Brakuje zorganizowanego systemu, który odpowiadałby cyklowi życia człowieka od urodzenia do śmierci – mówią Dorota Szelewa i Michał Polakowski z Międzynarodowego Centrum Badań i Analiz (ICRA).

Jakub Halcewicz: Premier Beata Szydło powiedziała w niedzielę, że Polacy złożyli już 2,5 mln wniosków o pieniądze z programu „Rodzina 500 plus”. W ostatniej kampanii wyborczej, w której dominowały sprawy społeczne, mówiła, że zrobi wszystko, by Polacy mieli poczucie stabilizacji i bezpieczeństwa. Czego jeszcze brakuje, byśmy mieli to poczucie?

Dorota Szelewa: Zorganizowanego systemu, który np. odpowiadałby cyklowi życia człowieka od urodzenia do śmierci. Niezależnie od tego, kto akurat rządzi, państwo prowadzi poszatkowaną politykę społeczną – przyznaje 500 zł na drugie dziecko albo roczny urlop macierzyński, po którym kobieta często jest zwalniana z pracy, a dla dziecka nie ma miejsca w żłobku.

Mamy 72 tys. żłobków, co wystarcza dla 6 proc. dzieci.

D.S.: Wprawdzie w ostatnich latach liczba żłobków się potroiła, ale ten sukces może się okazać pozorny. Dzięki programowi „Maluch” każdy może założyć żłobek i dostać 80 proc. dofinansowania, istnieje więc ryzyko, że żłobki same się nie utrzymają, gdy skończą się pieniądze na ich rozwój ze środków strukturalnych.

Co wtedy?

D.S.: Gdy nie ma żłobka, matka znajduje opiekunkę – w rodzinie czy poza nią – albo bierze urlop wychowawczy i pozostaje na nim kolejne 2, 3 lata. Potem jest lepiej, bo od pewnego czasu łatwiej niż kiedyś znaleźć przedszkole.

Później dziecko idzie do szkoły, w której często nie ma stołówki ani świetlicy.

D.S.: Do szkoły idzie już nawet w wieku 5 lat, na przygotowanie przedszkolne. W szkole podstawowej lekcje trwają tylko do połowy dnia, czasem dzieci chodzą na drugą zmianę, wtedy zaczynają np. od południa. Jeśli brakuje świetlicy, pracujący rodzice mają problem. Paradoksalnie, lepiej dla nich, gdy dziecko jeszcze chodzi do przedszkola, ponieważ tam godziny otwarcia są bardziej dopasowane do czasu pracy rodziców (choć i tu różnie bywa).

Po edukacji podstawowej znów zaczynają się schody. Młody człowiek przeważnie nie spotyka w życiu doradcy zawodowego, dlatego będzie chciał pójść do liceum, tak jak wszyscy. Nie usłyszy rady, że istnieją świetnie wyposażone zawodówki, po których mechanik zarabia średnio 3 tys. zł na rękę, a w małym mieście to bardzo dobra stawka. Nie usłyszą tego zwłaszcza dziewczęta. Większość z nich nastawia się na naukę w liceum zamiast w szkole zawodowej gwarantującej pracę. Powszechnie mówi się o niedostosowaniu systemu edukacji do potrzeb rynku pracy, ale nikt nie definiuje problemu i nie szuka rozwiązań.

Czyli?

Michał Polakowski: Oprócz doradzania młodym w planowaniu przyszłości, trzeba pomyśleć o inteligentnej polityce rynku pracy, nastawionej na rezultaty. Obecnie jej nie mamy i wszystko opiera się na biurokracji. Urzędnikom zależy przede wszystkim na osiąganiu wskaźników ustalonych z góry i nie zawsze słusznie, np. wskaźników zatrudnieniowych, które mówią, ile osób znalazło pracę w pół roku od programu aktywizacji zawodowej bezrobotnych. To naprawdę nie jest ważne. Liczy się, czy ktoś zdobędzie i utrzyma pracę w długiej perspektywie.

W polityce społecznej, która odpowiada cyklowi życia, potrzebna jest także polityka zdrowego starzenia się. Zatem jeśli podnosimy wiek emerytalny i planujemy dłużej pracować, to musimy także przez całe życie dbać o zdrowie, chodzić na zajęcia sportowe i zdrowotne dla pracowników.

Ma je zapewnić państwo?

M.P.: Tylko mały odsetek firm dba o pracowników i zapewnia im karnety do siłowni. Musi powstać rządowy program, który będzie sprzyjał zdrowemu starzeniu się. Miejsca pracy powinny być ergonomiczne i nie mogą nadmiernie eksploatować pracowników. Trudno sobie wyobrazić, że 67-letnia pielęgniarka będzie pomagała fizycznie stukilogramowemu pacjentowi.

D.S.: Ze starością wiążą się problemy opieki długoterminowej. Koalicja PO–PSL miała 8 lat, by zastanowić się nad tym problemem, a dopiero w ostatnim roku rządów podjęto jakiekolwiek kroki w celu poprawy sytuacji seniorów – pod koniec sierpnia ubiegłego roku utworzono Instytut Geriatrii, potem zatwierdzono program „Senior Wigor”, dzięki któremu miała powstać sieć placówek aktywnego starzenia się. To za mało i za późno.

Problemy seniorów są nieobecne w kampaniach wyborczych. Dlaczego?

D.S.: Nie zauważamy ich. Nie widzimy, że brakuje systemu opieki nad seniorami, bo jako społeczeństwo oczekujemy, że osobą starszą zajmie się jej rodzina. Tylko że jest coraz więcej samotnych starszych osób. Siedzą w domach, bo mają problemy motoryczne, ich podstawowe potrzeby spełnia pielęgniarka środowiskowa.

Wyłączamy seniorów ze społeczeństwa?

D.S.: Nie staramy się z nimi integrować. W Holandii starszych łączy się z młodymi, którzy mają dopiero wejść na rynek pracy, by wzajemnie się od siebie uczyli i nabywali kapitał społeczny.

M.P.: Warto podkreślić, że samotna i biedna starość ma twarz kobiety. Bo kobiety żyją 8 lat dłużej niż mężczyźni i mają od nich niższe zarobki. Marek Balicki zauważa, że grożą nam różnice klasowe. Łączymy się w związki z osobami podobnymi do nas i nie ma różnic statusowych między małżonkami. To znaczy, że osoby z wyższym wykształceniem będą znacznie dłużej żyły razem w porównaniu do osób z niższym wykształceniem i będą miały znacznie wyższe emerytury. Mężczyźni z niskim wykształceniem bardzo szybko umierają. Ich żony zostaną same i bez wystarczających środków do życia.

Dlatego problemem jest to, co się stanie z kobietami, a nie sam wiek emerytalny, o którym nieustannie się rozmawia. Powinniśmy zacząć mówić o zmianie formuły emerytalnej, poważnie dyskutować o emeryturze obywatelskiej w równej wysokości dla każdego obywatela (pewnie na poziomie minimum socjalnego) i z częścią zależną od przebiegu kariery zawodowej.

Czy powrót do niższego wieku emerytalnego jest rozsądny?

D.S.: Właśnie takich postulatów spodziewałabym się po prawicowej partii z socjalnym komponentem jak PiS.

M.P.: Obniżenie wieku emerytalnego nie jest żadnym kuriozum, ale klasycznym postulatem partii w różnych krajach. Pamiętajmy tylko, że pośrednim skutkiem podniesienia wieku emerytalnego jest wzrost emerytur, bo wydłuża się czas płacenia składek. Zatem po obniżeniu z powrotem wieku emerytalnego emerytury będą niższe.

Wiek emerytalny podniesiono w czasie największych problemów fiskalnych państwa, gdy mieliśmy wysoki deficyt i rósł dług publiczny. Reforma została przeprowadzona za szybko i zgodnie z typowo polskim wzorem tworzenia polityki publicznej. Polega on na wierze w to, że rzeczywistość dostosuje się do naszych celów, np. podnosimy wiek emerytalny i oczekujemy, że ludzie będą żyli zdrowo, będą się przekwalifikowywali i przystosowywali do zmian na rynku pracy. To się nie zadzieje samo. Należy najpierw zająć się opieką zdrowotną na poziomie zakładów pracy, a dopiero potem podnosić wiek emerytalny. Tak się wprowadza zmiany w odpowiedzialnych państwach opiekuńczych.

Beata Szydło zapowiedziała Narodowy Program Zatrudnienia, w tym dotacje dla przedsiębiorców, samorządów, stypendia dla pracowników. Premier Kopacz chciała wprowadzić jednorodne kontrakty, które wyprą umowy cywilnoprawne. Obietnice te formułowano zwłaszcza z myślą o młodych.

M.P.: Ich problem jest szeroki – obejmuje niestabilność, niemożność zaspokojenia potrzeb konsumpcyjnych, kulturalnych, mieszkaniowych.

DS.: Były programy „Praca dla młodych” i „Gwarancje dla młodzieży”. Warto zapytać, jak wydatkowane są pieniądze z tych programów i w jaki sposób przekłada się to na poprawę sytuacji młodych na rynku pracy. Jakie konkretnie kroki Platforma podjęła przez 8 lat i jaki był ich efekt. Za mało rozliczamy polityków.

Czy mogłaby pomóc Państwowa Inspekcja Pracy?

M.P.: Instytucja ta powinna przeciwdziałać nadużywaniu umów cywilnoprawnych – reagować i nakłaniać pracodawcę do podpisania z pracownikiem właściwej umowy w sytuacjach, gdy stosowane są umowy o dzieło, a faktycznie mamy do czynienia ze stosunkiem pracy. Niestety, PIP jest niedofinansowana. W Sejmie zawsze toczy się bitwa o pieniądze dla niej i odbiera się jej kolejne miliony. Platforma przyzwyczaiła nas do argumentu, że na wiele spraw „nas nie stać”.

D.S.: Albo że jak komuś damy pieniądze, to komuś innemu trzeba będzie zabrać. Więc każdy się boi, że zabiorą właśnie jemu. To przekonanie tworzy między nami podziały, np. w sytuacji, gdy trudno zapisać dziecko do żłobka, wiele osób ma pretensje nie do rządu z powodu złej polityki, ale do samotnych matek, które rzekomo udają, że są samotne, by łatwiej zapisać dziecko. Prawo w różny sposób traktuje opiekunów osób dorosłych i dzieci. Więc grupy te walczą ze sobą zamiast z rządem. Ludzie zwracają się przeciwko sobie. Widać to także w stosunku do uchodźców.

To wina Tuska, że Polacy na nich nie czekają?

M.P.: Jest to bardzo przykre, ale można się Polakom nie dziwić. Mówią, że nie chcą uchodźców, bo „nas na to nie stać”. Widać wielkie zniszczenia społeczne, jakie niesie powtarzanie tego argumentu. Gdy istnieje fundamentalna potrzeba niesienia pomocy, nie umiemy być solidarni. Bo wmówiono nam, że „się nie da”.

Z drugiej strony, zawsze zastanawialiśmy się, jak to jest, że „nie stać nas”, gdy na politykę rynku pracy potrzeba dodatkowych 100 mln zł i Ministerstwo Finansów zawsze protestuje, ale Platforma znalazła 1,3 mld zł na zasiłki dla nieubezpieczonych matek, a PiS kolejne miliardy na „500 plus”.

Bo nie toczy się poważna debata.

M.P.: Obywatele nie są odpowiednio poinformowani, a politycy, którzy sami nie są ekspertami, nie korzystają z wiedzy specjalistów i nie znają merytorycznych argumentów.

D.S.: Mieszkałam w Danii. Gdy przygotowywano reformę emerytalną, telewizja publiczna pokazywała reportaże z prac parlamentu w prime time. Dzięki nagłośnieniu tematu interesował się nim także kupowany przez wszystkich tabloid. Ludzie dyskutowali żywo o reformie, która miała dotyczyć emerytów za 34 lata. Wszyscy profesorowie z mojego wydziału dostali nakaz udania się do Kopenhagi na komisję parlamentarzystów i ekspertów. Debata publiczna jest więc możliwa.

Rząd PO-PSL nie przekonał Polaków do podniesienia wieku emerytalnego, ogromna większość była temu przeciwna. Koalicja podała ten temat PiS-owi na tacy, nic dziwnego, że od początku kampanii Andrzeja Dudy zapowiadano cofnięcie reformy.

M.P.: Podobną sytuację mieliśmy z sześciolatkami.

D.S.: Dla każdego rodzica najważniejsze jest dobro dziecka, dlatego najłatwiej było krytykom reformy żerować na podstawowych instynktach rodzicielskich. Na potrzeby dyskusji wynajdywano mało znane badania naukowe z wątpliwą metodologią. Szukało się ekspertów pod tezę. Niestety, ten sposób powoływania się na autorytety naukowe jest kontynuowany w debacie publicznej bez względu na temat i opcję polityczną. A reformę cofnięto.

Dorota Szelewa – prezeska ICRA, doktorka nauk politycznych Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji. Pracuje w Instytucie Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego

Michał Polakowski – członek zarządu ICRA, doktor Maastricht Graduate School of Governance Uniwersytetu Maastricht, gdzie ukończył pracę doktorską na temat transformacji polityki społecznej w krajach postkomunistycznych