aktywniejszą walkę z dumpingiem podatkowym i socjalnym.

Również pod tym kątem wyjście Wielkiej Brytanii z Unii jest dobrą wiadomością, gdyż rządy brytyjskie tradycyjnie blokowały próby większej integracji w tych obszarach. Pozostali trzej duzi gracze – Niemcy, Francja i Włochy – są w tych kwestach zgodni (widać to ostatnio choćby w ich reakcjach na inicjatywy Komisji Europejskiej).

Polska zawsze może wysunąć inną diagnozę Brexitu i w związku z tym domagać się rewizji traktatów w kierunku renacjonalizacji, jednak bez poparcia trzech największych państw szanse powodzenia są marne. Do tego oskarżenia o brak demokracji w instytucjach unijnych brzmią w ustach obecnych polskich ministrów i niektórych posłów po prostu śmiesznie. Wprawdzie w wielu krajach słychać głosy niezadowolenia z unijnej demokracji, jednak w tej sprawie Polska nie będzie odbierana jako wiarygodny rozmówca, dopóki ma na karku opinie Komisji Weneckiej dotyczące ustaw o Trybunale Konstytucyjnym i o policji.

Polacy słusznie przejmują się konsekwencjami Brexitu dla swojej przyszłości. Chodzi bowiem o to, czy Polska wróci do „głównego nurtu” stanowiącego twarde jądro Unii (które mogłoby zostać wyposażone we własne instytucje, np. dla krajów strefy euro, i budżet), czy też pozostanie w Unii na obecnym poziomie integracji. Taka mniej zintegrowana Unia raczej nie zniknie, ale będzie pozbawiana życia, także w wymiarze finansowym – bez Wielkiej Brytanii same wkłady Niemiec, Francji i Włoch odpowiadają za prawie 60 procent ogółu „składek” państw członkowskich.

Przed tym samym dylematem stoją sąsiedzi Polski. Którą opcję wybiorą? Po wyjściu Zjednoczonego Królestwa wkrótce może się okazać, że druga – po sojuszu z Wielką Brytanią – karta „nowej” polskiej polityki zagranicznej w Unii, czyli stawianie na blok „ABC” (Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne), też straci wartość.