„Powinniście dziś siedzieć w więzieniu, pakujcie się i wynoście się z Polski, bo już niedługo po was przyjdziemy” –  usłyszał legendarny działacz „Solidarności” Jan Rulewski od dyskutanta w TVP Info. Prowadzący dziennikarz nie tylko nie interweniował, ale przyłączył się do ataku na Rulewskiego. Oglądałem to widowisko ze zgrozą.

To, co napiszę, może komuś wydać się truizmem, ale odczuwam potrzebę nazwania po imieniu tego, co się dzieje.

W sobotę przez Warszawę i inne miasta Polski przeszły wielotysięczne manifestacje dla uczczenia rocznicy pamiętnych wyborów z 4 czerwca 1989 roku. Wybory te – bezpośredni rezultat porozumień Okrągłego Stołu –  tylko w 35 procentach były wolne, ale i tak okazały się spektakularnym zwycięstwem „Solidarności”, której przewodził Lech Wałęsa, a sromotną przegraną władzy. Społeczeństwo powiedziało komunistom zdecydowane „nie”. 

Wynik wyborów czerwcowych, jak słusznie przypomina Jakub Halcewicz w swoim komentarzu „4 czerwca bez prezydenta” w Laboratorium WIĘZI, zaskoczył i władze PRL, i opozycję. Opozycja nie spodziewała się aż takiego relatywnego zwycięstwa, a rządzący – aż takiej porażki. Nikt wtedy jeszcze nie umiał przewidzieć, co z tego wyniknie.

Wola społeczeństwa wyrażona 4 czerwca rozsadziła scenariusz ustalony przy Okrągłym Stole

Pamiętam jednak doskonale, jakie uczucia nas ogarnęły. Radość, satysfakcja i nadzieja. Wypadki potoczyły się szybko i niespodziewanie. Wola społeczeństwa wyrażona 4 czerwca rozsadziła scenariusz ustalony przy Okrągłym Stole, przewidujący ostrożnie dopuszczenie opozycji do parlamentu, a może i do współrządzenia, ale przy zachowaniu ram ustrojowych. Chytry manewr Wałęsy, polegający na skonstruowaniu koalicji „Solidarności” z dwiema partiami satelickimi (w czym miał swój udział, trzeba mu oddać sprawiedliwość, Jarosław Kaczyński), doprowadził do utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego – jak na razie, jeszcze z udziałem czterech ministrów z partii komunistycznej.

Bez przyzwolenia słabnącej partii komunistycznej zapoczątkowanie zmian nie byłoby możliwe. Wyrazem tego wymuszonego, ale jednak istotnego udziału komunistów w pokojowym procesie przejścia od totalitaryzmu do demokracji było powołanie generała Jaruzelskiego na nowy urząd prezydenta. Po roku sam z niego zrezygnował. Dalej, jak wiadomo, wypadki potoczyły się lawinowo.

To ma być budowanie prestiżu i wielkości Polski?

W dziejach powszechnych zostanie to zapisane jako Jesień Ludów, czyli – zapoczątkowane przez polską Solidarność z Lechem Wałęsą na czele – wyzwolenie narodów Europy Środkowo-Wschodniej z jarzma komunizmu. Imperium zła, w odróżnieniu do hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy, zostało pokonane bez wojny światowej. Dla mnie, urodzonego już po drugiej wojnie, żyjącego przez dziesięciolecia w poczuciu zagrożenia wojną nuklearną, był to istny cud. W każdym razie było to – jak napisał niedawno na łamach „Plusa Minusa” Paweł Kowal – uwieńczenie jednego z najbardziej brawurowych projektów politycznych XX wieku. Oczywiście, przysłużyli się tu i Jan Paweł II, i Reagan, i Gorbaczow, ale przede wszystkim mieliśmy w tym „cudzie Historii” istotny udział my, Polacy. Po szeregu historycznych klęsk było to nasze drugie, po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, wielkie zwycięstwo.

To prawda, zaczęła się skomplikowana i bolesna transformacja ustrojowa, podjęta w stanie zapaści ekonomicznej, przejście od totalitaryzmu do demokracji i do gospodarki wolnorynkowej. Nie mogli w pełni docenić odzyskanej wolności i niepodległości ci, którzy nie mieli pracy, perspektyw. Jak powiedział Jan Paweł II, kończąc swoją pierwszą pielgrzymkę do wolnej Ojczyzny w 1991 roku, trudności były nieodzowne od procesu transformacji. Ale mieliśmy teraz szansę rozwiązywać je sami.

To w imię rozwiązywania trudności, w imię naprawiania Rzeczypospolitej, po 27 latach wolności i budowania demokracji doszła do władzy partia Jarosława Kaczyńskiego, niewątpliwie dzięki rozbudzeniu nadziei szerokich kręgów społeczeństwa. Przy walnym poparciu ze strony hierarchów kościelnych, kandydaci PiS-u wygrali w zeszłym roku wybory prezydenckie i parlamentarne. Rozbudzanie nadziei na poprawę losu jest w demokracji dobrym prawem polityków. Ale dlaczego teraz – mając pełnię władzy – psują demokrację, obrzucając inwektywami inaczej myślących, przeinaczając historię, zamiast informacji serwując propagandę, zamiast budować poczucie wspólnoty rozbudzając złe emocje? Dlaczego niszczą to, co jest wspólnym dobrem Polaków: poczucie satysfakcji z niewątpliwych osiągnięć ostatnich dwudziestu siedmiu lat,  a także poczucie dumy z pokojowego zwycięstwa nad komunizmem w latach 1980-1989?

Zaczęło się od ataków na Lecha Wałęsę, obok Jana Pawła II naszą najbardziej znaną markę w świecie. To ma być budowanie prestiżu i wielkości Polski? Raczej dowód zawiści i głupoty.

Już niedługo po was przyjdziemy…

Przestałem już oglądać programy dezinformacyjne w telewizji publicznej. W sobotę 4 czerwca wieczorem zdarzyło mi się jednak natrafić na pewien program publicystyczny w TVP Info. Prowadzący dziennikarz rozmawiał z dwoma mało znanymi weteranami „Solidarności” (darujmy sobie nazwiska), trzecim był – obecny w studiu w Bydgoszczy – legendarny Jan Rulewski. Obecni w studiu warszawskim zgodnym chórem dezawuowali sens porozumień Okrągłego Stołu i wyborów 4 czerwca, powtarzając znane  z mediów prawicowych i z Radia Maryja slogany o „porozumieniu agentury SB w »Solidarności« z komuchami”, „uwłaszczeniu nomenklatury”, oszukaniu i zdradzeniu narodu itd. Pojawił się zarzut świadomego zaniechania lustracji i dekomunizacji, nieukarania morderców (w tym Jaruzelskiego).

Rulewski wyjaśniał spokojnie, że w 1989 roku byliśmy pionierami przemian i trwał jeszcze Układ Warszawski, że Solidarność była ruchem chrześcijańskim, który od początku z zasady wyrzekał się odwetu, że kardynał Glemp błagał w stanie wojennym o uniknięcie za wszelką cenę przelewu krwi, że potem Kościół mediował i był świadkiem porozumienia przy Okrągłym Stole, a święty Jan Paweł II chwalił polską drogę dialogu i kompromisu. Oponenci byli głusi na wszelkie argumenty. W końcu najbardziej zapalczywy krzyknął w uniesieniu do Jana Rulewskiego: „wy powinniście dziś siedzieć w więzieniu, pakujcie się i wynoście się z Polski, bo już niedługo po was przyjdziemy”… Prowadzący dziennikarz nie tylko nie interweniował, ale przyłączył się do ataku na Rulewskiego. Oglądałem to widowisko ze zgrozą.

To tylko mała próbka tego, jak wygląda „dobra zmiana” w mediach publicznych, szumnie zwanych narodowymi. Czy „misją” miałoby być prostackie manipulowanie historią i niewybredne szczucie jednych obywateli na drugich? Czy promowanie małości może być drogą do budowania „wielkości”?