Wizyty w Radomiu z pomocą dla represjonowanych uczestników Czerwca ’76 uświadomiły działaczom rodzącej się opozycji nie tylko skalę bezprawia systemu, ale też niekiedy dramatycznie niski poziom życia części robotników w „ludowej” Polsce.

Protest wybuchł  w reakcji na ogłoszenie 24 czerwca przez premiera Piotra Jaroszewicza drastycznej podwyżki cen żywności – m.in. mięsa, którego niedobór w PRL był sprawą szczególnie drażliwą. W Radomiu i Ursusie doszło do walk ulicznych. Rządzący tym razem nie zdecydowali się użyć najbardziej ostrych środków. Do robotników nie strzelano jak sześć lat wcześniej, co nie znaczy, że represje nie były surowe. Zatrzymywani byli bici, a wręcz katowani. Słynne stały się ówczesne „ścieżki zdrowia” polegające na przepuszczaniu danej osoby przesz szpaler bijących ją pałkami milicjantów. Wielu robotników zostało aresztowanych.

Bito, kopano, torturowano

Najpierw rozpoczęła się akcja pomocy dla Ursusa. Środowiska warszawskiej młodzieży opozycyjnej już na początku wakacji rozpowszechniały informacje o represjach i zaczęły organizować pomoc dla ofiar oraz ich rodzin. Szczególną rolę odegrał wówczas Antoni Macierewicz oraz związane z nim środowisko harcerzy z „Czarnej Jedynki”. Macierewicz należał – obok Piotra Naimskiego i Wojciecha Onyszkiewicza (również związanych z „Czarną Jedynką”), działającego od dawna w opozycji historyka literatury Jana Józefa Lipskiego oraz Jacka Kuronia – do inicjatorów powstania we wrześniu 1976 roku Komitetu Obrony Robotników.

KOR miał przede wszystkim organizować finansową i prawną pomoc dla uczestników Czerwca ’76. Fundamentalną zasadą jego działania była jawność. Nazwiska, a nawet adresy jego członków były publikowane pod dokumentami sygnowanymi przez komitet. Oprócz nich z organizacją było związanych wielu współpracowników, którzy spełniali w całym ruchu różne role.

We wrześniu korowcy zaczęli organizować pomoc również dla Radomia. Wśród jej organizatorów byli Mirosław Chojecki, Krystyna i Stefan Starczewscy oraz Zofia i Zbigniew Romaszewscy. Informacje, które do nich docierały, pokazywały, że działania władz w tym mieście były jeszcze bardziej brutalne niż w Ursusie. Świadectwem jest tworzona przez nich prasa niezależna. W jednym z pierwszych numerów „Komunikatu” zamieszczono treść wniosku (z uzasadnieniem) do Sejmu PRL o wyjaśnienie okoliczności represji.

„Widziałem większą nędzę przed wojną i zaraz po niej, jednak nie zapomnę tego, co tam zastaliśmy” – Jacek Kuroń

Pisano w nim m.in.: „Zatrzymanych doprowadzono w Radomiu do Komendy Wojewódzkiej lub Miejskiej MO, a w Ursusie na miejscowy posterunek, gdzie urządzano tzw. ścieżkę zdrowia, tzn. przepędzano przez szpaler funkcjonariuszy mundurowych i cywilnych, którzy bili ich pałkami. Podobne »ścieżki zdrowia« działały w aresztach i więzieniach, do których później przewożono zatrzymanych. Według zgodnych relacji w czasie przesłuchań w śledztwie podejrzanych bito i kopano w celu wymuszenia zeznań, u niektórych spowodowano ciężkie uszkodzenia ciała i musiano ich umieszczać w szpitalu. Zarówno »ścieżki zdrowia«, jak i torturowanie w śledztwie stosowano także wobec kobiet i nieletnich. Zdarzały się przypadki przewożenia aresztantów w samochodach-chłodniach przeznaczonych do transportu artykułów żywnościowych. Brak dostępu powietrza powodował omdlenia”.

Wkrótce represyjność Radomia korowcy poznali na własnej skórze. Mirosław Chojecki wspominał, że właśnie tam bał się o swoje życie, gdy biło go jednocześnie czterech ludzi. „Komunikat” opisywał na przykład, jak zostali potraktowani przez funkcjonariuszy MO i SB Ludwik Dorn i Marek Tomczyk, którzy, podobnie jak wielu innych współpracowników KOR, odwiedzali Radom, żeby przysłuchiwać się rozprawom przeciwko oskarżonym robotnikom. „L. Dorn został pobity przez pracowników służby bezpieczeństwa, m.in. przez por. Praska, lżono go antysemickimi wyzwiskami, bito po żebrach i duszono”. Równie detaliczny był opis wydarzeń, do których doszło tydzień później: „M. Tomczyk był bity i przetrzymywany do godziny 16.30 dnia następnego. Również tym razem nie podano prawnego powodu zatrzymania. L. Dorn zaś był bity pałką w gołe pięty”.

Zaskoczyła ich nędza

Współpracownicy Komitetu mieli wówczas okazję dokładnie zobaczyć, chociażby w czasie wizyt w Radomiu latem i jesienią 1976 roku, w jaki sposób „władza ludowa” traktuje „klasę robotniczą”.

Szokiem była dla nich nie tylko brutalność milicji i SB, ale też warunki, w jakich żyli robotnicy. „Ekipa radomska nie tylko bowiem niosła konkretną pomoc ludziom – pisał w swojej historii KOR Jan Józef Lipski – lecz obserwowała ich życie, starała się je zrozumieć, wyciągała wnioski dotyczące warunków życia i potrzeb mieszkańców Radomia”.

Opisano to dokładnie w lutym 1977 roku, w specjalnym numerze „Biuletynu Informacyjnego” poświęconym sytuacji w Radomiu. Jan Lityński przedstawił w nim obraz zrujnowanego miasta, w którym w kilkunastometrowych pokojach mieszka po pięć lub sześć osób, wodę do części ulic trzeba dostarczać beczkowozem, przeciętna płaca jest jedną z najniższych w Polsce, zaś granice między marginesem społecznym a resztą mieszkańców uległy zatarciu. „Nie trzeba nawet oddalać się od głównej ulicy – Żeromskiego – wystarczy przekroczyć bramę pierwszego z brzegu domu, by zobaczyć zapuszczone podwórka, drewniane budki mieszkalne, ubikacje na zewnątrz budynków”.

Bardzo podobne obserwacje z tego miasta miał Jacek Kuroń. „Widziałem w życiu większą nędzę, przed wojną i zaraz po niej, jednak nie zapomnę tego, co tam zastaliśmy” – wspominał wizytę w mieszkaniu jednej z represjonowanych kobiet. „Stara czynszowa kamienica w centrum miasta, wilgotne, obłażące z tynków mury i smród, potworny fetor, który uderzył w nas, gdy tylko weszliśmy w bramę. Izba była tak maleńka, że węglowa kuchnia, co tam stała, zajmowała jedną trzecią jej powierzchni”. W takich warunkach mieszkali: represjonowana kobieta, jej mąż oraz czwórka małych dzieci.

Rzeczywiście warunki życia w Radomiu były fatalne. Miasto przeżywało ogromne problemy zaopatrzeniowe. Obrazowo pokazuje je historia opowiedziana przez pochodzącego stamtąd adwokata, który bronił represjonowanych robotników. Po przyjeździe do Warszawy udał się do sklepu i kupił świeże jajka, które widział ostatnio przed miesiącem oraz trzy kostki masła. Obawiał się, że ludzie będą na niego patrzeć z niechęcią, że kupuje „aż tyle”, żeby potem sprzedać, ale nie miał wyboru, bo w Radomiu masła po prostu nie było.

Tak właśnie wyglądała gierkowska „druga Polska” w lokalnym radomskim wydaniu. Nie był to przykład reprezentatywny dla całego kraju, ale na pewno też nie wyjątkowy. Podobnych miast było wiele, a w miarę pogłębiania się kryzysu – coraz więcej.

Wszechobecna nędza mogła szokować pochodzących głównie z inteligenckich rodzin młodych współpracowników Komitetu. Romaszewski wspominał: „To było bardzo biedne miasto. Byłem zaskoczony, kiedy pierwszy raz przyjechałem do Radomia, że w kraju istnieje tak daleko posunięta nędza”. Akcja pomocy dla represjonowanych robotników uzmysłowiła im, w jakiej sytuacji znajduje się wielu Polaków. Korowcom przyświecała idea, że trzeba nie tylko bronić robotników przed represjami, ale też nauczyć ich samych walczyć o swoje prawa.

Jak ogromne miało to znaczenie, okazało się kilka lat później, gdy powstała „Solidarność”.