W ostatnich tygodniach w polskim życiu niemal nałożyły się na siebie dwie rocznice, obie – można powiedzieć – hucznie obchodzone: szósta rocznica katastrofy smoleńskiej oraz tysiąc pięćdziesiąta – chrztu Polski.Były z tej okazji różne przemówienia: na przykład pana prezydenta na wyjazdowej sesji obu izb parlamentu w Poznaniu (szkoda, że nie zaproszono na tę sesję trzech byłych prezydentów, w tym Lecha Wałęsy, laureata pokojowej Nagrody Nobla, twórcy polskiej wolności, obok Jana Pawła II najsłynniejszego w świecie żyjącego współcześnie Polaka), a także prezesa Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu w dniu 10 kwietnia czy legata papieskiego kardynała Parolina w Gnieźnie. Ich treść jest znana i wielokrotnie była komentowana. Mało kto natomiast zauważył kazanie wygłoszone 10 kwietnia przez arcybiskupa Celestino Migliorego, podczas mszy radiowej transmitowanej z warszawskiej bazyliki Św. Krzyża.

Zawsze w niedzielę, przed wyjściem na mszę parafialną, słuchamy z żoną tej mszy radiowej, wraz z poprzedzającym ją świetnym porankiem przygotowanym przez Redakcję Katolicką Polskiego Radia, kierowaną przez księdza Krzysztofa Ołdakowskiego. Gdy tym razem usłyszałem zapowiedź spikera, że celebransem i kaznodzieją ma być nuncjusz, zastrzygłem uszami. Ciekawe, co powie – pomyślałem. W takim dniu! Kiedy we wszystkich katedrach lokalni biskupi nawiązywać będą niechybnie do katastrofy smoleńskiej, od sześciu lat jak fatum ciążącej nad Polską…

Okazało się jednak, że honorowymi gośćmi niedzielnej eucharystii są siostry zmartwychwstanki, świętujące akurat 125-lecie swego zgromadzenia. A nuncjusz poświęcił swoje kazanie właśnie tematowi zmartwychwstania. Nie była to klasyczna homilia, wychodząca od czytań dnia. Jak na Włocha przystało, watykański dyplomata opowiedział zapamiętaną z dzieciństwa alegoryczną przypowieść o słoneczniku. Mówiąc w wielkim skrócie: słonecznik, kiedy zwracał swoją tarczę ku słońcu, rozwijał się, pięknie zakwitał i owocował. Postanowił jednak polegać bardziej na swoich własnych siłach i zwrócił tarczę ku ziemi. Od tej chwili jego los się odmienił, płatki mu sczerniały, pestki były puste. Za swoje niepowodzenia zaczął wtedy mieć pretensję do innych roślin – że mu przeszkadzają i umyślnie szkodzą… Wniosek z opowieści był do przewidzenia. Słońce to przecież w tradycji chrześcijańskiej symbol Chrystusa. „Trzeba żyć w świetle Zmartwychwstania – brzmiała konkluzja kaznodziei – a nie w cieniu śmierci”.

Fot. Katarzyna Kuprianowicz

Fot. Katarzyna Kuprianowicz

Nie mogłem oprzeć się odniesieniu tych słów do aktualnej polskiej sytuacji i do dwóch rocznic, obchodzonych zgodnie przez nowe władze państwowe i władze kościelne, wprawdzie hucznie, ale czy naprawdę po chrześcijańsku?

Chrześcijaństwo jest rozumne. Nieprzypadkowo objawienie zapisane w Biblii wcieliło się w kulturę, wykorzystując racjonalną filozofię grecką, co podkreślił papież-teolog Joseph Ratzinger w pamiętnym przemówieniu w Ratyzbonie (media światowe nagłośniły tamto przemówienie z zupełnie innego powodu: ze względu na zacytowaną przez Benedykta krytyczną opinię o islamie, co nie było istotą rzeczy). Tę tezę głosił wcześniej św. Jan Paweł II w encyklice Fides et ratio. Mówimy też często o przemawiającej przez Kościół mądrości wieków. Czy Kościół w Polsce stanął na wysokości zadania i pomógł społeczeństwu przeżyć rozumnie i naprawdę po chrześcijańsku traumę katastrofy smoleńskiej?

Pamiętam tamten szary poranek, telefon od przyjaciela z porażającą wieścią – i dni spontanicznej ogólnonarodowej żałoby, które potem nastąpiły. Płakaliśmy wszyscy. Opłakiwaliśmy nie tylko parę prezydencką, Marię i Lecha Kaczyńskich (stąd tłumy gromadzące się na Krakowskim Przedmieściu przed pałacem prezydenckim), nie tylko pozostałe 94 osoby, niewinne ofiary okrutnego fatum, symbolicznie reprezentujące cały naród – wszystkie środowiska polityczne, od lewa do prawa, wszystkie zawody i kategorie wieku. Opłakiwaliśmy coś więcej: naszą ludzką, kruchą kondycję. Można powiedzieć, że każdy opłakiwał swoją własną nieuchronną śmierć. To jedno, czego możemy być pewni w stu procentach: że kiedyś umrzemy. „Zanim inni nas opłaczą, opłakujemy samych siebie” – już dawno temu zauważyła przenikliwie w swoich Dziennikach pisarka Anna Kowalska.

Owszem, Kościół był obecny w tamtych dniach, tygodniach i miesiącach – jako liturgiczna asysta, na mszach pogrzebowych, łącznie z wielkim theatrum pod Wawelem. Ale czy Kościół pomógł nam mądrze przeżyć żałobę? Bardzo prędko ten niesamowity irracjonalny potencjał emocji, w którym szukały ukojenia nasze ludzkie lęki, frustracje i osobiste żale, w którym znalazły pożywkę narodowe obsesje, mity i kompleksy, zaczął być wykorzystywany do budowania siły politycznej, powiedzmy wprost: do walki politycznej, przez stronnictwo, uzurpujące sobie prawo do monopolu na żałobę po katastrofie smoleńskiej. A Kościół milczał. I tak oto trauma całego narodu, która powinna nas pojednać w bólu i egzystencjalnym doświadczeniu, zaczęła być zarzewiem coraz głębszego podziału. Aż wreszcie, umiejętnie wykorzystywana przez zręcznych politycznych graczy, poniosła ich do wyborczych zwycięstw. Przy walnym poparciu Kościoła.

Pytam: czy Kościół sprostał wielkiemu wyzwaniu? Czy może dał się skusić perspektywie sojuszu z nową władzą polityczną, obiecującą mu ideologiczne i realne wsparcie? Czy nie zapatrzył się – zapominając o doświadczeniu minionych wieków i wbrew duchowi Soboru Watykańskiego II – w kuszącą wizję dysponowania środkami bogatymi? Nowa władza, której przedstawiciele na wyścigi deklarują i manifestują swoją pobożność, ma mu rzekomo zapewnić silniejszą pozycję w życiu publicznym. Ale czy nawet najbardziej pobożna władza zastąpi Kościół w jego misji docierania do ludzkich serc? Czy ludzie Kościoła, oczarowani obecnością dostojnych „ministrantów” u stóp ołtarza, nie zdają sobie sprawy, że każda władza prędzej czy później popełnia błędy, zraża do siebie społeczeństwo i odchodzi w niesławie? Jak to się wtedy odbije na Kościele i religii, które zapewne przez długi czas będą postrzegane jako zaplecze i sojusznik tej władzy?

Ciekaw jestem, jak polski Episkopat odebrał przemówienie Jarosława Kaczyńskiego na Krakowskim Przedmieściu w dniu 10 kwietnia, kiedy, po pierwsze, dał on swoją własną wykładnię chrześcijańskiego przebaczenia, które rzekomo musi być poprzedzone przyznaniem się do winy i ukaraniem winowajców, a po drugie, kiedy dziękując Kościołowi za wsparcie (!), wymienił z nazwiska twarze tego Kościoła. Nomina sunt odiosa, nie będę więc tych czterech duchownych, podobno tak zasłużonych dla zwycięstwa PiS-u, tutaj przytaczał. Jako katolik kurczę się ze wstydu, czytając tę listę księży nominowanych do Nagrody Prezesa…

Pal sześć jednak pana prezesa i jego klerykalne preferencje. Grozą i niepokojem napawa mnie natomiast perspektywa szukania rewanżu na politycznych przeciwnikach i zemsty na ludziach, których chce się obciążyć odpowiedzialnością „przynajmniej moralną i polityczną”, a zapewne i karną, za katastrofę smoleńską. Czy nie jest to, patrząc psychoanalitycznie, skutek nieprzepracowanej żałoby lub zagłuszanie często pojawiającego się u ocalałych poczucia współwiny za śmierć najbliższej osoby? A z punktu widzenia dobra wspólnego, czy nie grozi to czynieniem z polskiego życia piekła? Czy to jest postępowanie chrześcijańskie?

Czy nie to właśnie miał na myśli nuncjusz apostolski arcybiskup Migliore, doświadczony mąż Kościoła, apelując podczas mszy radiowej 10 kwietnia do nas wszystkich, Polaków, abyśmy żyli w świetle zmartwychwstania, a nie w cieniu śmierci?