Jedenaście lat mija od śmierci papieża Jana Pawła II. W tym czasie bardzo zmienił się świat – i zmieniła się Polska. Czy na lepsze? Pytanie retoryczne, a odpowiedź gorzka.

Co do sytuacji w świecie, przypominają mi się słowa wypowiedziane przez papieża w roku 2002, tuż przed atakiem Ameryki na Saddama Husajna. W ostatniej chwili Jan Paweł II wyraził niepokojącą przestrogę, która brzmiała mniej więcej tak: „To będzie oznaczało początek zmierzchu ludzkości”. Dziś widzimy skutki tamtej wojny, podjętej zresztą, jak się okazało, pod fałszywym pretekstem posiadania przez Irak broni masowego rażenia. Amerykańska interwencja zbrojna miała przynieść społeczeństwu Iraku wolność i demokrację, a tymczasem przyniosła chaos i praktyczny rozpad państwa, falę terroryzmu, niewysłowione cierpienia ludności. Wojna domowa w Syrii ułatwiła z kolei powstanie Państwa Islamskiego, zasilonego przez oficerów rozwiązanej armii Husajna, no i mamy to, co mamy: okrutne prześladowania chrześcijan, miliony uchodźców, zachwianie równowagi w całym regionie. To, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, poważnie zagraża Europie. Jak mówi papież Franciszek: trwa trzecia wojna światowa.

A co się dzieje z polskim społeczeństwem? W kwietniu 2005 roku, w żałobie po ukochanym papieżu nawet kibice rywalizujących klubów piłkarskich symbolicznie jednali się na ulicach miast. Dzisiaj całe społeczeństwo, w 90 procentach katolickie, jest głęboko i dramatycznie podzielone. Na niedawnym spotkaniu autorskim wokół książki o zmarłym przed pięcioma laty arcybiskupie Józefie Życińskim, ksiądz profesor Alfred Wierzbicki z KUL-u stwierdził: „Cały Jan Paweł II poszedł na marne”.

Święty Jan Paweł II, apostoł Bożego Miłosierdzia, z pewnością wciąż dociera do serc wielu Polaków. W tym sensie na pewno nie „poszedł na marne”. Ale czy widać jego dziedzictwo w naszej narodowej samoświadomości, w nauczaniu i działaniu Kościoła hierarchicznego, w duszpasterstwie?

Karol Wojtyła w swojej refleksji na temat polskości odwoływał się, jak wiadomo, do tradycji jagiellońskiej – do Rzeczpospolitej trojga narodów, do tolerancji religijnej, gościnności wobec obcych, szacunku dla Żydów, do ducha mądrości politycznej, dialogu i kompromisu. Nie mówiąc już o tym, że popierał we współczesnym świecie wolność i prawa człowieka, dialog kultur, religii i wyznań, i o tym, że wspierał – wbrew głosom kościelnych sceptyków – przystąpienie Polski do Unii Europejskiej. Tymczasem dzisiaj w naszym społeczeństwie zaczyna dochodzić do głosu, jak w dwudziestoleciu międzywojennym, mentalność endecka, stawiająca na pierwszym miejscu egoistyczny interes własnego narodu. A w Kościele wciąż dominuje religia narodu, a nie – tak nam potrzebna – religia życia codziennego. Notabene, problem ten dostrzeżony został już dawno temu, i to przez samych biskupów, a mianowicie w Programie duszpasterskim na rok 1985/1986, opracowanym przez Komisję Episkopatu do spraw Duszpasterstwa Ogólnego, którą kierował wtedy nieodżałowanej pamięci biskup Władysław Miziołek. Autorzy programu podkreślili potrzebę akcentowania w praktyce duszpasterskiej „religii życia codziennego”, nie zaś „religii narodu”. Stwierdzili wprost, że „religia życia tylko narodowego nie ma podstaw”. Przypomina o tym Stefan Frankiewicz w wydanej dwa lata temu książce Nie stracić wiary w Watykanie (s. 76-77).

Karol Wojtyła – jako biskup i potem jako papież – był „synem Soboru”. Mamy więc prawo i obowiązek zadawać sobie pytanie, czy Kościół w Polsce działa zgodnie z duchem Soboru. Czy jest dla wszystkich „znakiem zbawienia i jedności rodzaju ludzkiego”, jak tego chce soborowa konstytucja Lumen gentium? Czy jest najpierw – nie moralizatorem, lecz znakiem transcendencji, a więc nadziei pokładanej w Bogu, i narzędziem pojednania między ludźmi? Czy broni godności każdego człowieka, zwłaszcza gdy ten jest poniżany i poniewierany? Czy przypadkiem nie dzieli Polaków, jawnie popierając jedną z partii politycznych, gdy katolicy, zgodnie z zasadami demokracji, opowiadają się przecież po stronie różnych ugrupowań? Czy ludzie Kościoła niefortunnymi wystąpieniami nie dolewają niekiedy oliwy do ognia, zamiast lać oliwę na wzburzone przez polityków morze emocji? Czy nasi biskupi cieszą się z odzyskania w roku 1989 wolności na drodze pokojowej, do czego sami się przecież przyczynili, i czy wychowują ludzi na dojrzałych chrześcijan i mądrych obywateli, jak to postulował Jan Paweł II, chociażby w encyklice Centesimus annus? Te pytanie można by ciągnąć, ale zatrzymajmy się przy ostatniej kwestii.

Podczas krótkiej wizyty w ojczyźnie w roku 1995, podczas spotkania w Skoczowie Jan Paweł II wypowiedział słynne słowa, że Polsce potrzebni są ludzie sumienia. Różnie się tym cytatem potem posługiwano, ale każdy się chyba zgodzi, że tylko człowiek wewnętrznie wolny i uczciwy, żyjący konsekwentnie według uznawanych przez siebie zasad, może być nazwany „człowiekiem sumienia”. Polska na pewno potrzebuje ludzi sumienia, a Kościół – dojrzałych chrześcijan.

Tymczasem jak wygląda w wielu naszych parafiach przygotowanie młodzieży do sakramentu bierzmowania, a więc sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej?

Po pierwsze, od młodych ludzi wymaga się znajomości odpowiedzi na kilkadziesiąt pytań, tak jakby dojrzałość wiary mogła być wypadkową wiedzy o wierze. Ojciec Jan Andrzej Kłoczowski OP, legendarny duszpasterz akademicki z krakowskiej Beczki, w swojej mówionej autobiografii pt. Kłocz twierdzi stanowczo, że takie założenie, powszechnie funkcjonujące w naszym duszpasterstwie, jest nieporozumieniem. Wiara rodzi się i dojrzewa na skutek doświadczenia, przeżycia, inicjacji, a nie na skutek pouczania o wierze.

Po drugie, warunkiem dopuszczenia do sakramentu bierzmowania jest w wielu parafiach zaliczenie odpowiedniej liczby punktów za praktyki religijne, w tym za obecność na niedzielnej Mszy świętej, co musi być potwierdzone podpisem księdza w specjalnym dzienniczku. I widzimy potem młodzież, która spędza czas liturgii w kruchcie albo i na zewnątrz świątyni, a po Mszy hurmem udaje się do zakrystii po podpis. Czy nie jest to raczej szkoła hipokryzji, a w każdym razie – jakiegoś jurydycznego formalizmu? Na pewno zaś jest to akceptowanie i utrwalanie w młodych ich niedojrzałości, wręcz infantylizmu. Z drugiej strony, praktyki religijne zanikają i młodzież często nie ma w domu rodzinnym wzorów do naśladowania. Księża mówią więc: jakaś forma kontroli i przymuszenia jest im potrzebna. Problem wiąże się z ogólną laicyzacją społeczeństwa, a także z brakami katechezy szkolnej, która nie wdraża w liturgię. Czy biskupi tego wszystkiego nie widzą?

Inne pytanie, które warto postawić: jak wygląda dziś formacja kandydatów do kapłaństwa? Rozmawiałem niedawno z młodym gorliwym księdzem, dwa lata po święceniach. Zapytałem go, czy czytał któregoś z wielkich teologów XX wieku – może Rahnera, Congara, Balthasara? Słyszałem o nich – odpowiedział mi młody prezbiter, notabene katecheta w liceum – ale ich nie czytam, bo nie wiem, czy oni są zgodni z nauczaniem polskiego Kościoła…

Oj, zadumałby się nad taką odpowiedzią Jan Paweł II.