Możliwe, że dzisiejsza narracja o podziemiu niepodległościowym przesłania nam doświadczenia milionów Polaków, którzy zamiast iść do partyzantki, zostali w domach, by podnosić z gruzów życie swoje i kraju.

Swego czasu pewien stary człowiek, przedwojenny wiarus z Woli, powiedział mi, że komuniści to najgorsza zaraza, która spotkała Polskę po wojnie. Gorsza nawet od Niemców, a przecież on wie, kim był pierwszy okupant, bo stracił w rodzinę w Powstaniu. Nie byłoby o czym mówić, opinie takie jak ta nie są niczym nowym. Ale mój rozmówca zawahał się, westchnął i po chwili uzupełnił, że na naszą udręczoną Ojczyznę spadła niestety jeszcze inna, bardziej zabójcza plaga niż komuniści. Zaintrygowany zastygłem w oczekiwaniu. O hitlerowcach już słyszałem, słyszałem też o komunie. Nic jednak nie mogło mnie przygotować na zdanie, które padło po chwili. – Ta plaga to wieś w mieście – powiedział wiarus i spojrzał na mnie triumfalnie.

Fałszywie przemilczałem swoje chłopskie korzenie, przybrałem zaciekawiony wyraz twarzy i słuchałem, skąd ta jego niechęć. W głębi ducha pomyślałem, że w jego kategoriach wsi w mieście jest jednak więcej niż samego miasta. Bez tej dziejowej katastrofy migracji polskich miast by nie było. Daleko nie szukając, w latach 1939-1945 zginęło ponad osiemset tysięcy spośród miliona trzystu tysięcy przedwojennych warszawiaków. Nowi mieszkańcy miasta skądś się musieli wziąć. To zresztą przypadek nie tylko Warszawy, ale i wielu innych polskich miast – Piotr Nesterowicz, autor wydanego ostatnio reportażu „Każdy został człowiekiem” pisze, że w latach 1945-1960 ze wsi do miasta przeprowadził się co trzeci młody człowiek.

Nieżyczliwi mogą odczytywać książkę Nesterowicza jako opowieść o wielkim oszustwie

Rok 1960 nie jest rzecz jasna w żaden sposób graniczny – takie ramy założył sobie w książce Nesterowicz. Tymczasem w połowie tzw. małej stabilizacji ruch do miast właściwie dopiero się w Polsce zaczynał. Wkrótce miała ruszyć przyspieszona industrializacja epoki Gierka, kolejne miliony pociągnęły na Śląsk, Wybrzeże i wszędzie tam, gdzie powstawały nowe zakłady przemysłowe. Ten ruch trwa do dziś – zyskał nawet niezbyt pochlebną łatkę „słoików” i wciąż budzi emocje „tutejszych”, bardziej zasiedziałych w miastach, którzy przeżywają „najazd” obcych. Co zresztą z reguły sprowadza się do pogardliwego spojrzenia tych, którzy zdołali przyjechać chwilę – czasem jedno, czasem dwa pokolenia – wcześniej.

Nieżyczliwi mogą odczytywać książkę Nesterowicza jako opowieść o wielkim oszustwie, ideologicznym zaczadzeniu młodzieży, która wstępowała do ZMP i z marszu przyswajała komunistyczną wizję świata. W tle mógłby pobrzmiewać wyższościowy ton wobec ludzi znikąd, którzy w zamian za obietnicę lepszego życia zaprzedali duszę diabłu albo cynicznie popłynęli na fali nowego systemu, przy okazji krzywdząc innych. A przecież historia powojennych migracji może być opowieścią o otwartym świecie nowych możliwości, o miastach, które nie tylko nic nie straciły, ale wręcz zyskały na tym, że zaludnili je nowi ludzie.

Paweł Jaworski, filozof i urbanista, napisał swego czasu tekst „Miasto werbusów”, w którym odmalowuje pozytywny obraz stolicy Górnego Śląska jako miasta przyjezdnych i mówi o pięknym modernistycznym wyobrażeniu o „mieście, do którego można z dnia na dzień przyjechać, rozpocząć od przysłowiowego zera i w miarę łatwo realizować swoje plany. Jeżeli tylko jest się wystarczająco upartym, konsekwentnym oraz nastawionym na współdziałanie”. Tak opowiadana, powojenna migracja mogłaby stać się pozytywnym mitem założycielskim współczesnej Polski. Mitem lepiej odpowiadającym naszemu doświadczeniu niż leśne historie żołnierzy wyklętych.

Nie przekreślając roli podziemia niepodległościowego w naszej najnowszej historii, można się jednak zastanowić, czy dzisiejsza narracja o nim nie przesłania doświadczenia milionów Polaków, którzy zamiast w 1945 roku iść do partyzantki, zostali w domach, by podnosić z gruzów życie swoje i kraju. 24 maja w czasie pogrzebu majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” prezydent Andrzej Duda powiedział: – Polacy, a zwłaszcza młode pokolenie wie dziś doskonale, że w tamtych czasach, trudnych, beznadziejnych, to wy zachowaliście się jak trzeba.

Niepokój może wzbudzać stwierdzenie „to wy zachowaliście się jak trzeba” – bo czy to znaczy, że pozostali zachowali się źle? Nie sądzę, by prezydent miał to na myśli, jednak ta zawieszona w niedopowiedzeniu myśl może być przez niektórych tak interpretowana.

Wiarus z Woli tłumaczył swoją niechęć do ludzi ze wsi trzytygodniowym uwięzieniem na Rakowieckiej w 1948 roku, kiedy znęcał się nad nim pochodzący ze wsi ubek. PRL wyrwał oprawcę z nędzy i beznadziei bezrolnego chłopa, a on gorliwie katował wrogów systemu, żeby szybciej przeprowadzić się do lepszego mieszkania. Trauma jest w tej opowieści prawdziwa i dlatego nie nam oceniać wyrosłe na niej poglądy. Źle się jednak stanie, jeśli w polityce historycznej pomijać się będzie wszystkie postawy wobec rodzącego się PRL, które nie obejmowały oporu z bronią w ręku. Byłoby to zbyt pochopne przekreślenie szczerego entuzjazmu milionów ludzi, których życie – na dobre i na złe – przypadło na czasy powojenne. Czy wszyscy oni chcieli budować Polskę komunistyczną? Wątpliwe. Zapewne jednak chcieli budować Polskę najlepszą, jaką umieli sobie wyobrazić.

W zeszłym roku w warszawskim Muzeum Woli pokazywana była wystawa „Trwa budowa. Warszawa zdaniem mieszkańców 1945-2015”, opowiadająca o zmieniających się wizjach miasta od końca wojny do dzisiaj. Jan Mencwel, jeden z jej kuratorów, tak tłumaczył intencje twórców: życie „w niedomkniętym mieście, będącym w stałym ruchu, to wyzwanie, by angażować się w jego zmianę. Choć murować warszawiacy już nie muszą, to nadal każdy może włączyć się w dalszą «odbudowę»”.

I może to właśnie jest najlepsza wizja polskich migracji – zarówno powojennych zetempowców, jak i współczesnych „słoików”.