Wątpliwe są marzenia o tym, że obywatele obędą się bez polityków i powszechny udział w procesach decyzyjnych np. poprzez internet doprowadzi do powstania nowego i lepszego ustroju politycznego.

Holenderskie referendum w sprawie umowy stowarzyszeniowej Unii Europejskiej i Ukrainy przeszło bez większego echa. Może to i lepiej, bo rezultat głosowania z 6 kwietnia skłania do smutnych wniosków na temat zmiany nastrojów społecznych, a w dłuższej perspektywie być może także kultury politycznej w Europie.

Według ostatecznych wyników aż 61 proc. głosujących opowiedziało się przeciwko stowarzyszeniu Unii z Ukrainą. Przy frekwencji 32 proc. wynik informuje nas o preferencjach mniej niż jednej piątej holenderskiego społeczeństwa, lecz pokazuje zarazem rosnącą skuteczność i wpływ eurosceptyków na agendę polityczną kolejnego już europejskiego kraju.

Co ciekawe, umowa z Ukrainą przeszła już przez obie izby holenderskiego parlamentu i gdyby nie inicjatywa ponad 400 tys. obywateli domagających się rozpisania referendum konsultacyjnego, pozytywna decyzja byłaby już zapewne podjęta. Tymczasem zwycięstwo eurosceptyków postawiło rząd w trudnej sytuacji. Referendum jest niewiążące, a jednak politycznym błędem byłoby niewzięcie go pod uwagę i kontynuowanie procedury ratyfikacyjnej, jak gdyby nic się nie stało. Czy wynik referendum w jednym z 28 państw członkowskich może doprowadzić do paraliżu polityki zagranicznej Unii? Dziś zapewne jeszcze nie, lecz nie ma wątpliwości, że w przyszłości eurosceptycy jeszcze nie raz sięgną po referendum jako narzędzie delegitymizacji instytucji unijnych.

Społeczeństwa starej Europy ulegają emocjom i populistycznej panice

Sam pomysł referendum konsultacyjnego w sprawach, które społeczeństwo uzna za ważne, wydaje się bardzo dobry, ponieważ zapobiega niebezpiecznemu wrażeniu przepaści między obywatelami a polityczną elitą. Jednak na dłuższą metę jest on ryzykowny, bo utrwala nieufność wobec samego mechanizmu demokracji przedstawicielskiej. Mechanizm ten w nowożytnej postaci wykształcił się w opozycji zarówno do władzy absolutnej, jak i demokracji bezpośredniej. I dla Johna Stuarta Milla, i dla Alexisa de Tocqueville’a instytucje reprezentacyjne na wszystkich szczeblach stanowić miały ochronę wolności indywidualnych przed tyranią większości. Opierały się przy tym na przekonaniu, że społeczeństwo składa się z osób bardziej i mniej zdolnych do sprawowania władzy oraz nadziei, że wybrani zostaną ci pierwsi.

Mill zdawał sobie sprawę z olbrzymiej siły politycznych namiętności, zakładał jednak, że stopniowy postęp społeczny i racjonalne argumenty doprowadzą do wyboru liderów godnych zaufania. Sprawa postępu okazała się nie mieć charakteru liniowego. Dziś w tzw. dojrzałych zachodnich demokracjach światli przywódcy przegrywają z populistycznymi politykami pokroju Donalda Trumpa, a skala emocji towarzysząca debatom sprawia wrażenie, jakbyśmy znaleźli się w strefie minimum na skali zaufania obywateli do politycznych reprezentantów.

W czasach ożywienia politycznego, narracji antyestablishmentowej, mody na ruchy miejskie i nacjonalizm jednocześnie, a także cyfrowych możliwości głosowania demokracja przedstawicielska może się wydawać przeżytkiem. Być może w wielu kwestiach lokalnych rola demokracji bezpośredniej będzie rosnąć i dzięki temu zwiększy się liczba dojrzałych i świadomych obywateli. Wątpliwe są jednak marzenia o tym, że obywatele obędą się bez polityków i powszechna partycypacja w procesach decyzyjnych np. poprzez internet doprowadzi do powstania nowego i lepszego ustroju politycznego. Referendum holenderskie będzie odtąd służyć za przykład tego, że poddanie złożonych i wymagających dobrego rozeznania kontekstu międzynarodowego spraw pod podatny na manipulację osąd powszechny jest szalenie karkołomny.

Kiedy w 2014 w ławach Parlamentu Europejskiego zasiadło 11 proc. radykalnych eurosceptyków, pocieszaliśmy się, że partie narodowe będą z natury niezdolne do wspólnych działań i zawierania sojuszy, a w związku z tym skazane będą na marginalizację. Tymczasem w holenderskim referendum pewną rolę odegrali brytyjscy zwolennicy Brexitu, wspierając organizację funduszy na kampanie przeciwników umowy, do czego przyznał się np. Nigel Farage. Dowiedzieliśmy się też czegoś o zasięgu rosyjskich wpływów, ponieważ w debacie przedreferendalnej obecne były opinie i sfabrykowane argumenty żywcem wzięte z propagandowej telewizji Russia Today, a niektóre ulotki oraz strony internetowe prezentowały szokująco antyukraińskie poglądy, dotąd w Holandii nieobecne.

Były szwedzki minister spraw zagranicznych Carl Bildt stwierdził, że jeżeli Unia odwróci się plecami do Ukrainy, zachęci Rosję do dalszej destabilizacji i agresji wobec tego kraju. Ale niestety miecz jest obosieczny. Izolacjonizm oznacza, że Unia pozbawia się najważniejszego narzędzia w swoim arsenale wpływu na arenie międzynarodowej, czyli atrakcyjnej wizji rozszerzenia wspólnoty praworządnych i solidarnych państw, dla których kompromis jest sposobem prowadzenia polityki.

Symptomatyczne, że zwolennicy głosowania na „tak” w kampanii przedreferendalnej posługiwali się argumentami dotyczącymi interesu własnego Holandii, merkantylnych tradycji i potencjalnych zysków na nowo otwartym ukraińskim rynku. Przekonywali, że umowa stowarzyszeniowa nie ma nic wspólnego z potencjalnym członkostwem Ukrainy w Unii. Zresztą wydaje się, że dla inicjatorów referendum równie ważnym powodem zaangażowania było pokazanie żółtej kartki koalicji rządzącej oskarżanej o zaniedbywanie interesu Holandii i zbytnią uległość wobec Brukseli. Jednak bez choćby mglistej perspektywy otwartości Unia traci swój przyciągający urok i możliwość oddziaływania na politykę sąsiadujących krajów.

Warto pamiętać także o tym, że potencjalne członkostwo i proeuropejskość uwiarygadnia centrowych i demokratycznych polityków w krajach takich jak Ukraina, którzy usłyszeć mogą wkrótce od swoich wyborców feralne „przecież Europa i tak nas nie chce” i ustąpić miejsca charyzmatycznemu nacjonaliście. Nie ulega wątpliwości, że stabilna Ukraina leży w interesie całego świata zachodniego. Olbrzymim sukcesem Rosji jest choćby to, że jeszcze kilka lat temu teza ta wydawała się akceptowana przez wszystkich, dziś zdaje się zaraźliwą ślepą plamką zachodnioeuropejskich integrystów.

Referendum holenderskie pokazało, że nawet społeczeństwa starej Europy ulegają dziś emocjom i populistycznej panice. Gdy dodać do tego dwucyfrowe sondaże poparcia dla niemieckiej Alternatywy dla Niemiec (AfD), zwolenników Brexitu, prowadzącego w austriackich wyborach prezydenckich skrajnie prawicowego Norberta Hofera, rosnące słupki formacji Marine Le Pen czy słabnące partie centrowe w Hiszpanii, które od wyborów 21 grudnia wciąż nie zdołały sformować nowego rządu = można dojść do wniosku, że wśród szeregu kryzysów trapiących Unię największym jej problemem jest coraz asertywniej i skuteczniej  grodzący się, a nie jednoczący europejski demos.