Nierozsądne próby totalnej kryminalizacji aborcji (zwłaszcza postulowanie możliwej karalności kobiet) mogą prędzej czy później doprowadzić do referendum aborcyjnego. To zaś uważam za rozwiązanie najgorsze.

Pierwszą część komentarza można przeczytać tutaj.
Drugą część komentarza można przeczytać tutaj.

Kompromis – rzecz święta?

A co – może ktoś spytać – z tzw. kompromisem aborcyjnym? Czy jest on cenną wartością?

Obecny kształt prawa w tej dziedzinie ma dwie kluczowe zalety: roztacza opiekę prawną nad absolutną większością dzieci i gwarantuje w miarę stabilną sytuację społeczną. Treść ustawy przetrwała bez zmian przez ponad 20 lat, wpływając też na formowanie postaw Polaków. Fundamentalne zasady tej ustawy uzyskały też silne wsparcie w postaci orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. Gdy parlament zdominowany przez postkomunistyczną lewicę w roku 1996 przyjął ustawę zezwalającą na aborcję z tzw. przyczyn społecznych (czyli praktycznie: na żądanie), TK uchylił większość zmian (jeśli ktoś sprawy nie pamięta, warto sięgnąć do obszernej rozmowy z ówczesnym przewodniczącym Trybunału, prof. Andrzejem Zollem – zob. tutaj).

„Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat” – to dotyczy także aborcji

Kompromisy mają jednak to do siebie, że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał je podważać, uznając je za kompromitujące. Tak jest również w tym wypadku. Z merytorycznym kształtem kompromisu nie mogą się pogodzić ani konsekwentni obrońcy życia, ani zwolennicy szerszego „prawa do aborcji”. Moc ich ideowego zaangażowania sprawia, że obecny kształt kompromisu będzie zawsze kruchy. Wielokrotnie podejmowano zatem próby zmiany prawa – raz z jednej, raz z drugiej strony sporu ideowego – do tej pory zawsze bezskutecznie. Tej wady kompromisu nie da się jednak wyeliminować w społeczeństwie pluralistycznym.

Sam, jak już pisałem, nie mogę być obrońcą treści obecnej regulacji, gdyż jej elementem składowym jest przepis głęboko nieludzki: umożliwiający legalną aborcję dzieci ze stwierdzonym upośledzeniem. Doskonale jestem świadom trudności, jakie przynosi rodzicom głęboka niepełnosprawność dziecka oraz istnienia wielu sytuacji granicznych. Nie mogę jednak zgodzić się, że w przypadku stwierdzenia zespołu Downa legalnym rozwiązaniem problemu ma być drastyczna eliminacja „problemu”, czyli dziecka.

Z drugiej strony doceniam zalety obecnej regulacji i uważam ją za bliską sytuacji optymalnej (nie idealnej). Trzeba bowiem zaakceptować fakt, że naszymi współobywatelami są też ludzie, którzy przyjmują zupełnie lub częściowo inną aksjologię. Dlatego sytuacja optymalna prawnie to taka, w której prawo gwarantuje maksymalną możliwą prawną ochronę życia dziecka w okresie płodowym, a obrońcy życia mają możliwość wpływu na świadomość i przekonywania wszystkich, by nie korzystali z istniejących nielicznych wyjątków. Sytuacja optymalna społecznie to natomiast taka, w której obok prawnej ochrony życia poczętego istnieją instrumenty polityki społecznej i instytucjonalne struktury zapewniające opiekę nad dzieckiem i wsparcie dla rodziny. W Polsce takich rozwiązań zdecydowanie brakuje i to na pewno powinno ulec zmianie.

Wahadło i referendum

W dyskusjach o zmianie prawa przywoływana jest często – jako przestroga – teoria wahadła: zbyt restrykcyjne prawo wprowadzone za rządów konserwatywnych może zaowocować pełną swobodą za rządów liberalnych. Dobrze znam ten argument. Coraz słabiej on jednak do mnie przemawia. Patrząc na ewolucję lewicy (i europejskiej, i polskiej – zob. partia Razem), mam bowiem świadomość, że ewentualny parlament zdominowany przez współczesną lewicę nie wahałby się ani chwili przed wprowadzeniem swobody aborcji. Do polityków tego nurtu akurat argument wahadła nie przemawiałby, nawet jeśli nikt wcześniej kompromisu nie próbowałby naruszać.

Bardziej obawiam się natomiast innego scenariusza, wspomnianego już w poprzedniej części artykułu – że nierozsądne próby totalnej kryminalizacji (zwłaszcza postulowanie możliwej karalności kobiet) mogą prędzej czy później doprowadzić do referendum aborcyjnego. To zaś uważam za rozwiązanie najgorsze. Zapewne wezwą do niego zwolennicy liberalizacji (mają na to kilka sposobów, których nie zamierzam im podpowiadać). Referendum w tej sprawie miałoby niszczący charakter dla spójności społeczeństwa – podzieliłoby bowiem Polaków w stopniu najwyższym. W warunkach wojny ideologicznej wyniki głosowania odzwierciedlałyby raczej nasze emocje niż głębokie przekonania. Przede wszystkim zaś kwestia tak fundamentalna jak ochrona życia powinna być elementem spójnej doktryny prawnej, opracowanej przez ekspertów i parlament.

Stosunek do najsłabszych to kluczowy sprawdzian poziomu naszego człowieczeństwa

Pozornie dość daleko odszedłem od zaledwie sześciozdaniowego komunikatu Prezydium KEP, który zainspirował te moje refleksje. Ktoś powie: przecież on był bardzo krótki, skąd zatem tak długie komentarze? Właśnie na tym polega problem, że tego typu komunikat w tym momencie nie powinien być tak krótki i pospieszny! Kierownictwo Konferencji Episkopatu Polski, decydując się na wsparcie radykalnych postulatów politycznych, nie może pomijać milczeniem innych znaczących aspektów sprawy ochrony życia. Wypowiedzenie sześciu zdań może stwarzać poczucie podjęcia problemu, podczas gdy powiedzieć należało dużo więcej – i nieco inaczej. Dlatego właśnie uważam, że sam sposób sformułowania komunikatu, a tym bardziej zamieszanie, które on wywołał, raczej oddalają nas od postulowanej przez biskupów „pełnej ochrony życia człowieka” niż do niej przybliżają.

Kto ratuje jedno życie…

Na końcu tych rozważań zamieszczam zaś potrójne „wyznanie wary” (zaraz wyjaśnię, dlaczego w cudzysłowie), czyli spis zasad, wedle których chciałbym myśleć, pisać i działać w kwestii obrony życia. To z nich wynikają powyższe opinie w sprawach szczegółowych.

a) Zasadę ochrony życia „od poczęcia aż do naturalnej śmierci” trzeba rozumieć jako spójną i konsekwentną etykę życia, która postuluje uważność na wszystkie kwestie życia i śmierci. Wszystkie, a nie tylko niektóre. Bardzo bliska jest mi zasada „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”. Wychodzę bowiem z założenia, że życie jest wartością fundamentalną (nie najwyższą, bo są przecież wartości, w imię których można, a nawet niekiedy powinno się poświęcić życie własne – oczywiście nigdy czyjeś!).

b) Stosunek do najsłabszych uważam za kluczowy sprawdzian poziomu człowieczeństwa osób i grup społecznych. Wyraża się on z jednej strony w praktycznym podejściu do ludzi bezbronnych, niezdolnych do samodzielnego życia, niepełnosprawnych, niedołężnych. A z drugiej – w legislacji, która wszak określa, kto należy do wspólnoty osób chronionych prawem na danym terenie (fundamentalną regułą tej wspólnoty jest założenie, że jakikolwiek zamach na życie drugiego jest nielegalny). Mój sprzeciw budzi więc fakt, że dziecko w okresie płodowym staje się niekiedy „jeszcze-nie-człowiekiem”, osoba terminalnie chora poddawana eutanazji zaś „już-nie-człowiekiem” albo „mniej-człowiekiem” – dlatego można je zabić. Podobnie zresztą z mordercami skazywanymi na karę śmierci. A jeszcze ostatnio uchodźca staje się „nie-naszym-człowiekiem”, dlatego „można” po prostu zawrócić łodzie z tymi nieszczęśnikami i nie mnożyć sobie kłopotów.

c) Mam nadzieję, że kiedyś w przyszłości ludzkość będzie patrzeć na zwolenników aborcji ze względów społecznych czy eugenicznych tak jak my dziś patrzymy na niegdysiejszych zwolenników niewolnictwa – tzn. odrzucając całkowicie ich argumenty, ale z pełną świadomością, że było wśród nich wielu ludzi szlachetnych, którzy jednak, będąc dziećmi swoich czasów, nie przyjmowali stwierdzenia dziś dla nas oczywistego, że człowiekowi odmiennej rasy przysługuje taka sama godność i te same prawa co „nam”. Na razie jednak tkwimy wciąż wewnątrz ostrego sporu o rozumienie praw człowieka w tej dziedzinie.

Mądra Edyta

Dlaczego to „wyznanie wiary” umieściłem w cudzysłowie? Bo choć jest ono ukształtowane przez moją postawę chrześcijańską, to nie zakłada wiary w Boga. Powyższe zasady mają przecież charakter uniwersalny. Wynikają nie z Ewangelii czy Dekalogu, lecz z prawa naturalnego – ze zrozumienia, kim jest człowiek. W Polsce przyjęło się uważać takie poglądy za katolickie. Owszem, są one częścią katolickiej antropologii, ale wiara w Boga i uznanie świętości życia są tu czynnikami jedynie dodatkowymi (niekoniecznymi!), wzmacniającymi te uniwersalne przekonania.

Nie przyjmujcie niczego za prawdę, co byłoby pozbawione miłości, ani za miłość – co byłoby pozbawione prawdy

Przedstawianie sporu o legalność przerywania ciąży jako „wojny religijnej” jest na rękę fundamentalistycznym skrzydłom z obu stron. W istocie mamy tu jednak spór bardzo głęboki, lecz nie o charakterze religijnym. Musimy się dogadać – jako ludzie, obywatele Rzeczypospolitej Polskiej, ci pro life i ci pro choice – kto należy do kategorii „my”, którą obejmujemy prawną ochroną życia. Ja uważam zdecydowanie, że wątpliwości w tej kwestii należy rozstrzygać na korzyść zainteresowanego, a nie przeciwko niemu.

Zderzenie różnych argumentów, racji i emocji będzie następowało jeszcze wielokrotnie. Wszystkim wypowiadającym się na temat życia poczętego (z sobą na czele) dedykuję więc na przyszłość słowa św. Edyty Stein, które powinny tu mieć zastosowanie: „Nie przyjmujcie niczego za prawdę, co byłoby pozbawione miłości, ani nie przyjmujcie niczego za miłość, co byłoby pozbawione prawdy; jedno pozbawione drugiego staje się niszczącym kłamstwem”.

PS 1.

Mądry Franciszek

Właśnie ukazała się papieska adhortacja Amoris laetitia. A w niej m.in. takie ważne stwierdzenia, które podaję w dość chropowatym polskim przekładzie. Dotyczą promowania chrześcijańskiej wizji rodziny, ale mogą mieć zastosowanie także w przypadku promowania prawa do życia:

„Niczemu nie służy próba narzucania norm siłą władzy. Oczekuje się od nas wysiłku bardziej odpowiedzialnego i hojnego, polegającego na przedstawieniu przyczyn i motywacji […]. Jednocześnie trzeba pokornie i realistycznie uznać, że czasami nasz sposób prezentacji przekonań chrześcijańskich i sposób traktowania ludzi przyczyniły się do spowodowania tego, co obecnie jest powodem narzekania i z czego wypada nam dokonać zdrowej samokrytyki. […] Logika miłości chrześcijańskiej nie jest logiką ludzi czujących, że przewyższają innych i potrzebujących, by dać im odczuć swą władzę”.

PS 2.

Właśnie pojawiła się informacja, że polscy biskupi „są zdecydowanie przeciwni próbom wprowadzenia do systemu prawnego zapisu, który umożliwiłby karanie kobiet, które dopuściłyby się zabójstwa dziecka” (zob. tutaj). A to oznacza wycofanie się ze wsparcia dla tzw. projektu obywatelskiego Fundacji Pro-Prawo do Życia i Instytutu Ordo Iuris.

Przy okazji widać, że cała sprawa nie ma charakteru przypadkowego, była bowiem od dawna przygotowywana i koordynowana przez Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin. Tym bardziej kłują w oczy błędy, o których mowa wyżej.