Mamy odbudować „wspólnotę narodową”? Może powinniśmy sobie najpierw postawić skromniejszy cel: zrekonstruować wspólnotę procedur.

Kiedy filolog obserwuje bieżące wydarzenia, ze szczególną uwagą odnotowuje te, które rozgrywają się w języku. I ma trochę racji: kiedy się spieramy, nie jest bez znaczenia, jakich słów używamy. Przyjęcie pewnego zestawu pojęć i narzucenie go adwersarzowi nieraz daje potężną przewagę. Prowadzi prosto do zwycięstwa lub przynajmniej pozwala sprofilować temat dyskusji tak, by pewne niuanse sprawy pozostały niezauważone.

Zwrócono mi niedawno uwagę, że pojęciem, za pomocą którego uzasadnia się wiele przedsięwzięć dzisiejszych władz, jest „wspólnota narodowa”. To tę wspólnotę należy zrekonstruować. To ona znajduje się w głęboki kryzysie, na co remedium mają być takie wydarzenia, jak Marsz Niepodległości, czy uroczystości pogrzebowe Zygmunta Szendzielarza – „Łupaszki”.

Pojęcie „wspólnoty narodowej” ma w Polsce potężną moc przyciągającą. Wystarczająco żywo pamiętamy (ze szkoły, z przekazów rodzinnych) próby rusyfikacji czy germanizacji, by nawet mając pretensję o to czy tamto do obecnych władz, kiwać głową na uzasadnienia, że to o dobro wspólnoty narodowej chodzi.

Byłoby miło, gdyby fakt, że od trzydziestu lat zajmuję się literaturą POLSKĄ, najpierw jako jej historyk, a potem jako powieściopisarz i eseista, odsuwał ode mnie podejrzenie, że z polskością nie łączy mnie gorące uczucie. Wiem, że tak niestety nie jest: rewersem powszechnej zgody na to, że należy krzepić wspólnotę narodową, jest gotowość do wykluczania z niej adwersarzy. Mimo to chciałbym podzielić się wątpliwością, czy wspólnota, którą warto zrekonstruować, ta niewątpliwie polska wspólnota, winna być wspólnotą narodową w sensie, który bezrefleksyjnie przyjmujemy.

Jak w ogóle buduje się wspólnotę, jak wspólnota powstaje? Istnieje szereg rozmaitych metod. Można na przykład budować wspólnotę w opozycji do wspólnego wroga czy intruza. Bardzo rozmaici ludzie doświadczają niechęci do kogoś i rozpoznając tę samą niechęć u bliźnich odczuwają z nimi powinowactwo. Wprowadźmy do niezgranej klasy szkolnej dodatkowego ucznia, który – celowo, dla potrzeb eksperymentu – będzie antypatyczny dla wszystkich, a zobaczymy wyraźnie ten mechanizm.

Można budować wspólnotę na podstawie realnego lub wmówionego pokrewieństwa. Tak działo się podczas zjazdów wielkich rodzin, dziś już zdarzających się bardzo rzadko. Wobec widzianych pierwszy i ostatni raz na oczy ludzi, których nam przedstawiono jako dalekich kuzynów, odczuwamy dziwną serdeczność. Jesteśmy wszyscy z jednego drzewa (genealogicznego); tak twierdzimy, choćbyśmy byli sobie raczej powinowaci, niż krewni, ktoś był z nieprawego łoża, a dziadek kogoś innego był adoptowany. Ten model właśnie najbliższy jest wspólnocie narodowej.

Można budować wspólnotę wokół wielkiego marzenia. To chyba przydarzyło nam się na początku lat osiemdziesiątych. Jednoczył nas cel: żeby „wyjść z kryjówek” (jak uczył ks. Tischner) i „być teraz wreszcie u siebie” (jak śpiewał Maciej Pietrzyk).

Ale istnieje jeszcze inny sposób budowania wspólnoty, z którym łączy się groteskowa historyjka, jaką przypomniałem sobie niedawno. Otóż w 1985 roku uświadomiliśmy sobie z grupą znajomych na uniwersytecie, że jesteśmy ostatnim rocznikiem, który rozpoczął studia przed wprowadzeniem stanu wojennego. W takim razie – uznaliśmy – przed napisaniem prac magisterskich mamy jeszcze jedno zadanie. Powinniśmy nowoprzyjętym studentom przekazać coś z naszego doświadczenia przedgrudniowej wolności. Toteż zorganizowaliśmy pod auspicjami samorządu „obóz zerowy”: pojechaliśmy z nimi w Tatry.

W naszym przedsięwzięciu było więcej intuicji niż przemyśleń. Ale właśnie dlatego wydaje mi się ciekawe, co spontanicznie uznaliśmy za godny przekazania składnik tradycji Sierpnia. Śpiewaliśmy z nimi „Rotę” albo „Bolszewika goń, goń, goń”? Nie (choć piosenki Kaczmarskiego – oczywiście). Opowiadaliśmy o chrzcie Mieszka, albo o Konfederacji Warszawskiej? Też nie. A może recytowaliśmy z pamięci 21 postulatów sierpniowych? I to nie, choć jakieś opowieści kombatanckie pewnie się zdarzyły.

Przede wszystkim… robiliśmy walne zebrania. Prawdę mówiąc, gdy dziś o tym pomyślę, robi mi się słabo. Ustalając, dokąd pójdziemy nazajutrz na wycieczkę, urządzaliśmy głosowania i nie jestem pewien, czy nie wybieraliśmy nawet komisji skrutacyjnej. Debatowaliśmy nad kolejnością dyżurów w kuchni. Z całą powagą udzielaliśmy sobie głosów, tłumaczyliśmy, co znaczy „ad vocem” i „ja z wnioskiem formalnym”.

Nie twierdzę, że był to nadzwyczajnie udany obóz (choć nieliczni uczestnicy, z którymi do dziś mam kontakt, wspominają go o dziwo z czułością). Ale intuicyjnie i chyba bezwiednie uczyliśmy DEMOKRACJI PROCEDURALNEJ. Gdy dziś słyszę, że mamy odbudować „wspólnotę narodową”, wracam do tego doświadczenia myślami. I mam wrażenie, że podzieleni – niestety – na dwa skonfliktowane plemiona, może powinniśmy sobie najpierw postawić skromniejszy cel: zrekonstruować wspólnotę procedur.