Od lipca Polska będzie przewodzić Grupie Wyszehradzkiej. Dlaczego polityka zagraniczna PiS musiała doprowadzić do konfliktu z dotychczasowymi partnerami Warszawy, przede wszystkim z Brukselą?

W połowie maja Fundacja Batorego przedstawiła raport Adama Balcera, Piotra Burasa, Grzegorza Gromadzkiego i Eugeniusza Smolara analizujący założenia i perspektywy polityki zagranicznej rządu Prawa i Sprawiedliwości. Autorzy raportu, podkreślając jakościową zmianę paradygmatu tej polityki, zwracają – słusznie – uwagę, że po raz pierwszy od 1989 roku jest ona tak silnie podporządkowana polityce wewnętrznej rządu.

Rewolucja ustrojowa, z którą de facto mamy do czynienia, powinna – według jej autorów – doprowadzić do powstania silnego państwa funkcjonującego oparciu o model demokracji większościowej, które służy realizacji interesów narodu.

Naród we wszystkich podstawowych dokumentach PiS (od „Raportu o Stanie Rzeczypospolitej” Jarosława Kaczyńskiego z 2011 roku poczynając) definiowany jest w oparciu o kategorie przede wszystkim etniczno-wyznaniowe. Przynależność do tak zdefiniowanej wspólnoty narodowej nadaje sens życiu jednostki. Zadaniem państwa jest zapewnienie tej wspólnocie suwerenności i podmiotowości. Skutecznie może to zrobić, w przekonaniu lidera PiS, jedynie silna władza wykonawcza posiadająca większość parlamentarną, tylko w wyjątkowych przypadkach ograniczana przez Trybunał Konstytucyjny. Polityka zagraniczna państwa służyć musi zapewnieniu mu podmiotowości na arenie międzynarodowej i umożliwieniu skutecznej realizacji narodowych interesów.

Tak opisane cele polityki zagranicznej (nazywanej często polityką „wstawania z kolan”) nieuchronnie musiały doprowadzić do konfliktu z dotychczasowymi partnerami Warszawy, przede wszystkim z Brukselą.

Grupę Wyszehradzką łączy dzisiaj sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców

Polityka zagraniczna III RP zakładała, że niepodległość, bezpieczeństwo i perspektywę skutecznej modernizacji Polski może nam zagwarantować tylko członkostwo w najważniejszych organizacjach Zachodu: Unii Europejskiej i NATO oraz sojusz polityczno-wojskowy ze Stanami Zjednoczonymi. Podmiotowość na arenie międzynarodowej rozumiano przede wszystkim jako aktywny udział w procesach negocjacyjnych służących, także przez zawieranie koniecznych kompromisów, wypracowywaniu korzystnych dla nas decyzji.

W oczach obecnych elit kompromis jest w najlepszym razie wyrazem słabości, a sama Unia – zdominowana przez Niemcy – polem walki o realizację partykularnych interesów. Rola Unii powinna ograniczać się do, mówiąc mało dyplomatycznie, finansowego wspierania słabiej rozwiniętych państw członkowskich. Natomiast prowadzona przez te państwa polityka wewnętrzna i wprowadzane rozwiązania ustrojowe nie mogą podlegać ocenie, a nie daj Boże – krytyce.

Zgodnie z tym tokiem myślenia każda zewnętrzna krytyka suwerennego państwa, nawet jeśli łamie się w nim obowiązujące prawo, jest w oczach PiS niedopuszczalna. Także jeśli płynie z Waszyngtonu, od najważniejszego sojusznika, którego wsparcie ma egzystencjalne znaczenie dla bezpieczeństwa Polski. Politycy PiS konsekwentnie przemilczają przy tym fakt, że członkostwo w Unii oraz NATO oznacza akceptację wartości i zasad, na których się one opierają: liberalnej demokracji, trójpodziału władz, szacunku dla prawa, poszanowania praw mniejszości (politycznych, etnicznych i seksualnych), praw człowieka. Zakłada to też rozumienie państwa jako wspólnoty obywateli, co jest pojęciem wykraczającym poza definicję narodu jako Polaków-katolików. A także przyjęcie współodpowiedzialności za przyszłość – i Unii, i NATO. To przecież śp. prezydent Lech Kaczyński podpisywał traktat lizboński, a członkostwo w NATO wspierali wszyscy politycy Porozumienia Centrum.

Autorzy raportu Fundacji Batorego podkreślają europesymizm polityków PiS i związanych z tą partią ekspertów – dominuje w tych kręgach przekonanie o nieuchronności rozpadu Unii. Celem prowadzonej przez nich polskiej polityki zagranicznej powinno być zatem przygotowanie się na taki scenariusz poprzez wiązanie się z partnerami, którzy: po pierwsze, nie są zwolennikami ścisłej integracji europejskiej; po drugie, podzielają nasze opinie o dominacji Niemiec w Europie i rosnącym zagrożeniu ze strony Rosji. Chodzi też o poszukiwanie innych silnych partnerów (Chiny). Jak dotąd oznacza to, że miejsce dotychczasowych partnerów z Trójkąta Weimarskiego zajęła Wielka Brytania, a rola nowych bliskich sojuszników przypadła państwom Międzymorza (lub, jak się także mówi, sojuszu Adriatyk, Bałtyk, Morze Czarne ).

W rzeczywistości realizacja tych pomysłów może okazać się niezwykle trudna. Jeśli bowiem Unia przestanie istnieć w dotychczasowym kształcie, będzie to w konsekwencji oznaczało raczej zacieśnienie współpracy starych państw unijnych i zepchnięcie Polski na peryferie Europy, bez konieczności negocjowania z Polską żadnego tematu. Prawie na pewno utracimy zaufanie Waszyngtonu, któremu potrzebny jest silny i odpowiedzialny partner na kontynencie – znacznie bardziej Niemcy niż skonfliktowana z nimi Polska. Grupę Wyszehradzką łączy dzisiaj sprzeciw wobec przyjmowania uchodźców. Ani Rosja, ani tym bardziej Niemcy nie są dla przez naszych partnerów z Grupy postrzegani jako zagrożenie.

Zrozumienie dla polskiego widzenia Rosji na pewno można znaleźć w Rumunii i państwach bałtyckich, tyle że nie zamierzają one konfliktować się ani z Brukselą, ani z Berlinem. Strategiczne partnerstwo z Chinami to pomysł poprzedniej koalicji – dokument w tej sprawie podpisał w grudniu 2011 roku prezydent Bronisław Komorowski, za co zresztą był chwalony przez związany z PiS Instytut Sobieskiego.

Z prowadzonej przez rząd PiS polityki zagranicznej na pewno cieszy się Władimir Putin, konsekwentnie budujący suwerenną demokrację etnicznych prawosławnych Rosjan. On zawsze powtarzał, że chodzi mu wyłącznie o realizację narodowych interesów i że nikt nie ma prawa wtrącać się w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa. I zawsze mu przeszkadzały silne i solidarne organizacje Zachodu. Teraz więc, jak słusznie pisze w najnowszym numerze „Więzi” Aleksander Hall, zaciera ręce.