Kiedy niedawno jeden z czołowych polskich polityków powiedział publicznie, że „przebaczenie jest potrzebne, ale po przyznaniu się do winy i wymierzeniu kary”, w katolickich mediach zawrzało.

Wielu – i słusznie – przypominało, że przebaczenie jest bezwarunkowe. Że grzesznik nic nie musi zrobić, by mu przebaczono. Że jest ono uprzednie wobec nawrócenia, pokuty czy kary. Nie trzeba było długo czekać, by ci sami ludzie z radością, a nawet nieukrywaną satysfakcją przyjęli kościelne zakazy wobec duchownych, którym ograniczono możliwość publicznego sprawowania liturgii czy głoszenia słowa Bożego bądź nawet wszelkiej działalności duszpasterskiej. Nikt nie nawoływał wówczas do bezwarunkowego przebaczenia. A kiedy w białostockiej bazylice na Mszę św. przyszedł ONR, pisano, że „dla takich” nie ma miejsca w kościele i Kościele. Niestety, zdarza się, że ci, co wzywają do przebaczenia wobec jednych, chętnie by wykluczyli innych.

Prawdą jest, że przebaczenie jest bezwarunkowe. Prawdą jest także to, że – jak pisał ks. Janusz Pasierb – „grzesznik jest w Kościele właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – tak jak chory jest na miejscu w klinice czy poczekalni lekarza”. Ale prawdą jest także to, że jego obecność w Kościele nie jest bezwarunkowa. Czym innym jest bowiem przebaczenie, które dokonuje się pomiędzy grzesznikiem a tym, komu wyrządził krzywdę – bo tylko on ma prawa do udzielenia przebaczenia, czym innym zaś powrót do wspólnoty Kościoła.

Grzesznik jest niczym ów chory w szpitalu, który chce podjąć leczenie. Nie da się tego leczenia jednak podjąć wbrew grzesznikowi. To on musi uznać diagnozę, przyznać się przed sobą i przed wspólnotą, że jest chory i że potrzebuje skutecznej, a często drastycznej terapii. Mówiąc bardziej kościelnym językiem – potrzebne jest nawrócenie, pokuta, zmiana. Wszystko to nie jest jednak tylko sprawą grzesznika. Współodpowiedzialność za jego los ponosi także wspólnota Kościoła. To ona musi chcieć go powtórnie przyjąć, być na niego otwarta. Grzesznik musi mieć świadomość, że jego powrót jest oczekiwany, że wspólnota ma w sobie gotowość, by go przyjąć. Bez tego nie wróci. Wspólnota musi wysyłać sygnał: „Przyjmiemy Cię, wróć!”. Dopóki tylko pokrzykuje „Nawróć się, to (może) Cię przyjmiemy” nic z tego powrotu nie będzie. Nikt nie wraca ze strachu.

Kiedy pewnego roku wierni nie przyszli na liturgię Wielkiego Piątku, a zamiast tego udali się na wyścigi konne i do teatru, św. Jan Chryzostom grzmiał na mieszkańców Konstantynopola: „Kto po tym upomnieniu i nauce wykroczy przez branie udziału w widowiskach teatralnych, nie przyjmę go tu do kościoła, nie udzielę mu tajemnic, nie dopuszczę do świętego stołu”. Karą będzie wykluczenie. „Należy wyrzucić takich ludzi, aby zdrowi stali się jeszcze zdrowsi, a chorzy z choroby swej wyszli zdrowi” – gromił z wysokości ambony. A jak ma się wobec nich zachować wspólnota Kościoła? „Nie rozmawiajcie z nimi i nie przyjmujcie ich do domu, nie dopuszczajcie do stołu, nie wychodźcie i nie wchodźcie razem, nie przestawajcie z nimi na rynku! W ten sposób ich odzyskacie”. Czyżby? Metodą nakłaniającą grzesznika do powrotu miał być ostracyzm społeczny. Tak, on może jest i skuteczny, ale chyba tylko jeśli chodzi o powrót do towarzystwa, na którym komuś zależy. Ale czy to już jest nawrócenie? Czy dlatego wraca się do Kościoła?

W Evangelii gaudium Franciszek pisze, że czasami „Kościół jest jak ojciec syna marnotrawnego, który pozostawia drzwi otwarte, aby mógł on wejść bez trudności, kiedy powróci”. Tak, jeśli wracać, to z nadzieją na otwarte drzwi domu Kościoła – tej „świętej społeczności grzeszników”. Nikt nie chce odbić się od tych zamkniętych.