Tolerancja to wezwanie do akceptacji otwierającej, znoszącej to co trudne w imię najbardziej podstawowego odruchu miłości bliźniego – i to każdego bliźniego – pisze ks. Mirosław Tykfer.

W języku polskim nazwa tego uczynku miłosierdzia zwraca uwagę na krzywdy, które w postawie zmiłowania powinniśmy cierpliwie znosić. Jednak na przykład w języku włoskim (sopportare pazientemente le persone moleste) mowa jest o znoszeniu osób, które krzywdy zadają. I jest to zasadnicza różnica.

Otrzymać po twarzy słowem, które piecze na policzkach jeszcze kilka dni po gorącej rozmowie, a następnie przyłożyć sobie zimny lód dystansu do nieznośnego rozmówcy – to zupełnie co innego niż stanąć przed nim już następnego dnia z gotowością do dialogu. Przecież znowu możemy dostać po twarzy, a zimnego lodu zdystansowania brak…

Postanowiłem więc znaczenie tego uczynku sprawdzić w tekście oryginalnym, czyli w łacińskim wydaniu Katechizmu Kościoła katolickiego, i znalazłem to: cum patientia tollerare. Ciekawe. Już się intelektualnie przygotowywałem, aby rozwijać wywody o krzywdach i krzywdzicielach, a tu w zasadzie chodzi o słowo jakże proste – i jednocześnie jakże niebezpieczne w kontekście naszego polsko-katolickiego podwórka – tolerancja!

„Z cierpliwością tolerować” – czyli znosić. Tyle tylko i aż tyle mówi kompendium katolickiej wiary. No to uczepię się tego zaskakującego wzorca dla polskiego tłumaczenia, które – równie pięknie, aczkolwiek mniej wyraźnie – przełożyło ową cierpliwą tolerancję na znoszenie krzywd.

Słowo „tolerować” faktycznie znaczy tyle co „znosić” lub „znosić cierpliwie”, ale ma także etymologiczne powiązanie z pojęciem akceptacji. Jeśli kogoś potrafię jakoś znosić, to de facto jakoś go również akceptuję. Bez akceptacji nie ma znoszenia czyjeś obecności, a raczej dokonuje się próba wyeliminowania go poza nawias własnego życia. W słowie „tolerancja” ukryte jest więc: po pierwsze, zaprzeczenie wykluczenia, negacja wyrzucania osoby trudnej z obszaru osobistych relacji, a po drugie, jakaś forma cierpliwej miłości; pomimo wszystko, pomimo krzywd, głupich słów, niepotrzebnych zachowań.

Może więc język włoski, który uczynek miłosierdzia o znoszeniu krzywd odnosi raczej do krzywdzicieli, a dopiero wtórnie do zadanych razów, wskazuje na poprawniejszą jego interpretację? Chyba tak, bo wyjaśnia bardzo głębokie, zupełnie nie-niebezpieczne rozumienie tolerancji, która w zetknięciu z innym, trudnym człowiekiem, nie pozwala na całkowite i niekończące się wykluczenie.

Pamiętam jeden z wykładów ks. prof. Tomasza Węcławskiego, podczas którego wyjaśniał nam, czym, jego zdaniem, jest prawdziwa nienawiść. Może zresztą jest to gdzieś przez niego zapisane. Otóż nienawiść – według byłego już, niestety, księdza – nie jest zazwyczaj silnym uczuciem, emocjonalnym napięciem prowadzącym do gwałtownych wybuchów złości. Zgodnie z powiedzeniem: gdzie strzelają działa, tam nadal trwa wojna, a więc utrzymuje się kontakt między stronami sporu. Nawet jeśli jest on wzajemnie raniący, nadal trwa. Tam, gdzie nie ma zerwania, nawet pośród bólu – wciąż o coś chodzi, o kogoś się walczy. Nienawiść prawdziwa – mówił nasz profesor – zaczyna się tam, gdzie dla krzywdziciela nie ma już zupełnie miejsca, gdzie kamienowanie słowem, niedającym żadnej szansy odbudowania naderwanej silnie relacji, doprowadza do jej uśmiercenia poprzez lakoniczne: nie chcę cię więcej znać. To ów „święty spokój”, w którym nie pozostaje nic innego, jak szykować się do kolejnej emocjonalnej wojny.

Ktoś zapewne powie, że jeśli tak się sprawy mają, uczynek miłosierdzia polegający na tolerancji osób dla nas trudnych nie jest w rzeczywistości tak wymagający. Wystarczy obecność owych nieznośnych dyskretnie zauważać, obejmować czasami zasięgiem łaskawego wzroku, nieodstraszająco mijać się w kuchni czy na biurowym korytarzu i nie unikać siadania przy wspólnym posiłku na stołówce. Nie zawsze trzeba przecież otwarcie rozmawiać, a niekiedy z życzliwością można ograniczyć się do nieunikania sytuacyjnej kurtuazji.

Tyle że to właśnie tolerancją nie jest, bo brak tu jakiejkolwiek akceptacji osoby. Takie zachowanie byłoby raczej realnym wyrzuceniem osoby nieznośnej z obiegu naszych myśli i uczuć, wypchnięciem jej ze świadomości wraz z niechcianymi uczuciami, które natrętnie przypominają, że nie była nam ona tak zupełnie obojętna… Jeśli ktoś tak rozumie tolerancję, to faktycznie nie jest ona niczym innym jak pielęgnowaniem ukrytego uczucia po ludzku najstraszniejszego: nienawiści.

Rozważanie tego uczynku miłosierdzia, który skłania do cierpliwego znoszenia krzywd i krzywdzicieli, zachęca mnie więc do ocalenia w języku polskim i chrześcijańskim słowa „tolerancja”. Napadnięto na nie jak na diabła, który rzekomo przybrał się teraz w nowe szaty pluralizmu religijnego i odmienności seksualnych, a przez propagandę nowoczesnej tolerancji chce nam odebrać chrześcijańską tożsamość. Przymusza niejako do znoszenia innych nie tylko w bezpiecznej odległości, poza własnym domem (szkoda, że i nie poza granicami kraju), ale chce postawić ich bezczelnie tuż obok, w naszym wspólnym domu, w naszej ojczyźnie.

Paradoks polega jednak na tym, że tak radykalne usuwanie osób nieznośnych i odmiennych poza nawias życia osobistego i społecznego to de facto nienawiść. Nie jest to bynajmniej próba ocalenia miłości między chrześcijanami. Powiedziałbym raczej, że miłość chrześcijańska ograniczona do wspomnianego zamkniętego kręgu – z którego wykluczeni są ci, którzy przez samą swoją obecność zyskują miano „krzywdzicieli” naszego sposobu myślenia i uświęconych obyczajów – prowadzi nieuchronnie do samozaprzeczenia, to znaczy do nienawiści.

Ciekawe, że nikt nie odważył się jeszcze powiedzieć ze „śmieszną powagą” o „chrześcijańskiej nienawiści”… A przecież w praktyce owa wykluczająca „miłość” do tego się sprowadza. To nic, że nie przejawia się silnym uczuciem odrzucenia. Może właśnie dlatego, że jest tak okropnie zimna, racjonalnie wykalkulowana, wyreżyserowana w teatrze pozorów chrześcijańskiej otwartości, i w końcu wyliczona miarami cedzonej miłości według okropnie zniekształconego znaczenia zasady ordo caritatis – owa zamknięta na innych „miłość” staje się źródłem przerażającej pogardy.

Nie, tolerancja to nie jest minimum moralne. To nie jest zdystansowane mijanie się z osobą, dla której nie znajduję już miejsca w moim życiu. Tolerancja to wezwanie do akceptacji otwierającej, znoszącej to co trudne w imię najbardziej podstawowego odruchu miłości bliźniego – i to każdego bliźniego. To nieustanne, choć stopniowe, czasami nieśmiałe i bardzo ostrożne, uchylanie drzwi tym, którzy czasami naprawdę skrzywdzili lub wystarczająco zaniepokoili swoim słowem i zachowaniem. Może dlatego nie jest to jeszcze szczyt miłości.

Tolerancja to faktycznie tylko, ale i aż (!), akceptacja innych, trudnych, nieznośnych… z wielką cierpliwością. Cum patientia tollerare – nawołuje łaciński tekst Katechizmu Kościoła, który nie chce, abyśmy kogokolwiek skazywali na relacyjny niebyt w imię zachowania naszej „chrześcijańskiej tożsamości”.

Ks. Mirosław Tykfer – ur. 1976, duchowny archidiecezji poznańskiej. Doktor teologii fundamentalnej. Studiował w Poznaniu oraz w Rzymie: na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim i Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim. Od lipca 2014 r. redaktor naczelny poznańskiego tygodnika „Przewodnik Katolicki”.