Fakt, że mecz Polska-Ukraina zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Polaków, uważałbym za przejaw działania Opatrzności, gdyby nie dość mocne przekonanie, że Bóg nie interweniuje w spektakle piłkarskie.

Kiedy Sowa Przemądrzała pyta Puchatka, czy mógł (tzn. umiał) przeczytać napis na jej drzwiach, Kubuś odpowiada: „Krzyś powiedział mi, co tam jest napisane. I wtedy mogłem”. Zawsze uważałem, że tę złotą myśl należy wieszać na widocznym miejscu w szkołach i na uczelniach, gdyż opisuje ona niepokojąco częstą metodę czytania, gdy własną lekturę dzieła zastępuje przekazana nam przez kogoś interpretacja.

Ale przenikliwość autora „Kubusia Puchatka” sięga dalej. Odpowiedź misia pokazuje przy okazji coś jeszcze, a mianowicie nierzadki mechanizm pomyłki, gdy – wiedząc z góry, jaka jest rzeczywistość – widzimy ją nie taką, jaka jest naprawdę, ale taką, „o jakiej powiedział nam Krzyś”, to znaczy taką, jakiej oczekujemy.

Modlitwy o zwycięstwo

Z całym szacunkiem wobec komentatorów sportowych – których praca jest trudna i ja bym się z nimi nie zamienił – właśnie to słyszałem w Polsacie przez znaczną część meczu Ukraina-Polska. Mateusz Borek i Tomasz Hajto mówili o tym, że nasi rywale są rozbici, skłóceni i najchętniej pojechaliby już do domu – a na ekranie oglądaliśmy zmotywowany zespół, przeprowadzający atak za atakiem, czemu asystowali mocno rozkojarzeni polscy piłkarze. Fakt, że ten najsłabszy jak dotąd mecz polskiej drużyny zakończył się jednobramkowym zwycięstwem Polski, uważałbym za przejaw działania Opatrzności, gdyby nie dość mocne przekonanie, że Bóg nie interweniuje w spektakle piłkarskie. Oczywiście mógłby, ale chyba nie chce. „Krzywdy sobie nie zrobicie, więc sprawdźcie, jak wyglądałby świat, w którym wszystkie rozstrzygnięcia zależą od ludzi, ewentualnie od kaprysów ślepego losu” – tak wyobrażam sobie odpowiedź Wszechmogącego na modlitwy o zwycięstwo.

Możliwe jest naturalnie stanowisko przeciwne. Jeszcze przed meczem z Niemcami hitem internetu był zabawny „List Polaków do Pana Boga”, którego autorzy, podpisujący się nickiem Make Life Harder, obiecywali, że „nie będziemy dokuczać Terlikowskiemu”, a „Nergala wrzucimy do wulkanu”, jeśli tylko Niemcy z nami nie wygrają. Po meczu musieli dołożyć drugi list, którego puentą było niewinne z pozoru pytanie: „Ma ktoś namiary na Negrala?”. To, rzecz jasna, żarty (mocno ryzykowne, ale obawiam się, że takie rozśmieszają najskuteczniej). Być może poważniej należy traktować nierzadkie żegnanie się zawodników przed wbiegnięciem na boisko – choć trudno mi w tym nie widzieć gestu, który miesza inspiracje chrześcijańskie (czyniony wyraźnie znak krzyża) z pogańskim zabobonem.

Bez wątpienia serio natomiast przyjmuję deklarację niejednego piłkarza, że „Nie wstydzi się Jezusa”, nawet jeśli sam tytuł tej akcji, skądinąd szlachetnej, budzi moje zdziwienie (mam wśród znajomych wielu ateistów i nigdy mi nie przyszło do głowy, że miałbym się wstydzić swojej odmienności względem nich). Ci jednak zawodnicy rozumieją, jak ufam, że o zwycięstwo nad przeciwnikiem nie sposób się modlić tak, jak na przykład o cudowne uzdrowienie. Bo w sporcie zwycięstwo jednych jest klęską drugich…

Jedenastu apostołów na boisku

Ktoś kiedyś napisał, że w średniowieczu zasięg cywilizacji (europejskiej) wyznaczały katedry: jeśli w jakiejś krainie podróżny odkrywał chrześcijańską świątynię w centrum miasta, wzniesioną w stylu romańskim czy gotyckim, mógł być pewien, że pozostaje wciąż w tym samym kręgu kulturowym. Jakkolwiek brzmi to obrazoburczo, być może tę samą funkcję pełnią współcześnie wielkie stadiony piłkarskie.

Brazylijski teolog, Leonard Boff, napisał z okazji Mistrzostw Świata w Brazylii niezwykle intrygujący tekst, rozwijający analogię między naszą religią a futbolem. Jeśli religia, jak chciał Emil Durkheim, jest w pierwszym rzędzie „systemem sił, które pozwalają ludziom osiągnąć najwyższy stopień egzaltacji”, to piłka nożna dawno przestała być tylko sportem. „Biorąc jako punkt odniesienia religię katolicką, w piłce nożnej tak jak w religii istnieje grupa jedenastu apostołów (Judasz się nie liczy), czyli jedenastu graczy, wybranych, aby reprezentowali kraj. Świętymi są Pelé, Maradona, Beckenbauer i wielu innych. Istnieje także papież, którym jest prezydent FIFA, obdarzony praktycznie władzą nieomylności. Otoczony jest grupą kardynałów tworzących komisję techniczną odpowiedzialną za program rozgrywek. […] W końcu są także ministranci, stojący poza liniami gry i podający piłki, gdy ta wypadnie poza linię” (tłumaczył z hiszpańskiego Kasper Mariusz Kaproń OFM, któremu dziękuję za zwrócenie uwagi na ten fascynujący i kontrowersyjny tekst).

Rytuały i celebracja, fanatycy i zagrożenie realną przemocą – wszystko to, co wypełnia religię i jej towarzyszy, pojawia się też w futbolu. Nie ma tylko, chciałoby się dodać, Mesjasza. I ostatni nie będą pierwszymi: w ostatniej kolejce pierwszej rundy Euro z wielką empatią i rosnącym podziwem obserwowałem zmagania Albanii z Rumunią, i choć dzielni Albańczycy swój mecz wygrali, nie udało im się przedostać do jednej szesnastej finału.

Poobijani olbrzymi

Jest coś fascynującego w tym, jak podczas takiego turnieju „cechy wolicjonalne”, czyli stopień zdeterminowania drużyny, mogą stać się ważniejsze od tego, co daje się wyćwiczyć: indywidualnych umiejętności i organizacji gry. W piłce klubowej od dawna tego właściwie nie ma: wielcy, dobrze opłacani piłkarze, trenujący ze sobą na co dzień i grający o wielkie pieniądze tworzą zespoły o znacznym stopniu przewidywalności.

Wystarczy przypomnieć, że w czwórce ekip, walczących w półfinałach Ligi Mistrzów, od ładnych paru lat znajdują się prawie niezmiennie Bayern, Barcelona i Real. Reprezentacje to, z jednej strony, okna wystawowe zawodników, bacznie obserwowane przez zarządy klubów, z drugiej zaś – krótkotrwałe konstelacje graczy, pomiędzy którymi powinno, lecz nie musi, coś zaiskrzyć. Na koniec fazy grupowej zaiskrzyło u Chorwatów, którzy stoczyli porywający pojedynek z Hiszpanią i – właśnie! – wygrali z nią nie tyle techniką (fakt, że gorszą zaledwie o pół stopnia), ile nieprawdopodobnym zmotywowaniem, którego Hiszpanom zabrakło.

Jeszcze wyraźniej można było zaobserwować podobny mechanizm w być może najefektowniejszym, jak dotąd, meczu mistrzostw: Węgry-Portugalia. Ta ostatnia drużyna cierpi na nadmiar gwiazd; ego każdej z nich boleśnie ściera się z pozostałymi. A przecież w obliczu zagrożenia odpadnięciem z turnieju popisy indywidualne i oczywisty dla widzów chłód emocjonalny między zawodnikami z rozmaitych klubów zostały poskromione, przezwyciężone. Cristiano Ronaldo strzelił najbardziej (jak dotąd) wyrafinowaną bramkę francuskiego turnieju. Trzy razy Węgrzy wychodzili na prowadzenie, budząc zdziwienie i podziw, i trzy razy Portugalczycy potrafili wyrównać.

Dopiero w ostatnich minutach zapanował na boisku spokój. Zdawało się, że nie dwudziestu dwóch ludzi, ale dwóch poobijanych okrutnie olbrzymów zwarło się w klinczu, w którym jeden mówi drugiemu do ucha: „Słuchaj, postójmy tak jeszcze chwilę, niby nacierając na siebie, a potem rozejdziemy się w spokoju i każdy pójdzie w swoją stronę. Nie popadajmy w hybris; przyjęcie remisu oznacza mądrość, która olbrzymom nie uwłacza”…