Rocznice, linki dla pamięci… Tysiąc pięćdziesiąta rocznica chrztu Polski wzbudziła we mnie ambiwalentne odczucia, ze względu na spektakularny sposób jej obchodzenia przez najwyższe władze państwowe i kościelne, chciałoby się rzec: ramię w ramię, co jest stwierdzeniem przywodzącym na myśl niefortunnie się kojarzący sojusz tronu i ołtarza. Ale już – przypominana z tej okazji – pięćdziesiąta rocznica Sacrum Poloniae Millennium budzi we mnie żywe skojarzenia. W kwietniu 1966 w Gnieźnie stałem wraz z kolegami w tłumie na placu przed rezydencją biskupią, gdy na balkonie ukazał się kardynał Stefan Wyszyński i przedstawiał swoich kolegów: arcybiskupów Kominka, Baraniaka i Wojtyłę, a oni jak grzeczni uczniowie kłaniali się, zdejmując czapeczki. Było po uroczystej mszy świętej w katedrze, gdzie od ołtarza przemawiał profesor Jerzy Kłoczowski, mówiąc o początkach państwa Mieszkowego skrywających się w ciszy, a nie w zgiełku wojen i podbojów.

Rok 1966 był też dla mnie pięknym czasem powrotu do wiary i praktyk religijnych, po czterech latach chłopięcego buntu i odejścia. Nawróciłem się w momencie głębokiego kryzysu egzystencjalnego, na pierwszym roku filozofii. Zacząłem znów modlić się i chodzić do kościoła, ale nie do parafialnego, w którym wiarę poprzednio straciłem, lecz na Piwną, do świętego Marcina. Miałem wielkie szczęście. Barokowy kościół, zniszczony do cna w walkach Powstania Warszawskiego, odbudowany przez ludowe państwo (sic!), z wysmakowanym nowoczesnym wystrojem wnętrza, opracowanym przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża z Lasek, został wybrany przez mądrego Prymasa na miejsce pilotażowego wprowadzenia odnowionej przez Sobór liturgii: po polsku, z ołtarzem na środku prezbiterium, z celebransem zwróconym twarzą do wiernych. Celebransem był nie byle kto, bo młody ksiądz Bronisław Dembowski. Jego charyzmatyczna osobowość, łącząca mądrość i prostotę, przyciągała mnie dodatkowo do tego miejsca.

W tym roku swoje 60-lecie obchodzi blisko związany z Piwną, jakże zasłużony dla polskiego katolicyzmu i dla naszej wolności Klub Inteligencji Katolickiej, który powstał po październiku 1956. W niedzielę 24 kwietnia tenże sam ksiądz Bronek, dzisiaj biskup włocławski senior, przewodniczył mszy świętej rozpoczynającej doroczne walne zebranie Klubu w Warszawie, w jego siedzibie przy ulicy Freta, w pobliżu  Dominikanów. Pomagał mu w celebrze aktualny rektor świętego Marcina i duszpasterz Klubu, ksiądz Andrzej Gałka. Też charyzmatyczny, łączący mądrość z prostotą. Jest najwidoczniej jakiś genius loci… W swoim wprowadzeniu do obrad ksiądz Andrzej oparł się na przypowieści o wymierającym katolickim klasztorze, zamieszkanym przez czterech starych mnichów. Ich przełożony udał się kiedyś po radę do pewnego rabina, a ten mu odpowiedział: „Nie mam dla ciebie żadnej rady, do synagogi też przychodzi coraz mniej ludzi modlić się. Ale jedno muszę ci powiedzieć: między wami jest Mesjasz”. Zdziwiony przeor powtórzył słowa rabina swoim współtowarzyszom i od tej chwili zaczęli odnosić się do siebie nawzajem z wielkim szacunkiem, no bo skoro jeden z nich jest Mesjaszem?… Turyści odwiedzający klasztor podczas weekendów byli tak zdumieni tym wzajemnym szacunkiem i serdecznością między mnichami, że powoli zaczęli się zgłaszać na nowicjuszy. I w ten sposób klasztor z czasem znów zatętnił życiem.

Do Klubu Inteligencji Katolickiej, liczącego aktualnie 426 członków zwyczajnych plus ponad 1200 członków uczestników, ciągle zgłaszają się nowi chętni, głównie rodzice pragnący oddać swoje dzieci pod dobry wpływ Sekcji Rodzin. Tak zrodziła się potrzeba spisania deklaracji ideowej, aby nowi adepci wiedzieli, w co się angażują. Kilkunastoosobowy zarząd KIK-u po długich i burzliwych dyskusjach uchwalił (jednomyślnie!) tekst takiej deklaracji i na samym początku walnego zebrania poprosił o jej przyjęcie przez demokratyczne gremium. No i się zaczęło. Nie ma przecież demokracji bez różnicy poglądów, a w Polsce – bez skłonności do liberum veto. Różne były głosy sprzeciwu, różne wysuwano argumenty. Jedna starsza osoba sprzeciwiła się użyciu w deklaracji terminu „nacjonalizm”. Chodziło o zdanie: „Nie zgadzamy się (…) na utożsamianie Kościoła i narodu wyrażające się w stereotypie Polaka-katolika. Zgodnie z nauką Kościoła oraz przekonaniem naszych założycieli uważamy, że nacjonalizmu nie da się pogodzić z chrześcijaństwem”. Starsza pani argumentowała do pewnego momentu dość sensownie, dopóki nie użyła sformułowania, że nacjonalizm imputowany jest nam, Polakom, przez „europejskie lewactwo”. Duża część sali zaczęła buczeć. Interwencja przewodniczącego zebrania była natychmiastowa: Proszę państwa, tak nie wolno! I powróciła cisza, a pani dokończyła swój wywód.

Przytoczę tu z tekstu deklaracji tylko jeden akapit. „Pragniemy realizować chrześcijański ideał Prawdy: mamy świadomość, że chrześcijaństwo jest drogą do niej. Szukanie jej i zadawanie pytań jest cechą człowieka myślącego; charakteryzuje nas otwarty stosunek do ludzi poszukujących prawdy; staramy się szanować cudze poglądy”.

Trzeba szanować cudze poglądy, ale nie można zaprzeczać faktom: w dzisiejszej Polsce mamy do czynienia z narastaniem fali nacjonalizmu. Zagrożenie nacjonalizmem, który jest z chrześcijaństwem sprzeczny, to smutna rzeczywistość. Ostrzeganie przed tym jest obowiązkiem katolika, a nie  przejawem ulegania antypolskiej propagandzie. A, jak pisał przed laty na łamach „Więzi” kardynał Marian Jaworski, wybitny filozof i przyjaciel Karola Wojtyły: „Nie ma nic gorszego niż religia na usługach nacjonalizmu”.

Po wysłuchaniu wszystkich głosów za i przeciw, Zarząd trwał przy swoim wniosku o głosowanie nad przyjęciem deklaracji bez żadnych zmian w jej tekście, jako że stanowi ona dokument, wypracowany przez demokratycznie umocowane gremium. Nie sposób byłoby wyobrazić sobie redagowanie tekstu przy udziale dwustu osób! Wynik był następujący: na 190 osób uczestniczących w głosowaniu – 150 było „za”, 30 „przeciw”, 10 wstrzymało się od głosu. Przeliczając to na procenty: w głosowaniu brało udział 47% uprawnionych (czyli członków zwyczajnych), co mniej więcej odpowiada procentowi obywateli polskich biorących zwykle udział w wyborach. Wśród głosujących 80% poparło deklarację, a przeciwnych jej uchwaleniu było zaledwie 16%. Gdyby więc potraktować walne zebranie KIK-u jako pars pro toto polskiego katolickiego społeczeństwa, proporcje nie wyglądają tak źle. Ale nie łudźmy się: w społeczności katolickiej, w ludzie Bożym, podział nie przedstawia się tak różowo.

Grób Tadeusza Mazowieckiego w Laskach

Grób Tadeusza Mazowieckiego w Laskach, 18 kwietnia 2016. Fot. Jerzy Słomczyński

Czasami myślę sobie z goryczą, że Pan Bóg okazał się łaskawy dla Tadeusza Mazowieckiego, współzałożyciela Klubu Inteligencji Katolickiej i „Więzi”, współtwórcy obowiązującej konstytucji uznawanej za jedną z najlepszych w Europie, oszczędzając mu widoku tego, co różni zaślepieni gorliwi głosiciele Wielkiej Katolickiej Polski wyczyniają obecnie z polską demokracją.

I znów nasuwa mi się cytat z deklaracji Klubu Inteligencji Katolickiej: „Sobór Watykański II uznał zasadę <autonomii wspólnoty politycznej i religijnej> za najwłaściwszy model funkcjonowania Kościoła w warunkach demokratycznego państwa. Jest to również zgodne z zapisami Konstytucji RP oraz Konkordatem zawartym między Stolicą Apostolską i rządem RP. Dlatego uważamy, że Kościół i państwo są niezależne i autonomiczne oraz są zobowiązane do pełnego poszanowania tej zasady we wzajemnych stosunkach”.