Nic innego bardziej niż modlitwa nie jest przywilejem ludzi wierzących. Nie trzeba przecież niezbędnie wiary do tego, żeby być dobrym czy choćby przyzwoitym człowiekiem. Wiara w tym bardzo pomaga, ale nie jest warunkiem koniecznym. Nie jest niezbędnie potrzebna wiara do tego, by pomagać innym. Są nawet niekiedy ludzie niewierzący, którzy potrafią hojnie obdarzać innych przebaczeniem i miłością nieprzyjaciół (choć wydaje się, że na to akurat chrześcijanie mają monopol). Modlitwy jednak po prostu bez wiary nie ma. To jedna z niewielu „czynności”, które nas, wierzących, wyróżniają spośród innych – i których bez wiary nie da się ani opisać, ani pojąć, ani praktykować.

[…] Czym innym jest modlitwa jak nie intymnym doświadczeniem bliskości z Kimś, kto mnie kocha – i na Jego miłość usiłuję odpowiedzieć swoją miłością? Jeśli tak rozumieć modlitwę, to nic dziwnego, że – jako człowiek z ponad 30-letnim stażem małżeńskim – najchętniej myślę o niej przez analogię do relacji między żoną a mężem. Bo w małżeństwie też jest miłość. Usiłujemy wręcz kochać (takie jest powołanie sakramentalnego małżeństwa!) tak jak kocha Bóg: bezwarunkowo i nieodwołalnie, za darmo i na zawsze. Też chcemy się sobie wzajemnie dawać. Też pragniemy być jedno – jak mistycy z Bogiem.

Może ktoś pomyśli, że nie przystoi tak pisać do pisma młodych dominikanów, ale chyba się jednak godzi, skoro w encyklice Deus Caritas est Benedykt XVI ostatecznie zrehabilitował erosa i namiętność. Obecny papież emeryt pisał tam o „namiętnej miłości Boga do swojego ludu – do człowieka”. Biblia opisuje ją, „posługując się śmiałymi obrazami erotycznymi”. Benedykt stwierdził też, że miłość Boga „może być określona bez wątpienia jako eros, która jednak jest równocześnie także agape”. Modlitwę można więc widzieć jako namiętne spotkanie kochających się osób.

Mistyka i erotyka niewątpliwie przenikają się. Porównania można tu czynić w jedną i drugą stronę. Niech mi więc będzie wolno stwierdzić, że odkryłem w swoim życiu, iż pod kilkoma względami z modlitwą jest tak jak z seksem. Modlitwa, tak jak zjednoczenie małżeńskie, to przecież największa możliwa bliskość w relacji z o/Osobą najbliższą. To intymne spotkanie z kimś/Kimś, kto mnie naprawdę kocha, kto daje mi siebie, kogo mogę przyjąć i komu mogę oddać całego siebie. Jest też podobieństwo funkcjonalne – modlitwa, analogicznie do seksu, wyraża, pogłębia i umacnia więź między osobami znajdującymi się w wyjątkowej, unikalnej relacji miłości. […]

Analogię między modlitwą a seksem widzę także w tym, że i w jednym, i w drugim przypadku drobne gesty w ciągu dnia (które są niesłychanie potrzebne i konieczne!) nie wystarczą, bo potrzeba czasu specjalnie dla tej drugiej o/Osoby. Dobrze jest wysyłać żonie z oddalenia czułe esemesy czy mejlowe wyznania, albo opowiadać telefonicznie, jak bardzo ją kocham. Ale to nie wystarczy! Muszę też przytulić się i wyszeptać jej to do ucha.

Podobnie z Bogiem – dobrze, jeśli pomiędzy obowiązkami dnia wznoszę „ku niebu” akty strzeliste, odmawiam koronkę czy modlitwę Jezusową – ale to wszystko dzieje się „przy okazji”, najczęściej gdy jednocześnie robię coś innego albo w krótkich przerwach między innymi czynnościami. A potrzeba również „tylko jednego” – by usiąść u stóp Jezusa. Bogu także należy się mój czas ofiarowany tylko Jemu.

Fragmenty tekstu „Modlitwa człowieka aktywnego” opublikowanego właśnie w 34. numerze (bardzo dobrego!) czasopisma „Teofil” redagowanego przez dominikańskich kleryków. Można w nim przeczytać wiele innych interesujących tekstów o modlitwie (także autorów niechrześcijańskich). Więcej informacji można znaleźć tutaj.