Prezydent Andrzej Duda winien tak konstruować założenia polskiej polityki historycznej, aby kiedyś zechciał podjąć tę schedę jego następca. Kimkolwiek by był.  

Obecne czasy są – jak wiadomo – niezbyt dobre do realizowania podobnego zadania. Obie strony, rządowa (której Andrzej Duda, chcąc nie chcąc, jest częścią) oraz opozycyjna przyjęły wyraźny kurs na budowę osobnych, przeciwstawnych sobie wzorów historycznej tożsamości. Jedni i drudzy robią to wyłącznie na użytek własnego elektoratu. Weźmy chociażby przykład niepodległościowego podziemia zbrojnego po 1945 r. Obóz PiS, promując nazywanie jego uczestników „żołnierzami wyklętymi”, robi z nich, in gremio, antykomunistów i antylewicowców, a przez to jakby prekursorów bieżącej walki prawicy z „resortowymi dziećmi”. Z kolei lewica uważa ich dzieło za „kontrowersyjne” (w najlepszym wypadku), odżegnując się od tego symbolu i faktycznie oddając go do zagospodarowania politycznym przeciwnikom.

Zapomina się przy tym o najważniejszym: ludzie ci walczyli o wolność z narzuconą nam przemocą. Pamięć o nich nie powinna być bezkrytyczna, ale też krytyka i aprioryczna nieufność nie może tutaj wyprzedzać lub zastępować postawy czci, jaka z definicji należy się obrońcom ojczyzny.

Prezydent na tym polu stanowczo przeciwstawia się manipulacjom lewicy, ale też – jak się wydaje – nie popiera modelu ostentacyjnego upolitycznienia pamięci o powojennym podziemiu. A przynajmniej, jako uczestnik szeroko pojętego obozu PiS, nie wychodzi z tym przed szereg. Należy to odnotować z uznaniem.

Polityka historyczna Andrzeja Dudy dobrze służy polskiej racji stanu

Podobnie jest w przypadku kolejnego symbolu: II Rzeczypospolitej. Prezydent go afirmuje, co wielu ma mu za złe. Międzywojenna Polska nie była przecież bytem idealnym, stworzyła Berezę i dyskryminowała mniejszości. Zgoda, były w ojczyźnie „rachunki krzywd”, jak napisał Broniewski. Ale było to nasze własne państwo, którego w ostatnich wiekach nie mieliśmy przecież zbyt wiele. I to właśnie winno być podstawową konstatacją, gdy mówimy o II RP. Krytyka, owszem, ale na drugim planie. „Sanacyjna” Polska nie była państwem tak strasznym, aby w imię moralnej czystości wypierać się względem niego poczucia wspólnoty. Tak przecież robiono w PRL.

Antykomunistyczny rys preferowanej przez prezydenta polityki historycznej też nie jest rzeczą naganną. Formacja ta w historii źle przysłużyła się Polsce i najwyższy już czas, by zerwać z praktykami jej wybielania. Czym innym jest indywidualna ocena poszczególnych komunistów, ale to znowu kwestia drugiego planu, my mówimy o symbolach. Eliminacja rodzimego komunizmu z panteonu polskiej historii nie spowoduje zmonopolizowania przez prawicę pojęcia patriotyzmu: w nurcie naszej pamięci nie brak przecież wątku prawdziwie patriotycznej lewicy, jaką była PPS.

Wydaje się, że podobne rozumienie problemu kierowało prezydentem, gdy kilka dni temu podpisywał ustawę o zakazie propagowania komunizmu. Jej realizacja, wbrew gdzieniegdzie panującym obawom, nie wywoła kolejnych podziałów w narodzie. Polacy, jako większość, nie mają prokomunistycznych sentymentów, natomiast niektórzy z nich wykazują się inercją. Sprowadza się ona do postawy: po co wydawać pieniądze na tablicę z nową nazwą ulicy, bez komunistycznego patrona, skoro ludzie przyzwyczaili się już do starej? Doprawdy, wzruszyć na to ramionami i robić swoje – jak czyni prezydent Duda – to nie grzech, a powinność.

Model polityki historycznej, promowany przez Andrzeja Dudę, dobrze służy polskiej racji stanu. I będzie tak nadal, jeżeli prezydent nie zapomni, że celem tej polityki – tak jak wszelkiej polityki prowadzonej przez głowę państwa – jest łączenie Polaków w duchu niezafałszowanej pamięci o ich własnej przeszłości.