Z moich rozmów z pisarką Anną Kowalską (1903–1969) zapamiętałem także tę po jej powrocie z Paryża późną jesienią 1967 roku. Miała już świadomość, że nieubłagana choroba zapowiada bliski koniec. To była jej podróż w stronę Swanna, w stronę młodości – do Szwajcarii i Francji, gdzie przebywała wiele miesięcy przed wojną wraz z mężem, profesorem filologii klasycznej Jerzym Kowalskim, zmarłym przedwcześnie w roku 1948. W roku 1965 zmarła wielka przyjaciółka Kowalskiej, Maria Dąbrowska. Tym razem Anna podróżowała więc samotnie, w duchu pożegnania z przygodą życia. W Paryżu odwiedziła swoich dawnych znajomych – Józefa Czapskiego, z którym, jak się okazało, mieli doskonałe duchowe porozumienie (podarował jej przy rozstaniu swoją akwarelę przedstawiającą pęk anemonów, z podpisem: „Annie, ci świadkowie naszych niezapomnianych rozmów”) i Marię Winowską, współtwórczynię czasopisma „Verbum”, blisko związaną swego czasu – a potem skłóconą – z Laskami i księdzem Władysławem Korniłowiczem, mieszkającą od wojny w zaprzyjaźnionym klasztorze w Paryżu. Maria Winowska była osobą o silnych przekonaniach religijnych, z poczuciem misji, i w takim też duchu rozmawiała zapewne ze sceptyczną Anną, z którą dobrze się znały jeszcze ze Lwowa, z lat młodości. Anna Kowalska, opowiadając mi o tym spotkaniu, skomentowała je po swojemu, lapidarnie i z sarkazmem: „Słuchając jej, czułam się jak wiórek z warsztatu świętego Józefa”.

blog Cezarego Gawrysia - Moim przekornym zdaniem

Zatrzymajmy się przy tych słowach. Jakże pojemna to metafora! Przypomniała mi się ona w kontekście tego, co ostatnio przeżywamy w Polsce. Partia, która doszła do władzy z hasłem „dobrej zmiany”, w imię bliżej nieokreślonego projektu „wielkiej Polski”, zdaje się kierować zasadą „cel uświęca środki”. Dla usprawiedliwienia swoich metod działania jej prominentni przedstawiciele przywołują przysłowie: „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”. Otóż muszę wyznać, jako obywatel i jako chrześcijanin: nie zgadzam się być wiórkiem, i to przy żadnym warsztacie – ani politycznym, ani religijnym!

Jeśli chodzi o „warsztat religijny”, czyli, inaczej mówiąc, dzieło zbawienia świata, to bycie wiórkiem nam nie grozi. W świetle Ewangelii i całego judeochrześcijańskiego Objawienia każdy człowiek obdarzony jest niezbywalną godnością dziecka Bożego, ma na tym świecie jedyną i niepowtarzalną rolę do odegrania, jest osobą, której nie wolno traktować przedmiotowo ani instrumentalnie, której nie wolno okazywać lekceważenia ani pogardy. Każdy człowiek – mówi Pismo – jest świątynią Boga, a „kto zniszczy tę świątynię, tego zniszczy Bóg”. Jezus odnosił się z szacunkiem i delikatnością do każdego spotkanego człowieka, także do pogardzanych i wykluczanych przez ówczesne społeczeństwo, także – co dla nas dzisiaj bardzo istotne – do swoich przeciwników ideowych.

Jeśli zaś chodzi o bycie wiórkiem Historii? Urodziłem się i przez czterdzieści lat żyłem w totalitarnym systemie komunistycznym, marząc o doczekaniu – co wydawało mi się mało realne za mego życia – czasu wolności. Wolność przyszła po 4 czerwca 1989 roku, wcześniej niż można się było spodziewać, niczym cud Historii. Przez ostatnie 27 lat przywiązałem się do wolności i do państwa prawa, zadeklarowanych przez rząd Tadeusza Mazowieckiego, a realizowanych przez kolejne demokratyczne rządy. To prawda – jeśli chodzi o sprawiedliwość, wciąż wiele jest w Polsce do zrobienia, ale byłem święcie przekonany, że nikt, dla realizacji choćby najszczytniejszych celów, nie posunie się do tego, by psuć to, co zostało zbudowane – demokrację. Myślę, że demokracja polega nie tylko na trójpodziale władzy, zakwestionowanym w tej chwili poprzez paraliż Trybunału Konstytucyjnego, ale też na istnieniu w przestrzeni publicznej racjonalnej debaty, w której uznaje się prawdę, szanuje przeciwników i nie wyklucza nikogo z narodowej wspólnoty. Dlatego trudno mi się zgodzić na język niektórych hierarchów kościelnych, którzy wykluczają ze wspólnoty narodowej ludzi innych poglądów, obdarzając ich chociażby pogardliwym epitetem „lewactwo”. Znamienne, że epitet „lewactwo” (kojarzący się z „robactwem”) pojawia się zarówno w ustach arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, wiceprzewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, reprezentującego przecież troskę o duchowy wymiar człowieka, jak i w ustach prezydenta Andrzeja Dudy, mającego chronić godność wszystkich Polaków. Nie mogę się też zgodzić na język przedstawicieli władzy politycznej oraz ich popleczników, którzy obywateli ośmielających się mieć inne niż oni zdanie obrzucają obraźliwymi inwektywami i insynuacjami.

Mamy tutaj do czynienia z czymś o wiele groźniejszym niż brak kultury politycznej. Widzę pewien wspólny mianownik między postawą prominentnych przedstawicieli hierarchii kościelnej wobec wiernych i postawą nowej partii rządzącej wobec całego społeczeństwa. Zjawisku temu na imię – paternalizm. Tylko my znamy prawdę. My najlepiej wiemy, co jest dla was, maluczkich, dobre. Kto się z nami nie zgadza, kto się nam sprzeciwia, tego na stos (obecność kapelana gwarantowana).

Paternalizm odbiera społeczeństwu podmiotowość. Jest sprzeczny z wolnością i godnością osoby ludzkiej.

Nie chciałbym czuć się w mojej ojczyźnie tak, jak czuła się sceptyczna Anna Kowalska w rozmowie ze zbyt zadufaną w swojej religijnej wizji świata Marią Winowską.