Kościół ustami papieża Franciszka wyraźnie deklaruje, że chce opatrywać duchowe rany – w szpitalu polowym, którym powinien się stać

Dzisiaj w liturgii Kościoła katolickiego obchodzona jest uroczystość Jezusa Chrystusa, Najwyższego i Wiecznego Kapłana. Osoby mniej obeznane z teologią mogą nie wiedzieć, że w chrześcijaństwie jedynym Kapłanem, czyli Pośrednikiem między Bogiem a ludźmi, jest Chrystus, który sam siebie składa w ofierze krzyża.  Dlatego w odniesieniu do mężczyzn, mających święcenia kapłańskie, powinniśmy posługiwać się raczej nazwą „prezbiter”.  Inna z kolei teza teologiczna głosi, że na mocy chrztu świętego wszyscy chrześcijanie są „królestwem kapłanów”,  czyli noszą w sobie tak zwane kapłaństwo wspólne, inaczej mówiąc powszechne, wyrażające się w tym, że każdy wierzący składa Bogu ofiarę ze swoich cierpień i ze swoich dobrych uczynków. Kapłaństwo wyświęconych mężczyzn, czyli prezbiterów, nazywane w języku teologii kapłaństwem urzędowym lub – co wydaje się trafniejsze – kapłaństwem służebnym, nie jest – jak głosili niektórzy teologowie w XVIII wieku i później – jakąś szczególną drogą „na skróty” do świętości.  Jest „wybraństwem” tylko w tym sensie, że jest wybraniem do służby ludziom, w imię Chrystusa.

Chrystus jest więc  jedynym Kapłanem i – co warte zapamiętania – jedynym lekarzem dusz. To ważne stwierdzenie. W historii zdarzało się bowiem nieporozumienie, że to Kościół instytucjonalny uważał się za lekarza dusz. A wtedy, jak zwykł powtarzać wybitny teolog, obecny biskup opolski Andrzej Czaja, „spadały głowy i płonęły stosy”.  Jeden jest tylko Lekarz, Jezus Chrystus. A Kościół jest przy Nim co najwyżej pielęgniarką. Na szczęście dzisiaj Kościół ustami papieża Franciszka wyraźnie deklaruje, że chce opatrywać duchowe rany – w szpitalu polowym, którym powinien się stać. Pamiętam, że kardynał Stefan Wyszyński posuwał się jeszcze dalej, mówiąc, że trzeba „jak pies lizać rany narodu”.

Liturgiczny temat dzisiejszego dnia kojarzy nam się oczywiście z głoszonym przez niektórych nadgorliwych katolików hasłem, by Chrystusa oficjalnym publicznym aktem intronizować na króla Polski. Pomysł ten, literalnie rzecz biorąc, pozbawiony jest sensu i niesie w sobie ryzyko zniekształcenia czystego przekazu Objawienia. Kościół głosi bowiem wyraźnie, że zadaniem każdego wierzącego jest przyjęcie Jezusa na króla swego serca, co w języku biblijnym i kościelnym wyraża się w formule: „Jezus jest Panem”.

W dzisiejszym czytaniu z Księgi proroka Izajasza padają na koniec słowa: „I usłyszałem głos Pana mówiącego: <Kogo mam posłać? Kto by Nam poszedł?>. Odpowiedziałem: <Oto ja, poślij mnie!>” (Iz 6,1-8).

Podjęcie Bożego wezwania, podjęcie przez każdego z nas swego życiowego powołania, wymaga niewątpliwie odwagi i ryzyka. Niechby każdy wierzący chrześcijanin i każdy człowiek dobrej woli podejmował to wezwanie w głębi swego serca i na własny rachunek, w duchu objawienia biblijnego i nauki Kościoła, nie wciągając w to polityki i Narodu.

Zmieniona wersja tekstu wygłoszonego 19 maja jako Słowo na dzień w poranku radiowej Dwójki.