Inauguracja Euro 2016: krótki show przed meczem – jak przypomnienie dawnej kochanki, że przecież były powody, dla których szaleliśmy za nią.

„Francja to piękny kraj, a byłby jeszcze piękniejszy, gdyby nie mieszkali w nim Francuzi”. To sarkastyczne zdanie usłyszałem po raz pierwszy na początku lat 90. Rozśmieszyło mnie, jak rozśmiesza myśl jawnie niesprawiedliwa, ale zjawiająca się czasem, nieproszona, w naszym umyśle – tylko ponieważ wiemy, że jest niesprawiedliwa, nigdy sobie nie pozwalamy na wypowiedzenie jej głośno. Nawiasem mówiąc, stąd chyba się bierze jej siła komiczna: to właśnie nasz wysiłek, żeby się powściągnąć i nie powiedzieć czegoś głośno, staje się zabawny, gdy ktoś obok bez oporów robi to za nas.

Wtedy zatem mnie to zdanie rozśmieszyło, a powinienem zwrócić na nie baczną uwagę. Było to bowiem zdanie zawiedzionych amantów, którzy właśnie stracili cierpliwość. Od tamtej pory coś zmieniło się w nadwiślańskim postrzeganiu Francji.

Paryż – miasto idealne

W XVIII wieku polska elita oświeceniowa zakochała się w kulturze francuskiej, widząc w niej remedium na coraz lepiej widoczne wynaturzenia sarmatyzmu. Potem wojny napoleońskie i powracające wrzenie rewolucyjne kazały większej części naszego społeczeństwa myśleć o Francji z nadzieją i fascynacją. „W tęczę Franków Orzeł Biały / Patrząc, lot swój w niebo wzbił”… Prus w „Lalce” rozliczał Warszawę z tego, jak bardzo niepodobna jest do miasta idealnego – Paryża.

To stamtąd przychodziły inspiracje literackie (naturalizm, symbolizm, parnasizm, surrealizm, nouveau roman), stamtąd nadchodziły ważne nowości filozoficzne (najpierw bergsonizm, potem personalizm chrześcijański, egzystencjalizm, strukturalizm). W czasach, gdy to, co anglosaskie, było podejrzane ideologicznie, można było bez przeszkód zachwycać się francuskim kinem i piosenką francuską. Ulubionym politykiem światowego formatu stał się w Polsce de Gaulle. Fakt, że Gierek mówił po francusku, zapewniał mu resztkowy kredyt zaufania w momencie, gdy żadnych innych powodów dla podtrzymywania tego kredytu już nie było. Jeszcze moja generacja zachłysnęła się francuskimi myślicielami: Michelem Foucault i Jacques’em Derridą. O Brigitte Bardot na kieszonkowych lusterkach naszych starszych sióstr i braci nawet nie wspomnę.

Gdzie ta miłość do Francuzów?

I nagle, po 1989 roku, doszło do ujawnienia qui pro quo. Naprawdę byliśmy jak platoniczny kochanek, który po dekadach westchnień odkrywa, że jego miłość pozostała nieodwzajemniona! Kropkę nad „i” postawił Jacques Chirac swoim głośnym u nas bon-motem, że Polska i inne kraje naszego regionu „straciły okazję, by siedzieć cicho”. Ale i wcześniej zaczęło do nas powoli docierać, jak silne we Francji jest przekonanie, iż najlepszym sposobem istnienia jest bycie Francuzem – i że nie-Francuzi są z tego powodu w najlepszym razie godni współczucia. Francuska fascynacja Rosją, przez dekady traktowana przez nas z wyrozumiałym uśmieszkiem, stała się z dnia na dzień źródłem rozdrażnienia. Odtąd z uczuciem, w którym było dziwnie dużo mściwej satysfakcji, przyjmowaliśmy doniesienia o kłopotach społecznych i ekonomicznych Francji. Może jeszcze „Amelia” i ZAZ wyłamywały się z tego emocjonalnego chłodu. Ale o zbiorowej miłości do Francji nie ma już dziś mowy.

Jakkolwiek zdaję sobie sprawę, że wśród kibiców piłkarskich tylko pewna, niekoniecznie liczna grupa czytała Foucaulta i chodziła na filmy Godarda, polski stosunek do francuskiego futbolu ulegał przemianom w podobnym rytmie. Jeszcze Zinédine Zidane cieszył się wielką estymą. Ale już kolejni gwiazdorzy kalali się czynami, które uznawaliśmy za niedopuszczalne (jakby oni tylko…): Thierry Henry, zagrywający ręką przy strzeleniu bramki, dzięki której to Francja, a nie Irlandia, pojechała na Mundial w RPA (choć co powiedzieć o Maradonie?!); Nicolas Anelka, który po golu wykonuje faszystowskie pozdrowienie (jakoby „pozdrawiał kolegę”). Dołóżmy do tego dawniejszą aferę, zakończoną degradacją Olympique Marsylia i całkiem świeże zamieszanie w korupcję Michela Platiniego, a także kompromitujące kłótnie w tamtejszej reprezentacji – żeby zrozumieć, że doniesienia o kłopotach przed Mistrzostwami Europy we Francji były przyjmowane w Polsce bez empatii. Strajk śmieciarzy? Zagrożenie terrorystyczne? No cóż, niech im się wreszcie do uszu naleje (zważywszy falę powodziową w Paryżu, to powiedzenie nabrało niepokojąco dosłownego znaczenia).

Francja, której się chciało

I oto – inauguracja Euro 2016. Krótki show przed meczem, jak przypomnienie dawnej kochanki, że przecież były powody, dla których szaleliśmy za nią. Wielka plansza przywołująca ogrody francuskie, kankan i Edith Piaf, karuzela na Montmartrze… Możliwe, że wielu telewidzów, jak ja, odczuwało przez tych kilka minut niechciane wzruszenie. Przecież ćwierć wieku temu jechałem do Paryża jak na pielgrzymkę. Przecież oni w dalszym ciągu mówią jednym z najpiękniejszych języków świata. A zarazem to, co w pokazie było nowsze – DJ David Guetta i jego występ ze szwedzką (!) piosenkarką Zarą Larsson – było tyleż urodziwe, co już zglobalizowane i jakby „mało francuskie”. L’amour s’en va, jak śpiewał kilkadziesiąt lat temu Joe Dassin.

Tylko że potem był mecz, w którym Rumuni stawali dzielnie, ale ostatecznie to Francuzi – bez pomocy sędziego, co w stosunku do gospodarzy mistrzostw nie jest, niestety, regułą – wygrali, i to wygrali zasłużenie. Po raz pierwszy od dawna widzieliśmy francuską reprezentację, której się chce. Która popełnia błędy, bywa bezradna wobec świetnie ustawionej drużyny przeciwnika, ale gra na wysokich obrotach, pokazuje doskonałe wyszkolenie techniczne… i ma Dimitri Payeta. Ten zawodnik skradł show Pogbie, po którym spodziewano się, że wykaże wreszcie charakter lidera. Payet był wszędzie, prawie nie tracił piłek, doskonale dośrodkowywał i wreszcie strzelił zwycięską bramkę.

W trakcie meczu uświadamiałem sobie z każdą minutą, że w gruncie rzeczy kibicuję Rumunii, której reprezentacja zaimponowała mi wiele lat temu – w Mistrzostwach Świata 1994 roku – grając efektowny futbol i docierając do ćwierćfinału, gdzie w rzutach karnych uległa pechowo Szwecji. Ale tym bardziej szanuję to, że ostatecznie Francja okazała się silniejsza. Jakby domagając się większego szacunku, niż ten, który do wczoraj budziła.

To był zresztą wyjątkowo dobry mecz otwarcia. Oby zapowiadał turniej ciekawy i… bezpieczny. Bo co do zagrożenia terrorystycznego, to przecież Francuzi go niestety nie wymyślili.