Między sukcesem a klęską – tak w piłce, jak w życiu – granica jest cieńsza niż włos. Czasem drobiazg potrafi przeważyć szalę, o czym nie pamiętamy po skończonym widowisku.

Oglądanie (w telewizji) turnieju piłkarskiego, w którego pierwszej fazie odbywają się po trzy mecze dziennie, wymaga przygotowań. Z pewnością nie aż takich, jakich wymaga uczestnictwo w tym turnieju – ale jednak.

Należy uzgodnić z domownikami podział obowiązków, poćwiczyć długotrwałe natężenie uwagi (trzy razy dziewięćdziesiąt minut!), ustalić specjalne pory obiadów i kolacji, no i zawczasu przypilnować terminów. „Jakim cudem zgodziłeś się poprowadzić to spotkanie?” – zapytał mnie w piątek Zbigniew Nosowski, gdy zeszliśmy się pod gościnną siedzibą warszawskiej parafii Kościoła ewangelicko-reformowanego przy Alei Solidarności, by wziąć udział w dyskusji z cyklu „Chrześcijaństwo żywe” (zaczynał się właśnie mecz Czechy-Chorwacja). – „Pół roku temu, kiedy dostałem zaproszenie, nie spojrzałem do kalendarza” – odparłem szczerze.

Piłkarskie szachy

Mając świadomość, że to analogia bardzo odległa, przyglądam się, jak procentują na boiskach we Francji wielomiesięczne przygotowania drużyn. Wydaje się, że z niewielkimi wyjątkami rozpracowano potencjalnych przeciwników perfekcyjnie, co z punktu widzenia atrakcyjności spotkań jest niekoniecznie korzystne. Wprawdzie nie mamy do czynienia z tak nudnym turniejem, jak mistrzostwa świata w 1982 roku, po których zakazano obrońcom podań do bramkarza (z wyjątkiem relatywnie najtrudniejszych podań głową), ale goli zdobyto do tej pory stosunkowo niewiele, a większość meczów rozkręca się dopiero po przerwie, a wręcz w ostatnich minutach, gdy któryś z zespołów rozproszy się lub lekko opadnie z sił.

Paradoksalnie najwięcej emocji obudziły akurat te mecze, które zakończyły się wynikiem bezbramkowym

Do walki przystępują drużyny przewidujące taktykę przeciwnika, znające jego mocne punkty i świadome własnych słabości. Gra toczy się przez większość czasu na środku pola. Tempo jest dozowane roztropnie; wszyscy zdają sobie sprawę, że to turniej, czyli że stopień trudności rośnie i nie ma co zdobywać serc publiczności huraganowymi atakami, które pozwoliłyby (może) na wysokie wygrane z początku, ale przyczyniłyby się do utraty sił i w konsekwencji porażki w następnej fazie turnieju.

Tak tłumaczę sobie, że nie zauważyłem, jak dotąd, zespołu, który zachwyciłby mnie tak, jak kiedyś reprezentacja Rumunii z Hagim, Holandii z van Bastenem, Danii z Laudrupem  czy Niemców z Klosem i Podolskim (że o Polsce z Deyną i Szarmachem nie wspomnę). Wśród tych spotkań, które oglądałem, nie zdarzył się pojedynek, w którym obie strony prowadziłyby otwartą grę, szły na efektowną wymianę ciosów. Mecze przypominają w pewien sposób zapasy, których istota polega na ustaleniu miejsca, w którym uda się utrzymać własną linię pomocy.

To niby reguła w nowoczesnej piłce nożnej, więc dodaję zaraz, że we Francji chodzi o kilkanaście, jeśli nie o kilka metrów w jedną lub w drugą stronę od środkowej linii. W chwili, gdy przeciwnik zaczyna być przyjmowany w okolicach „szesnastki”, na przedpolu pola karnego, można spokojnie wieszczyć, że za chwilę padnie gol. Nie narzekam, ponieważ w jakiś sposób lubię piłkę nożną jako grę „wojenną”, w znaczeniu stopniowego opanowania przestrzeni, pomysłowej taktyki, czyli tego, co określa się nieraz mianem „piłkarskich szachów” – pod warunkiem jedynie, by nie sprowadzały się one do catenaccio, niszczącego urodę futbolu. Tym niemniej przypuszczam, że jeśli ktoś akurat podczas tych mistrzostw zaczyna swoją przygodę z oglądaniem piłki nożnej (a „czytanie obrazu gry” to niewątpliwie wyższa szkoła jazdy niż obserwowanie brawurowych akcji à la Dania z 1992 roku), to istnieje ryzyko, że nie zrozumie naszej fascynacji. Lepiej by się wciągnął, oglądając pucharową fazę Ligi Mistrzów…

Bezbramkowe emocje

Inna rzecz, że paradoksalnie najwięcej emocji obudziły akurat te mecze, które zakończyły się wynikiem bezbramkowym. To jasne, że mam na myśli przede wszystkim spotkanie Niemcy-Polska, ale i zadziwiający w swoim przebiegu mecz Portugalia-Austria.

W pierwszym mieliśmy do czynienia z kolejnym „zwycięskim remisem”. Ryzykownie przywołuję zwyczajową nazwę meczu na Wembley. Przesadzam w jedną stronę, bo znaczenie tego wyniku pozostaje w chwili, gdy to piszę, niejasne (nie mamy jeszcze gwarancji awansu do jednej szesnastej finału); ale przesadzam też w drugą – ponieważ jakość polskiej gry na Stade de France była oczywiście wyższa niż przed laty. Dość porównać liczbę interwencji Jana Tomaszewskiego w 1973 roku z zaledwie kilkoma (w tym jedną niezwykle trudną) Łukasza Fabiańskiego. To pokazuje sprawność obrony. Co do ataków, to – jeśli pamięć mnie nie zawodzi – pod bramką Anglików byliśmy raptem raz (fakt, że zakończyło się to bramką Jana Domarskiego), a 16 czerwca tego roku polskich kontrataków było kilka, w tym dwa zakończyły się sytuacjami stuprocentowymi (fakt, że niewykorzystanymi).

Z kolei mecz Portugalia-Austria oglądałem z rosnącym entuzjazmem, zwłaszcza, że po przegranej Austrii z Węgrami spodziewałem się widowiska jednostronnego – tak jak w przypadku meczu Francja-Albania, zresztą podobnie się myląc. Austriacy robili to mniej więcej, co drużyna polska: uważnie grali w obronie, uniemożliwiając skrzydłowym przeciwnika rajdy, a napastnikom – szybką wymianę piłek. Mimo to akcje Portugalii bywały chwilami efektowne, kontrataki Austrii zaś podnosiły ciśnienie (czasem z powodu szkolnych błędów, którymi się kończyły). Cristiano Ronaldo nie wykorzystał karnego, a ponieważ piłka nożna pokazuje w zadziwiający sposób, jak realne jest określenie „psychologia zbiorowa”, frustracja ogarnęła od tego momentu cały zespół. Jeśli czytam teraz w internecie, że Portugalia grała „koszmarnie”, to mam wrażenie niesprawiedliwości. Od drużyny aspirującej do tytułu mistrzowskiego oczekujemy, rzecz jasna, więcej niż od innych; ale uczciwiej byłoby chyba powiedzieć, że to Austriacy dzielnie przeciwstawili się Portugalczykom, a obu zawdzięczamy, jak dotąd, jeden z najciekawszych wieczorów tych mistrzostw.

Jedna drobna decyzja…

Należy koniecznie dodać przy tym: między sukcesem a klęską – tak w piłce, jak w życiu – granica jest cieńsza niż włos. Czasem drobiazg potrafi przeważyć szalę, o czym nie pamiętamy po skończonym widowisku.

Szczegółowość obrazu telewizyjnego – kilkadziesiąt kamer wokół boiska i ponad nim, zbliżenia twarzy – sprawia, że bohaterowie spotkań zaczynają wydawać się nam dobrymi znajomymi. Dlatego to, co teraz padnie, piszę z przykrością. Sędziego Cuneyta Cakira zdążyłem polubić właśnie tak jak sąsiada, którego mija się co rano po drodze do kiosku z gazetami. Podoba mi się jego oszczędna ekspresja, jakże odmienna od zachowań sędziów, którzy próbują stać się najważniejszymi aktorami na boisku (że wspomnę naszego ulubieńca, Howarda Webba). A przecież jedno z najwyższych, jak dotąd, zwycięstw, Belgii nad Irlandią 3:0, Belgowie właśnie jemu – moim zdaniem – zawdzięczają.

Równowaga między przeciwnikami była jak stan roztworu przesyconego, w którym krystalizacja może nastąpić od byle impulsu, nawet od stuknięcia palcem w naczynie. Takim właśnie stuknięciem była w meczu decyzja sędziego, by nie przerwać gry w chwili, gdy na polu karnym Belgii zbyt wysoko uniesiona noga obrońcy znalazła się tuż przy głowie napastnika Irlandii. Irlandczycy przez chwilę, nie dłuższą niż kilka sekund, zdawali się nie rozumieć, że w takich okolicznościach można nie odgwizdać faulu. Gdy tak oddawali się rozmyślaniu nad pojęciem sprawiedliwości, Belgowie przeprowadzili kontratak, zakończony bramką Lukaku. I potem już poszło…

Co zrobić z taką świadomością? Podjęta w ułamku sekundy drobna decyzja, zgodnie z teorią chaosu (dla której, o ile wiem, mecz piłkarski jest doskonałym przykładem), przynosi skutki o kilka rzędów wielkości potężniejsze… To taki moment, w którym futbol wydaje się szkołą życia.

Pozostaje powtórzyć początkowe i końcowe linijki wiersza Jacka Podsiadły„Wrócimy do bycia wapnem, węglem”:

Nic się nie cofnie. To nic nie znaczy,
że papież cofa klątwę rzuconą na Galileusza. […]
Krzywdy będą wyrównane na poziomie pierwiastków.
Cząsteczki padną sobie w ramiona w reakcji chemicznej.

Dopiero wtedy…