Po więzieniu pozostaje trauma na całe życie. Spotkanie z jakimkolwiek mundurem, policyjnym czy pogranicznika, nie jest miłe, nawet jeśli jest to spotkanie w wolnej Polsce. Powraca obraz milicyjnego dołka i śmierdzącego moczem materaca, zwijanego na dzień i rozwijanego na noc, twardej pryczy i niemocy – pisze o. Wiesław Dawidowski OSA.

W potocznej opinii podejmowanie uczynków miłosierdzia jest normalną powinnością chrześcijanina i powinno być aktywnością dość łatwą. Sytuacja się komplikuje, gdy trzeba samemu podjąć gest miłosierdzia albo przyjąć akt miłosierdzia. Taka oto sytuacja: jestem już 25 lat księdzem, ale dopiero niedawno odważyłem się przejść bramę więzienia, by udzielić tam czegoś, co nazywa się posługą duszpasterską. Wiem, nie świadczy to o mnie dobrze. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że noszę w sobie lęk przed murami więzienia, gdyż sam byłem więźniem.

Nie byłem wprawdzie przestępcą kryminalnym – chociaż może to dodałoby kolorytu do mojego życiorysu i stałoby się materiałem ciekawej powieści – ale aresztantem, podsądnym podlegającym sankcji prokuratorskiej z powodu niedostosowania się do rygorów prawa stanu wojennego. Moje pragnienie wolności zostało zdławione murami milicyjnego dołka, a potem aresztu śledczego w Gdańsku przy ul. Kurkowej 12 – tego samego aresztu, w którym w lipcu 1982 r. brutalnie spacyfikowano protest głodowy więźniów politycznych i kryminalnych. Był to jeden z brutalniejszych aktów terroru funkcjonariuszy więziennictwa w stanie wojennym. Jeden z szeregowych strażników więziennych, podając drżącymi rękami katowanemu chłopakowi miskę zupy i mówiąc: „Synku, błagam, jedz”, na pewno okazał wtedy miłosierdzie. Nie okazał go natomiast naczelnik aresztu w stopniu pułkownika, którego nazwisko z miłosierdzia pominę.

Więźniowi nie jest łatwo myśleć o miłosierdziu wobec siebie, gdy z dnia na dzień zostaje zabrany spod celi, którą dopiero co oswoił. Nie jest miłosierdziem chwila, gdy nagle jest się wyrwanym z celi i odprowadzonym do innej, przejściowej celi, osadzonym z więźniem-konfidentem, a potem odwiezionym w zablindowanym milicyjnym Starze i zamkniętym na oddziale psychiatrycznym wojskowego szpitala, naszpikowanego tajną policją polityczną spacerującą w szpitalnych szlafrokach. Ale może łatwo jest wtedy przyjąć akt miłosierdzia od długonogiej pielęgniarki, która puszcza oko i dokarmia wykradzioną z oficerskiej kantyny szynką. Jako anioła miłosierdzia traktuje się odesłanego na psychiatryczną obserwację staruszka, który zdradza złoty sekret wyjścia z twarzą z tej kompromitującej sytuacji. „Pamiętaj, wszystko mogą o Tobie napisać, ale testu na IQ nie oszukają. Daj z siebie wszystko!” Miłosierdzie nosi wtedy własne imię: 131.

Po więzieniu pozostaje trauma na całe życie. Spotkanie z jakimkolwiek mundurem, policyjnym czy pogranicznika, nie jest miłe, nawet jeśli jest to spotkanie w wolnej Polsce. Powraca obraz milicyjnego dołka i śmierdzącego moczem materaca, zwijanego na dzień i rozwijanego na noc, twardej pryczy i niemocy. W pamięci pozostają obrazy wyciągania z celi na korytarz, szczucie psami, zaglądanie pałką milicyjną w odbyt, zmuszanie do przyjęcia pożywienia. Pamięć nie odpuszcza i każdy mundur kojarzy się ze szczękiem klucza w zamku, z przymusem wyniesienia na korytarz swoich ubrań w czasie wieczornego apelu, odebrania tych ubrań na drugi dzień rano, a jeśli nie były poprawnie ułożone w kostkę, to szukanie ich rozrzuconych po całym korytarzu, w towarzyszącym wrzasku „klawisza”, który po latach robi polityczną karierę.

Nie ogląda się też bezkarnie filmów, w których występuje motyw krat i więźnia. Powraca się w pamięci do rozmów spod celi, gdzie współwięźniowie nawzajem udzielali sobie pocieszenia. „Nie martw się, małolat! Najdłużej polityczni siedzieli w czasach stalinowskich, a zobacz jak im te 5 lat wtedy szybko pękło”. Po więzieniu filmy o więziennym życiu, eksperymenty Philipa Zimbardo, Hrabia Monte Christo i literatura Gułagu nie są dobrą strawą intelektualną. Po każdej dawce takich narracji, nawet po latach, człowiek budzi się w środku nocy, bo właśnie śniło mu się jego własne osadzenie, zakratowane okno, zasłonięte zbrojoną drutem szybą, wykonaną z grubego, mrożonego szkła. Mimo to, jak narkoman, za jakiś czas sięgasz po kolejną porcję literatury więziennej i opowieści o więźniach politycznych doby Gułagu, bierutowskiej, gomułkowskiej i gierkowskiej Polski. Pewnie z poczucia solidarności i miłosierdzia dla Sołżenicyna.

Najtrudniej przyjąć dar pocieszenia i miłosierdzia od odwiedzających rodziców, którym towarzyszy oficer SB. Po informacji od oficera, że nie wolno rozmawiać o niczym, co dotyczy prowadzonego śledztwa, ani o warunkach osadzenia – właściwie ma się ochotę przerwać tę farsę miłosierdzia, jaką proponuje „sprawiedliwość, która jest ostoją Rzeczypospolitej”. Za nic nie chce się przyjąć takiego miłosierdzia i daru pocieszenia. Chce się poprosić jedynie o akt miłosierdzia w postaci spokojnie wypalonego papierosa i paczki Extra Mocnych na drogę do celi.

Takie więc mam z grubsza skojarzenia, gdy myślę o pocieszaniu więźniów. W czasie jednej z moich podróży do USA ks. prałat Barry Connerton, znając moją przeszłość, zaproponował zwiedzenie więzienia. Odmówiłem.

Dopiero po latach odważyłem się odwiedzić więźnia. Był Nigeryjczykiem. Nie szukałem znajomości u kapelana więziennego. Były to długie trzy godziny oczekiwania. Byłem w habicie, więc konkubiny czekające na widzenie ze swoimi facetami dziwiły się mojej obecności pod bramą. Gdy wszedłem, żaden policjant nie powiedział „Szczęść Boże”, jedynie na twarzy funkcjonariuszki pojawiło się coś w rodzaju grymasu życzliwego uśmiechu. Usiadłem obok czarnoskórego Nigeryjczyka, któremu w drodze na to spotkanie towarzyszył ryk polskich współwięźniów udających małpy. Wyjąłem stułę. Zacząłem go spowiadać. Przyglądał się tej scenie ze zdziwieniem i uwagą funkcjonariusz więzienny.

W nocy znowu miałem niemiłosierny sen. Sen pełen krat.

 

Wiesław Dawidowski OSA – ur. 1964. Augustianin, doktor teologii fundamentalnej, publicysta. W stanie wojennym jako licealista skazany na pół roku więzienia za zaangażowanie w podziemie antykomunistyczne. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie na podstawie rozprawy Reguła wiary w metodzie teologicznej św. Augustyna. Od 2004 r. rektor anglojęzycznego duszpasterstwa w Warszawie. W latach 2009-2013 był chrześcijańskim współprzewodniczącym Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Od 2012 r. jest przełożonym prowincjalnym polskich augustianów. Autor tomików Święty Augustyn i Święta Rita w serii „Wielcy ludzie Kościoła”. Mieszka w Łomiankach pod Warszawą.