Skończyła się pierwsza runda Euro 2016 – podkład dla prawdziwych wichrów namiętności, które mogą nas dopiero ogarnąć.

Kiedy próbowałem jakiś czas temu wyjaśnić znajomym, odpornym na uroki piłki nożnej, co pociągającego może być w oglądaniu meczów, i to w dodatku w takim natężeniu (po trzy dziennie), przyszły mi do głowy dwa porównania.

Najbliżej spokrewniona ze spektaklem piłkarskim wydaje mi się commedia dell’arte

Pierwsze dotyczy pojedynczego spotkania i kto wie, czy w ogóle jest porównaniem, a nie przypadkiem precyzyjnym nazwaniem rzeczy. Otóż mecz to spektakl – i należy go zatem oglądać dokładnie tak, jak improwizowane przedstawienie w teatrze. Najbliżej spokrewniona ze spektaklem piłkarskim wydaje mi się commedia dell’arte. Także i w piłce nożnej mamy do czynienia z regułami, standardowymi rolami – tam Pantalone, Kapitan czy Kolombina, tu Sędzia, Bramkarz czy Napastnik – określonym marginesem swobody dla inwencji aktorów, sztuczkami zręcznościowymi i tak dalej. Także i w piłce nożnej związek tego wszystkiego ze światem na zewnątrz sceny, to jest: na zewnątrz boiska, jest wątły. Przeżywamy radość lub przygnębienie, litość i trwogę – a przecież z chwilą opadnięcia kurtyny, to jest z chwilą, gdy zabrzmi ostatni gwizdek, te uczucia blakną prędzej czy później i najdalej nazajutrz pozostaje w nich tyle realności, co we współczuciu dla Pierrota albo w sympatii dla Arlekina. Oczywiście pod warunkiem, że nie wykorzystujemy tej zabawy dla innych celów, na przykład dla zbudowania grupowej tożsamości lub podreperowania narodowej dumy. Co skądinąd często się zdarza.

Drugie skojarzenie jest nieco odleglejsze i dotyczy frajdy ze śledzenia turnieju takiego, jak Euro, od inauguracji po finał. Otóż jest w tym coś z czytania powieści-rzeki lub oglądania serialu telewizyjnego (choć nie soap-opery, która w gruncie rzeczy nie ma końca). Akcja zawiązuje się dość majestatycznie: „mecze otwarcia”, czyli spotkania pierwszej rundy, cechuje zazwyczaj pewna ostrożność i daleko posunięta samokontrola grających. To jeszcze nie jest moment na porywy szaleństwa, desperacką obronę czy furiackie ataki. Aktorzy rzadko wchodzą w trans, w którym odsłaniają głębsze warstwy swoich osobowości. Na razie zapoznajemy się z bohaterami opowieści; do niektórych zaczynamy odczuwać z jakiegoś powodu sympatię, inni budzą naszą niechęć; jedni nas zaskakują i przykuwają uwagę, innych rozpoznajemy jako statystów prawdziwego dramatu, który rozegra się później i spodziewamy się, że niebawem znikną za kulisami.

Na razie aktorzy rzadko wchodzą w trans, w którym odsłaniają głębsze warstwy osobowości

W kolejnych meczach będziemy ich wszystkich witać na scenie/boisku jak dobrych znajomych. Nawiążą się (jednostronne, jak to z aktorami bywa) związki uczuciowe, stawiając nas może w kłopotliwej sytuacji emocjonalnej, gdy ulubieńcy staną w kolejnej rundzie przeciw sobie – komu wówczas sprzyjać? To podkład dla prawdziwych wichrów namiętności, które mogą nas ogarnąć w dalszych etapach turnieju. Z biegiem tygodni, z biegiem dni będziemy obserwować, jak herosi opadają z sił, albo przeciwnie, drugoplanowe postaci okażą się nieoczekiwanie najważniejsze. I, uwaga, uwaga, jak z powieści-rzeki lub ze spektaklu teatralnego dowiemy się raz jeszcze, że w życiu rządzi przypadek, fortuna bywa kapryśna, a najlepsze intencje nie zawsze są na tym świecie nagradzane. Nie „dowiemy się”, lecz: zobaczymy to i poczujemy w bezpiecznych ramach spektaklu.

Skończyła się właśnie pierwsza runda Euro 2016. Ten turniej, w odróżnieniu na przykład od Mistrzostw Świata przed dwoma laty, ma naszych ulubionych bohaterów, czyli reprezentację Polski. Pierwszy mecz z Irlandią Północną był raczej wstępem do prawdziwego agonu, który czeka nas w nadchodzący czwartek. Oglądało się go jednak nie bez satysfakcji i to nie tylko ze względu na wynik. Ponieważ należę do tego pokolenia, które pamięta dobrze legendarne Orły Górskiego, wiem dokładnie, że Polacy NIGDY, w każdym razie w ciągu ostatnich czterdziestu pięciu lat (liczę od zapamiętanego przeze mnie dobrze boju z Bułgarią o udział w Igrzyskach w Monachium), nie radzili sobie dobrze z rolą faworyta i w gruncie rzeczy nie umieli grać atakiem pozycyjnym. Tymczasem 12 czerwca zobaczyliśmy drużynę efektowną i cierpliwą, pomysłową i konsekwentną. Na dodatek zaś jednobramkowe zwycięstwo zostało przyjęte przez zespół (a w jakiejś mierze i przez opinię publiczną) z nadzwyczajną dojrzałością. Co było do zrobienia, zostało zrobione. Na horyzoncie rysuje się cięższa próba: mecz z Niemcami.

Uroda piłki nożnej i na tym polega, że oferuje nam świat piękniejszy od realnego

TVP równolegle z tym pojedynkiem pokażę, jak słyszę, „Krzyżaków” Aleksandra Forda. Mam (słabą) nadzieję, że to zbieg okoliczności. Jakkolwiek bowiem zdaję sobie sprawę, że futbol wiąże się ze zbyt wielkimi masowymi emocjami, by politycy zostawili go w spokoju, oglądanie meczów w kontekście historii innej, niż wewnętrzna historia piłki nożnej, zawsze budziło we mnie ambiwalentne uczucia. Kiedy zdarzyło mi się rozmawiać z pewnym kibicem o niewygasłej germanofobii, który à propos genialnej drużyny Joachima Loewa sprzed dwóch lat wspomniał o hitlerowskiej jakoby woli zwycięstwa, z satysfakcją wyrecytowałem mu nazwiska graczy tej drużyny – Özil, Boateng, Podolski, Khedira, Mustafi… – i zapytałem, czy aby na pewno widzi w tym zestawie filozofię nazistów. Uroda piłki nożnej i na tym polega, że oferuje nam świat piękniejszy od realnego, w którym nie ma armii, dyktatorów ani ideologii – są jedynie gracze, trenerzy i myśl szkoleniowa. No dobrze, są również pieniądze. Ale, jak to pokazuje niejeden mecz, na przykład spotkanie Portugalia-Islandia (1:1), one nie grają, w każdym razie nie zawsze.

Co zapamiętałem z pierwszej kolejki pierwszej rundy tegorocznego Euro? Z pewnością właśnie Islandczyków, wybranych spośród piłkarzy kraju, liczącego 330 tysięcy mieszkańców (to trochę mniej, niż Lublin). Włochów, choć – nie tylko z powodu mentalnego faulu Materazziego na Zidanie przed dziesięcioma laty – nie jestem entuzjastą włoskiego futbolu, ale tym razem grali przekonująco. Zdeterminowanych Chorwatów, których ikoną stał się ociekający krwią obrońca Vedran Ćorluka (ich mecz z Turcją był zresztą najbrutalniejszym, jak dotąd, pojedynkiem turnieju i bardzo bym chciał, żeby tak zostało). Słabo grających Rosjan, których remis z Anglią wydał mi się wyjątkowo żartobliwym kaprysem losu. Hiszpanów, których piłkę zwyczajnie lubię… pod warunkiem, że akurat mają ochotę grać.

Te mistrzostwa zapowiadają się ciekawie, ale tak właśnie: ZAPOWIADAJĄ SIĘ zaledwie. Choć doceniam niekiedy „piłkarskie szachy”, z ulgą odnotowuję, że w dwunastu spotkaniach nie zdarzył się bezbramkowy remis. Ale emocje winny rosnąć dopiero teraz.

I jeszcze jedno: choć trafiały się dyskusyjne decyzje arbitrów, żadna z nich nie wypaczyła do tej pory wyniku. Co prawda pod tym względem turnieje Euro stoją z reguły wyżej, niż mistrzostwa świata. Ale i w Lidze Mistrzów widziałem w ostatnich sezonach kilka rozstrzygnięć, przy których słowo „kuriozum” jest najłagodniejszym z cisnących się na usta. Licząc, że we Francji tak nie będzie, wyznam jednak, że nie mogę się doczekać, kiedy wreszcie wprowadzone będą powtórki wideo dla sędziów. Pomijając wszystko inne, to, że będąc zwyczajnym widzem, dysponuję dzięki telewizji pełniejszą wiedzą niż ci, od których zależy sprawiedliwość na boisku, wydaje mi się sytuacją moralnie bardzo niekomfortową.