„A dlaczego nie?” – pyta retorycznie abp Juliusz Paetz zagadnięty przez reportera TVN24, czy weźmie udział w celebrze piątkowej Mszy świętej z okazji 1050-lecia chrztu Polski.

Chętnie odpowiem, dlaczego nie. Bo byłaby to kolejna krzywda wyrządzona przez niego Kościołowi w Polsce. Uważam tak z trzech powodów:

1. Bo nie godzi się, by Mszę z takiej okazji koncelebrował jakby nigdy nic bohater jednego z największych skandali w najnowszej historii Kościoła w Polsce. I to skandalu niewyjaśnionego do końca!

2. Bo dobrym obyczajem osób publicznych, wobec których postawione są poważne zarzuty, jest to, że usuwają się w cień – nawet jeśli czują się niewinnie oskarżone. W przypadku arcybiskupa oznaczać to powinno nie tylko rezygnację z funkcji, ale też z publicznej obecności w Poznaniu, aby nie utrudniać życia następcy.

3. (to motyw najmniej istotny) Bo jeśli do tego dojdzie, to byłby to kolosalny błąd z dziedziny public relations. Informacje medialne o poznańskich obchodach skoncentrowałyby się przede wszystkim na tej sprawie – a chyba nie o to chodzi Kościołowi?

Jak wiadomo, przed 15 laty bardzo poważne przesłanki wskazywały, że abp Paetz krzywdził swoich podwładnych, zwłaszcza kleryków; szkodził im, próbował ich uwodzić, wykorzystując ich zależność od siebie jako biskupa. Takie zachowania są same w sobie niedopuszczalne, tym bardziej gdy chodzi o duchownego, tym bardziej gdy chodzi o metropolitę.

Dzisiejsze medialne poruszenie jest tylko kolejnym dowodem, że sprawę trzeba koniecznie ostatecznie publicznie wyjaśnić. Przed sześciu laty, po poprzednim publicznym zamieszaniu wokół byłego metropolity poznańskiego, pisałem w „Tygodniku Powszechnym”:

„Pożar został zatem, jak się wydaje, ugaszony. Ale może znowu ponownie wybuchnąć, jeśli nie zlikwiduje się przyczyny, dla której w tej sprawie mała iskra tak łatwo przeradza się w groźny ogień. Tą przyczyną jest, w moim przekonaniu, brak publicznego wyjaśnienia przez Stolicę Apostolską poważnych zarzutów, jakie padły wobec abp. Juliusza Paetza.

Przez osiem lat przyzwyczailiśmy się już, że niewiele na ten temat wiadomo – i że wiele więcej wiadomo nie będzie. Najwyższa pora na – mówiąc językiem kościelnym – stanięcie w prawdzie. A mówiąc językiem świeckim: na więcej jawności. Ubiegłotygodniowe zamieszanie pokazuje raz jeszcze, że bez publicznego wyjaśnienia meritum oskarżeń sprawa będzie wracała, powodując coraz więcej zgorszenia. (…)

Nie rozumiem zatem, dlaczego wciąż w sprawie abp. Paetza przedstawiciele Stolicy Apostolskiej nie zatroszczyli się o stwierdzenie, czy zarzuty były uzasadnione. Wciąż musimy się tego domyślać, odczytując ukryte znaczenie dyplomatycznych watykańskich decyzji, tajemniczych rozgrywek, potwierdzeń i zaprzeczeń. W czasach jawności i przezroczystości – gęsta mgła niedomówień i niedopowiedzeń.

Da się to zrobić z godnością. Nie trzeba opisywać szczegółów. Wystarczy, żeby watykański rzecznik otrzymał prawo do pójścia o dwa kroki dalej i mógł wyjaśnić własne słowa: dlaczego nałożono na arcybiskupa »restrykcje« i dlaczego »pozostają one w mocy«. Wystarczy krótki komunikat – np., że komisja potwierdziła fakt zachowań nielicujących z godnością urzędu biskupiego” (cały tekst „Proszę o jawność” jest dostępny tutaj).

Minęło kolejne sześć lat, a te słowa pozostają, niestety, wciąż całkowicie aktualne.