To prawda, że cywilizacja europejska przeżywa dziś kryzys, ale nie jest to powód, by przykładać rękę do jej upadku lub choćby tylko przedwcześnie ogłaszać jej zgon – polemika z ks. Andrzejem Dragułą.

Do napisania skłoniła mnie lektura tekstu ks. Andrzeja Draguły „Lekcja z Augustyna” w Laboratorium WIĘZI. Jest to komentarz do mowy o zniszczeniu Rzymu, którą ojciec Kościoła wygłosił, w formie kazań, niedługo po zdobyciu stolicy cesarstwa przez Gotów w 410 r. Jego słuchaczami byli wierni afrykańskiej Hippony.

Święty Augustyn odnosi się tam do wydarzenia, które większość jemu współczesnych interpretowało jako prawdziwy koniec świata: oto odwieczna stolica imperium, ognisko wspaniałej cywilizacji, wydana została na łup i pohańbienie barbarzyńcom. Kaznodzieja nie daje słuchaczom łatwej pociechy, nie umniejsza grozy tragedii: „Na Rzym spadło nieszczęście, Rzym spustoszony. Wszędzie strapienie i śmierć. Gdzie są pamiątki po naszych świętych?”. Co więcej, zapowiada nowe klęski i pożogi. Podobnie jak Augustyn, w odległym Betlejem płakał po utraconym Rzymie inny święty: pustelnik Hieronim.

Augustyn potrafi jednak wyjść poza krąg rozpaczy. „Czy twój Mistrz nie zapowiedział, że świat ulegnie zniszczeniu?” – pyta zgromadzonych w kościele chrześcijan. „Czy nie powiedział, że się kiedyś skończy? Wierzyłeś, gdy to przepowiadał, a teraz, kiedy sprawdzają się jego zapowiedzi, boisz się?”. To twarde słowa, ale mieści się w nich pociecha i umocnienie. Dzieła człowieka, nawet te najwspanialsze, przeminą, pozostanie jednak to, co wieczne: miłość Jezusa i przepojona nią ludzka wspólnota. To obiecał nam Mistrz.

Ks. Draguła tak ocenia owe słowa: „W tym kazaniu Augustyna widać wyraźnie, że w żaden sposób nie zależy mu na obronie jakiejkolwiek cywilizacji, także cywilizacji chrześcijańskiej, która od stulecia się właśnie rodziła. Biskup Hippony kierował serca swoich wiernych ku górze i ku nieśmiertelności. Co więcej, człowiek ważniejszy był od jakiejkolwiek cywilizacji”. Takie postawienie sprawy pobudza mnie do stanowczej polemiki.

Owszem, człowiek ważniejszy jest od cywilizacji. Także, a nawet tym bardziej w perspektywie zbawienia. Nie można jednak przeciwstawiać cywilizacji dojrzałej wierze chrześcijańskiej. Cywilizacja bowiem jest formą kultury (konkretnie: “zurbanizowaną kulturą” – powtarzam tę najkrótszą z definicji za Andrzejem Wiercińskim) właściwą większości mieszkańców ziemi, w tym zdecydowanej większości chrześcijan. Podobnie jak nie sposób – w poszukiwaniu formuły „czystego chrześcijaństwa” – wyprać człowieka z jego kultury, niepodobieństwem jest wyłuskać go z nawyków cywilizacji. Bo człowiek, istota rozumna, poza tym, że je, śpi oraz modli się (albo nie), realizuje się także w swojej wspólnocie, podlega jej regułom i obyczajom. Sądzić, że może być inaczej – oznacza wierzyć w utopię. Ma ona nawet swoją nazwę: to fundamentalizm. Bo fundamentalizm nie ogranicza się do kręgu islamu, jest to zjawisko uniwersalne w świecie religii. Z grubsza biorąc, polega ono na przekonaniu, że niepotrzebne nam są misterne „nadbudowy” kultury, skoro mamy „fundament” w postaci prawd wiary. Zatem precz ze ścianami i dachem, niech żyją fundamenty!

Augustyn bynajmniej tak nie myślał. Przeciwnie, czynił co można, aby powierzoną sobie owczarnię utrzymać jak najdłużej pod osłoną rodzimej, rzymskiej kulturowej niszy. Wiedział jednak, że ta osłona niedługo pęknie, przygotowywał mieszkańców Hippony na nieuchronny najazd. Być może niejeden z was zginie – zdaje się mówić – ale to nie oznacza, że ustanie dla nas wszelkie życie i nadzieja. One dalej będą trwać i owocować.

Tak też się stało. Przeminęli mieszkańcy Hippony. W całej północnej Afryce wspólnoty chrześcijańskie, ongiś ozdoba powszechnego Kościoła, już przed wiekami zanikły pod naporem islamu. Kościół jednak trwa i owocuje w innych miejscach ziemi. I trwa w formie cywilizacji.

Czy można powiedzieć, że na tejże cywilizacji chrześcijańskiej w ogóle nie zależało biskupowi Hippony? Święty odpowiada na to pytanie dwudziestoma dwiema księgami dzieła swojego życia, rozprawy „O państwie Bożym”. Oryginalny, łaciński tytuł tego dzieła brzmi “De civitate Dei”. Rdzeń obecnego tu pojęcia civitas, oznaczającego miasto albo państwo, odnajdujemy też w słowie „cywilizacja”.

„Augustyn wiedział, czym jest państwo Boże, a czym ziemskie” – dopowiada ks. Draguła. – „I nie mylił jednego z drugim. Może właśnie dlatego z taką siłą potrafił patrzeć na świat, którego postać przemija. Czasami przemija brutalnie i krwawo”. Owszem, Augustyn świetnie rozeznawał różnicę dzielącą oba te pojęcia. Ale bynajmniej nie separował ich od siebie.

Państwo Boże jest dla Augustyna nieosiągalnym na ziemi ideałem, ale jest też całkiem realnym, doczesnym postulatem. Chrześcijanin powinien budować je w sobie, a także wokół siebie – na tyle, na ile jest to możliwe. I nie wolno mu rezygnować z nieustannych prób budowy państwa Bożego na ziemi – tylko dlatego, że wie, iż w pełni go tutaj nie ustanowi. Gdyby to sobie odpuścił, licząc na nagrodę w niebie, byłby niczym więcej jak niewolnikiem. Taka – błędna z punktu widzenia chrześcijańskich wymagań – postawa też ma swoją nazwę: to millenaryzm.

W istocie rzeczy św. Augustyn jest wielkim admiratorem i obrońcą pojęcia cywilizacji. Stawia jej jednak wymagania. Daniel-Rops, francuski historyk i pisarz, ujął je w czytelnej formule: „wysiłek cywilizacji musi zmierzać do zbliżenia człowieka do jego Boskiego przeznaczenia”.

Nie dajmy się zwieść popularnej ostatnio iluzji, że na pogorzelisku rodzimej cywilizacji zakwitnie nam nowa, lepsza Europa. Epokę Odrodzenia odczuwamy dziś jak podmuch świeżego wiatru w izbie zatęchłych pojęć, ale przecież ludzie Renesansu owocowali nowymi ideami nie inaczej, niż odkrywając stare, zapomniane rękopisy Greków i Rzymian. W Europie cywilizacyjnej pustki nie powstałoby nic, co cenne i trwałe. To prawda, że cywilizacja europejska przeżywa dziś kryzys, ale nie jest to powód, by przykładać rękę do jej upadku lub choćby tylko przedwcześnie ogłaszać jej zgon. Tego nam, chrześcijanom, robić nie wolno.

Czy pamiętamy jeszcze, co w 1982 r. powiedział Jan Paweł II w Santiago de Compostela? „Stara Europo, do ciebie kieruję wołanie pełne miłości: wróć do samej siebie! Bądź sobą! Odkryj swoje początki, napełnij od nowa życiem swoje korzenie”. Te słowa nadal są dla nas wyzwaniem.