Trzeba się przywiązać do wiary, nie do cywilizacji. Choćby po to, żebyśmy nie stracili wiary, patrząc na upadek tego, co i tak – prędzej czy później – upaść musi.

Zarzut, który w swojej polemice postawił mi Jacek Borkowicz – mój redakcyjny jakby nie było kolega (sąsiadujemy ze sobą i w „Więzi” i w „Przewodniku Katolickim”) – jest poważny. To zarzut, że – świadomie użyję emfazy – przykładam rękę do upadku chrześcijańskiej cywilizacji albo przynajmniej ogłaszam jej upadek. Mówiąc nieco precyzyjniej, że – jak rozumiem – nie doceniam cywilizacyjnego potencjału chrześcijaństwa, że przeciwstawiam tę cywilizację dojrzałej wierze i sugeruję, że św. Augustyn jej  nie doceniał.

Moim zdaniem, wszystkie te zarzuty są chybione. Chodziło mi jedynie o pokazanie pewnej analogii między dwiema sytuacjami: tą z roku 410 (oblężenie Rzymu przez Gotów) i tą współczesną (migracja jako napływ „nowych barbarzyńców”). Obie one mówią o tym samym: że ratować trzeba wiarę, a nie cywilizację, a postać tej ostatniej – jak uczy historia – jest przemijająca, nawet w odniesieniu do cywilizacji chrześcijańskiej. I nie miałem też pretensji, by wykładać całą naukę Augustyna o cywilizacji, tudzież relacji między państwami: Bożym a ziemskim. Moje zamiary były skromniejsze.

Żeby kultura się nie odkleiła…

Po pierwsze, pewnego wyjaśnienia wymaga to, jak rozumiem relację między wiarą a kulturą czy cywilizacją. Kultura i cywilizacja są – w pewnym sensie – produktami ubocznymi wiary. Wiara bowiem – nolens volens – zawsze ma jakiś kulturowy wymiar. Jak słusznie zauważył Leszek Kołakowski, sacrum dostępne jest jedynie w tłumaczeniu na profanum. Podobnie jest z wiarą. Jest ona uzewnętrzniana zawsze w jakiś kulturowy sposób, wyraża się w jakimś kulturowym kształcie: w języku, znakach, symbolach, artefaktach. Istotne pozostaje pytanie o to, na ile kultura ta winna być kształtowana, na ile winna dominować w społeczeństwie itd.

Ważne jest także to, by jedno nie zastępowało drugiego. Kultura o religijnej proweniencji ma bowiem tendencję do „odklejania się” od swojego źródła i może stać się wręcz kulturą chrześcijańską bez chrześcijaństwa czy też bez wiary (podobnie może być z islamem czy judaizmem). Mamy bardzo wielu niewierzących kulturowych chrześcijan, muzułmanów czy Żydów (członków narodu), którzy nie są żydami (wyznawcami judaizmu), a dla których pewne kulturowe zachowania o religijnym pochodzeniu są wciąż ważne. Słynna włoska dziennikarka Oriana Fallaci była taką „niewierzącą chrześcijanką kulturową” – była bowiem bardzo przywiązana do kultury religijnej, deklarując jednocześnie swój ateizm.

Cywilizacja o religijnych korzeniach idzie krok dalej. Nie zadowala się już kulturowym wyrazem wiary. Cywilizacja chce budować pewien system, instytucje, konstrukty społeczne, prawne czy polityczne, które opierają się na przesłankach wyprowadzanych z religii, czasami w błędny sposób. Ostatnio papież Franciszek krytycznie wypowiedział się na temat idei tzw. państwa katolickiego. Takie państwa z reguły „źle kończą”, dlatego że Ewangelia jest ostatecznie konstytucją Królestwa Niebieskiego, a nie jakiegokolwiek państwa ziemskiego. Królestwo Niebieskie może i powinno się ujawniać w zachowaniach ludzi, a w konsekwencji także wpływać na kształt rzeczywistości społeczno-politycznej, ale nie utożsamia się z nią.

Gdzie jest Królestwo Boże?

Wspominał o tym papież Benedykt XVI w encyklice Spe salvi, mówiąc, że próby budowania Królestwa Niebieskiego na ziemi dowodzą nieliczenia się z ludzką naturą. Takiego królestwa nie da się tutaj zbudować, a już na pewno nie wolno utożsamiać cywilizacyjnego kształtu religii chrześcijańskiej z Królestwem Bożym. A taki błąd wielokrotnie popełniano. Jakakolwiek christianitas – ta średniowieczna czy jakakolwiek inna, którą można by sobie wyobrazić – nie jest i nie będzie nigdy Królestwem Bożym na ziemi. Jest ono bowiem – jak przypomina Benedykt XVI – wszędzie tam, gdzie Bóg jest kochany, co wcale nie jest tożsame z budowaniem czegokolwiek na fundamencie tzw. wartości chrześcijańskich, które – odrywając się od Ewangelii – stają się jej karykaturą.

Moment, w którym Augustyn wygłasza swoją mowę o zburzeniu Rzymu, jest chwilą szczególną. Nie ma potrzeby raz jeszcze przywoływać całego kontekstu. Roma aeterna – Wieczne Miasto i stolica ówczesnego świata – upada. Z wygłaszanych wówczas mów można wywnioskować, że chrześcijańską nadzieję Augustyn chciał przeciwstawić rozpaczy, której byli bliscy mieszkańcy Północnej Afryki. Biskup Hippony w swoich mowach wyraźnie wypomina im, że swoją nadzieję lokują tam, gdzie nie trzeba i nie wolno: w tym, co doczesne, co przemijające, co nietrwałe, co płynne.

Jeszcze raz zacytuję literacką wersję kazania z powieści Ferrari’ego („Kazanie o upadku Rzymu”): „Od kiedy to wierzycie, że mamy moc tworzenia rzeczy wiecznych? Człowiek buduje na piasku. Jeśli chcecie objąć to, co zbudował człowiek, schwytacie w ramiona jedynie wiatr. Wasze dłonie pozostaną puste, a serca smutne. I jeśli tak bardzo kochacie świat, zginiecie wraz z nim”. I zapowiada Augustyn, że to, co się teraz dzieje w Rzymie, powtórzy się jeszcze po wielokroć. Jak to śpiewał zespół Kombi? „Każde pokolenie rozwieje się. / A nasze nie!”. Złudna to nadzieja. „Droga na sam szczyt, / A tam nie ma nic. / Tylko ślady po / Pokoleniach…”. I po cywilizacjach…

Cywilizacja upaść musi

Tak, wciąż będziemy budować jakieś cywilizacje, a budując je, będziemy żyć złudną nadzieją, że ta właśnie przetrwa. Nie, nie przetrwa. Historia chrześcijaństwa i historia powszechna jasno pokazują, że cywilizacje są nietrwałe. Także te wielkie, stare. A i te młodsze, budowane na rzekomo chrześcijańskich fundamentach się rozsypały. Wyobraźmy sobie, co się działo w umysłach ludzi, gdy rozpadała się choćby arcykatolicka cywilizacja hiszpano-amerykańska? A o jakim upadku myślano, gdy kurczyło się Imperium Brytyjskie? Że nie wspomnę o Cesarstwie Bizantyjskim. To był prawdziwy koniec ówczesnego świata.

Bardziej niż o przetrwanie cywilizacji człowiek wierzący winien zadbać o wierność Bogu i przekazanie tej wiary kolejnym pokoleniom. Wiary, a nie cywilizacji! Cywilizacja może być wehikułem tego przekazu. Może, ale nie musi. Czasami – niestety – w imię obrony cywilizacji człowiek gotów jest sprzeniewierzyć się nawet własnej wierze. Jak choćby dzisiaj, gdy w wezwaniach do obrony cywilizacji chrześcijańskiej czy europejskiej słychać też odmowę azylu wielu osobom, którym grozi śmierć – jest to więc elementarny grzech przeciwko miłości bliźniego.

Przemija postać tego świata. Trzeba się przywiązać do wiary, nie do cywilizacji. Choćby po to, żebyśmy nie stracili wiary, patrząc na upadek tego, co i tak – prędzej czy później – upaść musi.

Nie wiem, czy cywilizacja europejska przeżywa dzisiaj kryzys bardziej niż kiedykolwiek. Nie wiem, ale śmiem twierdzić, że nie. Jestem przekonany, że o kryzysie tejże cywilizacji mówiono już niejednokrotnie, wylewając przy tym krokodyle łzy. Wszystko się bierze z tego, że nadto przywiązujemy się do jej historycznego kształtu. Jak będzie wyglądała przyszła europejska cywilizacja? Nie wiem, na pewno będzie inna, wzbogacona o nowe wartości, pozbawiona innych. Faktem jest, że zmienia się na naszych oczach. Ale ona się zmieniała także na oczach poprzednich pokoleń, które wieszczyły upadek kolejnych światów i cywilizacji. A one są po prostu w ciągłej metamorfozie.

Też skończę papieżem. Tym razem Franciszkiem, który powiedział o Europie: „Ileż inwazji poznała Europa na przestrzeni swych dziejów, ale zawsze potrafiła przekroczyć samą siebie, iść naprzód, by potem przekonać się, jak rozwinęła się dzięki wymianie kultur”. Nie, nie wieszczę upadku. Daleko mi do Kasandry. Staram się być raczej prorokiem przemiany.