Wojtek Skrodzki zmarł niespodziewanie we wtorek 8 marca. Miał 80 lat, ale był jeszcze w doskonałej formie. Zaledwie kilka dni wcześniej spotkaliśmy go w Faktycznym Domu Kultury na promocji książki Kingi Kosińskiej Brudny róż – i nic nie zapowiadało, że jego życie może się tak nagle urwać. Można by rzec, potknął się i zmarł w biegu.

Był wybitnym krytykiem sztuki. Wyjątkowo inteligentny, miał znakomite pióro i wielką wrażliwość, a przy tym był z gruntu niezależny, odporny na wpływy i mody. Był „krytykiem osobnym”, jak trafnie nazwała go Wiesława Wierzchowska w swojej przedmowie do jego książki Wizjonerzy i mistrzowie, wydanej w roku 2009 w Bibliotece „Więzi”. Książka ta była swego rodzaju podsumowaniem długoletniej działalności krytycznej Wojtka, zawierała bowiem czterdzieści wybranych przez niego samego najciekawszych jego tekstów, drukowanych na przestrzeni wielu lat na łamach „Projektu” czy w katalogach wystaw, o wybitnych artystach reprezentujących w polskiej sztuce współczesnej nurt wizjonerski, a zarazem poszukiwanie piękna formy. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że chociaż Wojciech Skrodzki nie należał do entuzjastów tak zwanej sztuki krytycznej, modnej w ostatnim ćwierćwieczu, to jednak przyglądał jej się wnikliwie i z czasem docenił niektóre z jej dokonań, na przykład Łaźnię Katarzyny Kozyry, kontrowersyjnej artystki, która sfilmowała po kryjomu nagie kąpiące się kobiety. Dla niego było jednak „coś wstrząsającego w tym obnażeniu słabości człowieka, kruchości jego kondycji (…) coś, co ocierało się o tragedię ludzkiego istnienia”.

Odszedł Wojciech Skrodzki

Wojciech Skrodzki z Katarzyną Jabłońską i autorem bloga, na wernisażu wystawy Andrzeja i Michała Płoskich Pascha Przejście, Muzeum Sztuki Współczesnej w Radomiu, 2007.

Dla tej „osobnej” postawy krytyka wobec sztuki znamienny był już pewien jego postępek z czasów PRL-u. Otóż w roku 1975, w ramach hucznych obchodów trzydziestolecia Polski Ludowej, rozpisano ankietę pod hasłem „Trzydzieści dzieł na XXX-lecie”, a do udziału w tym swoistym rankingu zaproszono krytyków zrzeszonych w polskiej sekcji AICA (Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki). Każdy miał prawo nominować trzydziestu artystów lub ich konkretne dzieła, które następnie miały się złożyć na wystawę w Zachęcie. Udziału odmówili wybitni krytycy, Mieczysław Porębski i Kantor, dystansując się wobec propagandowych intencji całego przedsięwzięcia. Skrodzki wymyślił sobie inną formę kontestacji. Był wtedy wielkim wielbicielem Zdzisława Beksińskiego, postanowił więc oddać wszystkie swoje trzydzieści głosów na tego oryginalnego artystę. Zorientował się jednak, że ta okrągła liczba mogłaby być odebrana opacznie jako gest konceptualny (popularne były wtedy w sztuce takie multiplikacje jak na przykład 40 razy Marylin Monroe Warhola), złamał więc tę trzydziestkę wprowadzeniem jednego znaczącego dzieła innego artysty, a mianowicie mezzotinty Józefa Gielniaka, ukazującej inwazję na Czechosłowację z sierpnia 68 roku. Ten gest Skrodzkiego wywołał skandal, prasa pisała o „nieodpowiedzialnym wybryku krytyka”. W rezultacie Beksiński, dzięki temu, że dostał od niego aż 29 głosów, został zwycięzcą tamtego plebiscytu. Tu trzeba jednak dodać, że zdaniem Wojciecha Skrodzkiego sztuka polska po 1956 roku żyła w warunkach względnej wolności i rzadko zdarzało się, by jakiś obraz był przez cenzurę eliminowany. Tak się stało z obrazem Jurry’ego Zielińskiego Uśmiech XXX-lecia, przedstawiającym uśmiechniętą twarz dziewczyny, której usta były zaszyte maszynowym ściegiem w kształt liter „XXX lat PRL”.

Poznałem Wojtka w roku 1972, razem pracowaliśmy w nowo utworzonym tygodniku „Literatura”, o profilu liberalnym. Jego faktyczny szef, Gustaw Gottesman, przedtem naczelny „Przeglądu Kulturalnego”, zamkniętego przez Gomułkę, ściągnął do pisma najznakomitsze dostępne wówczas pióra i niezależne umysły. Były wśród nich takie tuzy jak Kazimierz Wyka, Jerzy Andrzejewski, Tadeusz Konwicki i Wisława Szymborska, Kazimierz Dziewanowski i Wojciech Adamiecki (po roku 1989 ambasadorzy wolnej Polski, jeden w Waszyngtonie, drugi w Jerozolimie), Małgorzata Szejnert, Michał Sprusiński i Piotr Wierzbicki. Dział plastyki prowadził Wojciech Skrodzki, równocześnie współpracownik zasłużonego dla kultury pisma „Projekt”. Po brutalnym usunięciu Gottesmana przez władze partyjne w roku 1975, przeszedłem do „Więzi”, i tu – po latach – znów spotkaliśmy się z Wojtkiem, który, pozbawiony pracy w stanie wojennym, znalazł azyl w katolickiej „Niedzieli”, a często też publikował na łamach „Więzi”. W latach osiemdziesiątych, kiedy wielu artystów korzysta z otwartych podwojów Kościoła, a w swoich poszukiwaniach zwraca się ku metafizyce i sacrum, Skrodzki angażuje się w krąg sztuki zwanej niezależną, zaprzyjaźnia się z Januszem Boguckim, prowadzącym słynną galerię, a także z takimi artystami, jak Tadeusz Boruta czy Aldona Mickiewicz. Jest inicjatorem triennale sztuki sakralnej w Częstochowie. Jak wyznaje w rozmowie z Katarzyną Jabłońską, drukowanej we wspomnianej już książce Wizjonerzy i mistrzowie, w sztuce zawsze najbardziej ceni jednak wizjonerstwo i wyobraźnię, dlatego w swoim osobistym kanonie mistrzów wymienia na pierwszym miejscu Zdzisława Beksińskiego, a potem kolejno: Henryka Błachnio, Bogdana Kraśniewskiego, Andrzeja Urbanowicza, Henryka Wańka i Jana Karwota. A spoza Polski: Leonor Fini i Michela Henricot.

Wojtek był człowiekiem o głębokiej duchowości, poszukującym, odchodzącym i powracającym, buntującym się. W latach siedemdziesiątych, jak sam wyznawał, nawrócił się na chrześcijaństwo, zaprzyjaźnił się z siostrą Marią Gołębiewską z Lasek, korzystał z kierownictwa duchowego u księdza Tadeusza Fedorowicza. W ostatnich latach życia znów był zbuntowany wobec Kościoła katolickiego, szukał swojej drogi i swojego miejsca. W tym wszystkim był zawsze uczciwym, dobrym człowiekiem, delikatnym, uważnym na innych, gotowym do pomocy i ofiarności. Jak to krótko wyraził Przemek, jego serdeczny przyjaciel: „On oddałby ostatnią koszulę”. Ci, którzy byli świadkami życia Wojtka, wiedzą, że opiekując się przez wiele lat w ciasnym mieszkanku – sam już słaby i stary – swoim schorowanym starszym bratem Jerzym, aż do jego śmierci, był po prostu Hiobem. A Hiob, jak wiadomo, jest figurą Chrystusa.

Wojtku, wybacz, że w ostatnich latach tak mało miałem dla Ciebie czasu.

Dziękuję Ci za wszystkie nasze spotkania i rozmowy, i za obraz Mariana Gromady, który mi podarowałeś siedem lat temu, a który jest dziś cenną ozdobą naszego domu. Przyjmij ode mnie na pożegnanie zdjęcie pięknej ikony namalowanej przez innego mego przyjaciela, Michała Płoskiego, wykonane przez artystę fotografika Stanisława Zbigniewa Kamieńskiego. Ikona zatytułowana jest po prostu Mandylion.

Odszedł Wojciech Skrodzki