O Ojczyźnie ks. Jacek Międlar mówi więcej niż o Chrystusie. I tak kazanie patriotyczne stało się kazaniem stricte politycznym, a właściwie – nacjonalistycznym.

Słynne kazanie ks. Jacka Międlara wygłoszone 16 kwietnia w katedrze białostockiej podczas Mszy świętej z okazji 82. rocznicy powstania Obozu Narodowo-Radykalnego można komentować z różnych punktów widzenia. Skoro jest ono w całości dostępne online, warto je poddać analizie także z punktu widzenia sztuki kaznodziejskiej.

Kaznodzieja teologii wyzwolenia

Kazanie to należy uznać za przykład wpisujący się w nurt tzw. kaznodziejstwa patriotycznego. Jak pisze ks. Edward Staniek, celem kazania patriotycznego jest „ukazanie miłości Ojczyzny, która stanowi ważną cząstkę miłości ewangelicznej”. Taki nurt kaznodziejstwa ma w Polsce ugruntowane miejsce. Patriotyczni kaznodzieje byli najbardziej aktywni zawsze wtedy, gdy wolność Polski była zagrożona, czy to z powodów wewnętrznych czy zewnętrznych. Ks. Międlar wychodzi z założenia, że dzisiaj z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia: istnienie naszej Ojczyzny jest zagrożone. By o tym powiedzieć, ucieka się do biblijnego modelu Egiptu jako stanu zniewolenia. Chcąc nie chcąc, staje się kaznodzieją teologii wyzwolenia.

Punktem wyjścia czyni kaznodzieja sytuację Izraelitów w Egipcie. Wymienia wszystkie współczesne zagrożenia, przyrównując je do stanu niewoli, bo – jak wielokrotnie powtarza – „żyjemy w Egipcie”. Niestety, jak twierdzi ks. Jacek, większość Żydów mieszkających w Egipcie do tej sytuacji się już przyzwyczaiła. Niewola zniewala także poprzez postępujące przyzwyczajenie do niej. I wiele jest w tym racji, choć nie wiem, czy rzeczywiście Żydzi byli aż tak pasywni, jak twierdzi kaznodzieja.

Idea „duchowego Egiptu” jako zagrożenia nie jest oczywiście nowa. Rozwijali ją Ojcowie Kościoła. Orygenes w swoich Homiliach do Pięcioksięgu na tej idei zbudował całą teologię życia duchowego, które polega na wychodzeniu z grzechu (Egiptu) do doskonałości (Ziemi Obiecanej). W Homilii do Księgi Liczb pisze: „Gdyśmy więc przebywali w Egipcie, to znaczy wśród błędów tego świata i w ciemności niewiedzy, wykonując dzieła diabła w pożądliwościach i pragnieniach cielesnych… Chrystus zstępuje do Egiptu tego świata”. Trzeba tylko zapytać, czy rzeczywiście dzisiejsza Polska znajduje się w takiej niewoli jak Izrael w Egipcie?

Cel pryncypialny księdza

Niedawno wydane watykańskie Dyrektorium homiletyczne – które, jakby nie było, nas obowiązuje – podpowiada, jak interpretować „duchowy Egipt”. Mówiąc o Wielkim Poście, dokument ten zachęca, aby wykorzystać ten czas „na odnowienie łask chrzcielnych i oczyszczenie otrzymanej wiary. Proces ten można objaśnić przez pryzmat żydowskiego sposobu pojmowania wyjścia z Egiptu. […] W całej dalszej historii Izraela służyło ono za wzorzec interpretowania jego wędrówki z Bogiem”. A gdy mówi o głoszeniu Słowa w Wigilię Paschalną, podkreśla związek „między historycznym wyjściem z Egiptu a ostatecznym wyjściem w Jezusowej tajemnicy paschalnej, w której wszyscy wierni uczestniczą na mocy chrztu”. Osią jest grzech, chrzest i zmartwychwstanie.

Naród i jego wyzwolenie społeczno-polityczne zostają postawione przed człowiekiem i jego wyzwoleniem duchowym

W świetle tych zaleceń aktualizacja słowa Bożego zaproponowana przez kaznodzieję w Białymstoku jest, moim zdaniem, teologicznie błędna. To przykład źle rozumianej teologii kontekstualnej, w której kon-tekst (subiektywnie oceniana sytuacja polityczna Polski) staje się ważniejszy niż tekst (słowo Boże). Jest to również przykład źle rozumianej teologii wyzwolenia, której punktem wyjścia jest nie doświadczenie zniewolenia duchowego (grzechu), lecz zniewolenia politycznego i społecznego. W ten sposób słowo Boże zostaje zinstrumentalizowane i wykorzystane do celów pozaewangelicznych.

Widać to dobrze w tych fragmentach, gdzie kaznodzieja uzasadnia słowem Bożym rolę nacjonalizmu. Naród i jego wyzwolenie społeczno-polityczne zostają bowiem postawione przed człowiekiem i jego wyzwoleniem duchowym. W tym miejscu trzeba się zgodzić z ks. Grzegorzem Strzelczykiem, który na łamach wiosennej „Więzi” pisał: „Uważam, że (polska) teologia narodu silnie warunkuje sposób rozumienia pojęcia «naród» w polskim Kościele oraz że jest ona – co do metody – jedną z teologii wyzwolenia”.

To kazanie – w swej konstrukcji i metodzie – mogłoby wyglądać inaczej, gdyby kaznodzieja w inny sposób ułożył akcenty i wzajemnie je ze sobą powiązał. Trzeba bowiem przyznać, że pojawiają się w tym kazaniu także elementy ewangeliczne: kwestia spowiedzi, intronizacji Chrystusa w sercu czy tzw. deklaracji wiary. To prawda. Niestety jednak związek między wyzwoleniem duchowym a społeczno-politycznym został słabo ukazany. Choć w pewnym momencie pojawiają się słowa, że „konfesjonał i spowiedź to pierwszy krok polskiego nacjonalisty na drodze wyzwalania”, to kwestia osobistego nawrócenia – mimo starań kaznodziei – schodzi na plan dalszy.

Nie ma tutaj zatem wiele z metody Popiełuszki, Wyszyńskiego czy Jana Pawła II, którzy nieustannie wychodzili od konieczności osobistego nawrócenia do odmieniania Polski. Bo nawet jeśli ks. Międlar zaczyna od spowiedzi, to ostatecznie mówi, że „celem pryncypialnym jest budowanie wielkiej katolickiej Polski”. A przecież dla kapłana celem pryncypialnym powinno być zbawienie.

Odpowiedzialność kaznodziei

Jest taki fragment w kazaniu, gdzie trudno ostatecznie stwierdzić, co jest celem, co środkiem, czy naród jest przed zbawieniem, czy zbawienie przed narodem. Widać, że ks. Jacek bardzo chce głosić prawdy i wartości ewangeliczne i bardzo często się do nich odwołuje. Ale to nie one zostają w pamięci słuchacza, lecz zapewnienie, że terapią dla Polski jest „narodowo-katolicki radykalizm”. Ostatecznie o Ojczyźnie kaznodzieja mówi więcej niż o Chrystusie. I tak kazanie patriotyczne stało się kazaniem stricte politycznym, a właściwie – nacjonalistycznym, bo naczelną ideą kaznodzieja uczynił właśnie nacjonalizm.

Rozumienie nacjonalizmu nie jest wcale jednoznaczne. Ks. Międlar wyraźnie waloryzuje tę ideologię pozytywnie, ale tak postrzega nacjonalizm chyba jednak niewielu, na pewno jego słuchacze. Kaznodzieja musi mieć jednak świadomość, że w powszechnym odbiorze nacjonalizm odbierany jest negatywnie jako zwyrodniała postać patriotyzmu. Przytoczę choćby znane słowa Jana Pawła II: „Musimy wyjaśnić zasadnicze różnice pomiędzy niezdrową formą nacjonalizmu, który uczy pogardy dla innych narodów i kultur, a patriotyzmem, który jest właściwą miłością własnego kraju. Prawdziwy patriotyzm nigdy nie stara się dążyć do dobrobytu własnego narodu kosztem innych. Ostatecznie bowiem dotknęłoby to także jego własnego narodu; wyrządzenie krzywdy dotyka obu stron – i agresora, i ofiary. Nacjonalizm, szczególnie w swoich najskrajniejszych formach, jest więc antytezą prawdziwego patriotyzmu”.

Mając w pamięci to rozróżnienie na zdrowy patriotyzm (to słowo nie pada w białostockim kazaniu) i niezdrowy nacjonalizm, trudno się dziwić, że niejeden postronny słuchacz będzie mówił o profanacji, skoro od ambony namawia się do nacjonalizmu. Zapewne inaczej by to kazanie zabrzmiało już wtedy, gdyby zamiast słowa „nacjonalizm” pojawił się „patriotyzm”.

Jakie budzą się we mnie jako słuchaczu skojarzenia, gdy słyszę na kazaniu nacjonalizm? Negatywne. I chyba większość ma podobne skojarzenia. Dla mnie nacjonalizm – tak zdefiniowany jak u Jana Pawła II – jest grzechem. Nie chcę wmawiać ks. Jackowi poglądów, których  być może nie ma, ale trudno w tym kontekście nie odbierać jego słów o „motłochu żydowskim”, „żydowskim tchórzostwie” czy „żydowskim pasywizmie” jako wyrazu pogardy dla Narodu Wybranego. Niestety, w kontekście powracającego w kazaniu nacjonalizmu nie da się tego inaczej odebrać, nawet jeśli autor miał zupełnie co innego na myśli.

Wbrew temu bowiem, co sądzą niektórzy, mówca – a tym bardziej kaznodzieja – odpowiada nie tylko za to, co mówi, ale także za to, jak to zostanie odebrane. Zwłaszcza wtedy, gdy słuchacz zna deklarację ideową ONR sprzed 82 lat.