Tym, co pozwala Kościołowi działać w wolności musi pozostać niezależność od wpływów politycznych oraz od wszelkich prywatnych wizji Kościoła. Takie prywatne wizje mają nie tylko politycy, ale także dziennikarze. I nie jest to jedynie domena dziennikarzy kojarzonych ze stroną lewą czy liberalną, ale także prawą i konserwatywną. Przez wiele lat byłem rzecznikiem kurii, wiem, że każdy dziennikarz ma nie tylko swój światopogląd, ale także „kościelnopogląd”. Czasami taki pogląd wymuszają na nim media, w których pracuje. A ujawnia się on najczęściej wtedy, gdy kościelni przełożeni podejmują decyzje, które nie podobają się jakiejś części wiernych, a których to wiernych owi dziennikarze zaraz chętnie biorą w obronę. I zawsze w imię dobra Kościoła i miłości do niego: prawdziwej bądź fałszywej.

Nie mam żadnych podstaw, by podejrzewać red. Jana Pospieszalskiego o braki w miłości do Kościoła. Broń, Boże! Na ile go znam, mogę powiedzieć, że to bardzo gorliwy katolik. I kochający Kościół. Ale – o czym wszyscy wiedzą – to także katolik mający swoje poglądy, także poglądy polityczne, z którymi nigdy się nie krył. Zapewne też ma swoją wizję Kościoła. Tak jak mają swoją wizję Kościoła dziennikarze „Gazety Wyborczej”, TVN, Radia Maryja czy innego medium. Kiedy 18 lutego w programie „Bliżej” rozmawiał z ks. Rafałem Kowalskim, rzecznikiem kurii metropolitalnej we Wrocławiu, w kwestii przeniesienia ks. Jacka Międlara CM z Wrocławia do Zakopanego, nie krył wcale, że mu się ta decyzja nie podoba. Że to decyzja podjęta ze szkodą dla Kościoła.

Daleko mi do komentowania decyzji podjętej przez przełożonych zakonnych (bo to oni decydują o „ruchach kadrowych”, informując o tym biskupa miejsca, aby udzielił mu jurysdykcji na swoim terytorium). Nie ma też co udawać, że na pewno jakieś rozmowy między kuriami (zakonną i metropolitalną) były. Ale były też bardzo zróżnicowane opinie o działaniach ks. Jacka jako duszpasterza na Oporowie. Miał swych gorliwych zwolenników i równie gorliwych przeciwników. Jedni drugim pewno chętnie by odmówili katolickiej prawdziwości. Faktem pozostaje to, że – zapewne niezamierzonym – skutkiem jego działalności był podział wśród wiernych. Z mojego doświadczenia jako wieloletniego rzecznika kurii w Zielonej Górze wiem, że niebezpieczeństwo podziału wśród wiernych, kłótni, rozłamu w parafii pozostaje zawsze jednym z najważniejszych niepokojów biskupa. Być może to dziedzictwo z przeszłości. Ale wciąż żyje jeszcze pokolenie, które pamięta różne przypadki „parafii na wulkanie”, które były przejmowane choćby przez tzw. księży patriotów, posłusznie chodzących na pasku reżimu komuny.

Dobro Kościoła, które musi mieć przed oczami biskup, nigdy nie może się ograniczać do dobra jednego księdza czy też do dobra tylko części wiernych. Przypomnę to, co już kiedyś cytowałem. Zapytany przez dziennikarza, dlaczego nie chodzi na wybory, kard. Bergoglio odpowiedział, że wybory są zawsze polityczne, zawsze są za kimś jednym, a biskup musi być ojcem wszystkich, kapłan zresztą też. Być ojcem wszystkich nie jest łatwym zadaniem. Trzeba bowiem widzieć dobro całego Kościoła, a nie wyłącznie dobro sprowadzone do jakiejś, partykularnej jego wizji. Przypuszczam, że takie właśnie myślenie przyświecało diecezjalnym i zakonnym przełożonym ks. Jacka. Być może jego odejście było konieczne, by uniknąć postępującego rozłamu we wspólnocie.

Sposób potraktowania ks. Rafała Kowalskiego w programie „Bliżej” przez red. Pospieszalskiego jest niepokojącym symptomem, który – niestety – jedynie potwierdza moją tezę. Oczekiwanie prostej odpowiedzi na pytanie „Czy diecezja nie straciła na odejściu ks. Międlara?”, które dziennikarz wzmacniał natarczywym „Tak, nie?” było jak stawianie Kościoła pod pręgierzem. Niestety, redaktora prowadzącego program nie interesowały wyjaśnienia rzecznika. On miał już swoją tezę, szukał jedynie jej potwierdzenia. I była to teza oskarżycielska, co doskonale zresztą wychwycili internauci, trafnie pisząc w komentarzach, że red. Pospieszalski ujął się za ks. Jackiem. Poza tym, więcej było w tym programie jednostronnych materiałów filmowych niż czasu na dyskusję. Trzeba pamiętać, że dziennikarzom jednego medium czy jednej opcji nie będą się podobać decyzje przełożonych wobec jednego księdza (vide obrona ks. Adama Bonieckiego czy ks. Wojciecha Lemańskiego), dziennikarzom innego medium czy innej opcji nie będą się podobać decyzje przełożonych wobec innego kapłana (np. ks. Jacka Międlara). A w ocenach tych samych decyzji różnić się będą oczywiście diametralnie. Dla jednych krzywda będzie tam, gdzie dla drugich jest słuszność. A tak na marginesie, to z tych trzech wymienionych wyżej kapłanów najbardziej słyszalny jest chyba ks. Adam Boniecki, choć najbardziej posłuszny nakazowi milczenia.

Od tej „choroby” widzenia Kościoła po swojemu nikt nie jest wolny: prawicowy wcale niemniej niż liberalny, konserwatywny podobnie jak lewicujący. Najbardziej paradoksalne jest to, że red. Pospieszalski używał argumentu, że kuria ugięła się pod medialnym naciskiem. Sam stosował przecież nie co innego jak właśnie medialny nacisk na jej przedstawiciela. Dlaczego teraz miałaby się niby „ugiąć” pod naciskiem drugiej strony? Bo ma rację? Akurat to należy do charyzmatu pasterzy, a nie dziennikarzy. Były już w powojennej historii Kościoła w Polsce tzw. „media katolików”, które lansowały swój pomysł na Kościół. To niebezpieczeństwo istnieje zawsze. Myślę, że twórczy niepokój o to, czy się pisze o „swoim” Kościele czy o Chrystusowym przydaje się zawsze. I tego niepokoju życzę wszystkim dziennikarzom i publicystom katolickim bez względu na to, z której strony „bardziej” kochają/ kochamy ten Kościół.