Należę do tej części Europy, która sport traktuje jako coś spokrewnionego z turniejami rycerskimi, gdzie cnotami są honor i poświęcenie. Tymczasem włoscy piłkarze są z tradycji Marchołta grubego a sprośnego, w której ceni się spryt, zręczne oszustwo, pomysłowy fortel.

Piłka nożna to nie tylko to, co mnie intryguje najbardziej, czyli rozpracowanie słabych stron przeciwnika, przewidzenie jego pomysłu na grę, słowem: ustawienie taktyczne – ale też, całkiem najprościej, uroda zagrań, zwłaszcza zaś najpiękniejsze bramki.

Strzał życia

W mojej prywatnej klasyfikacji najbardziej zachwycający gol, jaki widziałem, padł podczas finału Mistrzostw Europy w 1988 roku, a strzelił go jeden z moich ulubionych piłkarzy wszechczasów, Marco van Basten. Dziewięć minut po przerwie, gdy Holendrzy prowadzili z ZSRR 1:0, w środku boiska piłkę przejął Adri van Tiggelen. Podprowadził ją kilkadziesiąt metrów w kierunku bramki radzieckiej i przekazał w lewo, do nestora reprezentacji holenderskiej, trzydziestosiedmioletniego wówczas Arnolda Mührena. Mühren crossowym podaniem przerzucił ją na prawo, gdzie jakieś cztery metry przed końcem boiska, na skraju pola karnego, dopadł jej van Basten. Ten zaś zrobił coś absurdalnego: bez przyjęcia, z powietrza uderzył ją jakby zbyt wysoko – lecz ona, zatoczywszy w powietrzu łuk, nachylony do horyzontu pod kątem 45⁰, przeleciała nad świetnym skądinąd bramkarzem, Dasajewem i wpadła w lewy (przeciwległy!) górny róg bramki. Znamienna była reakcja trenera Holendrów: zamiast wznieść ręce w geście zwycięstwa, razem z wieloma innymi widzami tego spotkania Rinus Michels złapał się za głowę. Zdawało się, że mówił w ten sposób: nie, fizyka uczy, że takie rzeczy się nie zdarzają…

Przypomniał mi się ten moment podczas tegorocznego Euro, w trakcie meczu Szwajcaria-Polska. Żałuję, że nie przy okazji akcji Polaków. Xherdan Shaqiri strzelił nam gola niewiarygodnej urody: stojąc tyłem do bramki, z przewrotki, trafiając piłką w wewnętrzną krawędź słupka. Nie zdaje mi się, by podczas kolejnych stu prób zdołał to powtórzyć. To się nazywa „strzał życia”. Polak we mnie cieszy się oczywiście, że więcej aż tak genialnych zagrań po stronie Szwajcarów nie było, a w rzutach karnych nasza drużyna wykazała niezwykłe opanowanie – i w rezultacie to ona awansowała do ćwierćfinału. Ale miłośnik piłki nożnej we mnie przyznaje, że to Shaqiri jest, jak dotąd, autorem najpiękniejszej bramki obecnych mistrzostw.

Chwała zwyciężonym

Niektóre zagrania piłkarzy podczas meczów trzeba określić mianem ekwilibrystyki. Człowiek małej wiary zadaje sobie nieraz pytanie, ile w tym jest umiejętności, wyćwiczonych pracowicie podczas treningów, a ile przypadku. Szczypta talentu, wielogodzinne próby, rutyna, ale ostatecznie szczęśliwy zbieg okoliczności – to, jak mi się zdaje, zupełnie przyzwoita definicja artyzmu. Toteż mam pokorną świadomość, że oglądam występy artystów, także wtedy, gdy los im nie sprzyja. Gdy podmuch wiatru, o pół milimetra inaczej niż trzeba ułożona stopa, o ułamek dżula za duża energia kopnięcia, jakieś nadprogramowe źdźbło trawy po drodze… sprawiają, że jest tylko poprzeczka, słupek, albo że zagranie, które mogło przejść do historii dyscypliny, wywołuje gwizdy kibiców.

W sztuce twórca zawsze może upierać się, że tak miało być. Tu praca jedenastu ludzi, wykonywana nieraz w ogromnym tempie, w wielkim stresie, przy rosnącym zmęczeniu, ma ostatecznie przeraźliwie jasne kryterium: piłkę udało się zmieścić między słupkami przeciwnika, albo nie.

Mimo to podczas turnieju chce się niekiedy zawołać: gloria victis, chwała zwyciężonym. Myślę o Węgrach, których pojedynek z Portugalią był ozdobą rundy grupowej mistrzostw, a którzy ulegli Belgii jak fatum, nie dającemu się powstrzymać. O Chorwatach, walecznej i świetnie wyszkolonej drużynie, która straciła bramkę pod koniec dogrywki, po jednej z nielicznych dobrych kontr silniejszego (teoretycznie) przeciwnika. O reprezentacji Irlandii Północnej, która rozegrała z Walią być może najlepszy swój mecz na Euro – żeby odpaść z mistrzostw po jednej fatalnej interwencji obrońcy.

Włoski spryt

Z dużym niepokojem czekałem na spotkanie Hiszpanii i Włoch. Niech mi włoscy przyjaciele wybaczą: uwielbiam kino włoskie, włoską operę, Gigliolę Cinquetti, która piosenką „Si” o mało nie wygrała z Abbą konkursu Eurowizji w 1974 roku, pizzę i spaghetti, ale futbolu włoskiego nie lubię. Co prawda, uświadomiłem sobie w końcu, że moja dezaprobata bierze się prawdopodobnie z zabawnej różnicy kulturowej. Należę bowiem do tej części Europy, która sport traktuje (w teorii; z praktyką bywa bardzo rozmaicie) jako coś spokrewnionego z turniejami rycerskimi, gdzie cnotami są honor i poświęcenie, jeśli nie do ostatniej kropli krwi, to w każdym razie do ostatniej kropli potu. Tymczasem włoscy piłkarze przypominają raczej bohaterów ludowych, są z tradycji Marchołta grubego a sprosnego, czyli z tej, w której ceni się spryt, zręczne oszustwo, pomysłowy fortel. Piłkarz włoski fauluje, kiedy tylko się da, ale sam tknięty palcem, przewraca się teatralnie i krzyczy wniebogłosy tak, jakby został śmiertelnie ranny; za chwilę powie coś do przeciwnika, jak Materazzi do Zidane’a, żeby go sprowokować do niesportowego zachowania. Jeśli można wygrać, nie przemęczając się, reprezentacja Włoch na pewno tak właśnie zrobi.

Znamienne, że kiedy Włosi mieli po zwycięstwach nad Belgią i Szwecją wygraną grupę, wystawili do ostatniego meczu drugi skład i bezwstydnie przegrali z Irlandią, przyczyniając się do odpadnięcia z Euro Turcji. Jakaż różnica z Islandczykami, którzy – będąc pewni awansu – dołożyli Austrii gola w doliczonym czasie gry, choć skazywał ich on na grę w jednej szesnastej finału z Anglią, nie zaś z teoretycznie słabszą Chorwacją! Ale przed meczami Włochów nie trzeba czytać sag islandzkich, tylko „Sługę dwóch panów” Goldoniego, i wtedy wszystko okaże się jasne…

Co powiedziawszy, przyznaję uczciwie: reprezentacja Azzurich, która nie ma we mnie wielbiciela, z Hiszpanami, za którymi przepadam, rozegrała jednak genialny mecz. Antonio Comte, miotający się za linią autową tak, że chwilami kradł swoim piłkarzom show, ustawił pięciu Włochów w linii pomocy, paraliżując całkowicie maszynerię tiki-taki. Przy tym nie mieliśmy do czynienia z catenaccio, tym upiornym pomysłem Helenio Herrery (Argentyńczyka, ale prowadzącego Inter Mediolan, a potem AS Roma): doskakując do przeciwnika po dwóch, po trzech, włoscy zawodnicy przejmowali piłkę i prowadzili sami grę, zachwycając szybkimi a precyzyjnymi podaniami. Może nie zyskali we mnie entuzjasty, ale szacunek za to spotkanie – niewątpliwie tak. Żal mi Hiszpanii, niemniej wyduszam z siebie: wygrała drużyna lepsza.

Islandzka róża zwycięstwa

Lecz prawdziwym przebojem był ostatni mecz tej rundy. Wspomniałem wyżej o Islandczykach: po fakcie łatwo się mądrzyć, ale widząc ich grę w fazie grupowej, spodziewałem się trochę, że Anglicy będą mieli kłopoty. I zdaje się, że mam wreszcie drużynę, której wyglądałem od początku turnieju: prawdziwego „czarnego konia” (choć pokrytego szronem lodowców). Drużynę nieustraszoną, która prowadzi przemyślaną, ale całkiem otwartą grę; złożoną z zawodników może nie najwybitniejszych, a przecież potrafiących znacznie więcej, niż wolno się było spodziewać. I doskonale wzajemnie się uzupełniających. Skoro pokonali Anglię, to w ćwierćfinale z Francją – ho, ho, wcale nie będą stali na straconej pozycji!

Kto wie, ile jeszcze razy usłyszymy na tym Euro hymn Włoch – napisany przez Michele Novaro, a brzmiący tak, jakby skomponował go Verdi – a ile razy hymn Islandii, który trudno nie kojarzyć z hipnotyczną muzyką Sigur Rós, która to nazwa oznacza, mówiąc nawiasem „różę zwycięstwa”?