Przejście Chlodwiga, króla Franków, na chrześcijaństwo (498 r.) nie było łatwe. Wiedział, że nie może się ochrzcić sam. Musiał narzucić chrzest swoim germańskim wojownikom, by tym samym uniemożliwić opozycję. Ale „nawrócenie” na nowego Boga nie szło zbyt łatwo. Trudno było krewkim wojownikom uwierzyć w Ukrzyżowanego. Przypuszczam, że z Mieszkiem i jego drużyną mogło być podobnie. Niestety, niejednemu współczesnemu katolikowi, a może nawet niejednemu księdzu wciąż blisko do Germanów, którzy w Chrystusie woleliby widzieć przede wszystkim wodza i woja niż nauczyciela każącego miłować nieprzyjaciół.

Jak pisze Gustav Faber w książce „Merowingowie i Karolingowie” Chlodwig żądał od swoich współplemieńców „czegoś niesłychanego, a mianowicie wyrzeczenia się krwawej zemsty zamiast nienawiści, miłości do wroga, a także zamiast powrotu po śmierci do Walhalli, współbytowania na tamtym świecie z każdym, nawet z tchórzem”. Kim był ten nowy Bóg? „Zniósł on haniebną karę, został przybity do krzyża jak zbieg lub podstępny zdrajca, nie robił różnicy w swym otoczeniu między szlachetnie urodzonymi i niewolnikami, urodził się w bezimiennym rodzie, w ubogiej szopie nędznego plemienia, którego synowie cierpliwie wyczekiwali jako wędrowni kupczykowie przed wrotami wodzów, aby odkupić od nich łupy. I przed takim obcym, niesławnym człowiekiem miałby chylić czoła potomek ojczystych bogów i stawać pośród jego służby? I jak taki bóg mógł użyć swym wyznawcom zwycięstwa nad wrogiem?”.

Germańscy neofici woleli widzieć w Chrystusie raczej króla-wodza aniżeli biernie cierpiącego Syna Bożego. Szczególnym świadectwem tego, jaki kształt przybierała wiara jest starosaksoński epos zatytułowany „Heliand” (Heiland, Zbawiciel), napisany przed 840 r. Autor dostosował w nim treść Nowego Testamentu do dawnych wierzeń germańskich. Opisuje on Zbawiciela jako wielkiego księcia, zaś apostołów jako jego dzielną drużynę. Utwór zawiera opisy pięknych zbroi, uczt, złota i bogactw. Autor dzieła opuścił te epizody Pisma świętego, które nie pasowały do wyobrażeń jeszcze na półpogańskiego wojownika. Nie pasowały zwłaszcza te fragmenty, które opisywały Chrystusową łagodność i pokorę, którą Germanie uważali za dowód tchórzostwa.

Stylistyka monarchiczno-militarna ma się w Kościele dobrze. Zresztą nie jest tak, że w ogóle nie ma na nią miejsca. Jest uroczystość Chrystusa Króla, śpiewamy pieśń „Christus vincit, Christus regnat, Christus imperat”, a teologiczny model Ecclesia militans nie został wcale porzucony, chociaż wielu dzisiaj wolałoby zastosować go nie tyle do walki duchowej co do walki wręcz. Pytanie jest głębsze: na ile wyzbyliśmy się drzemiącego w nas pogaństwa. Powrót do barbaricum bowiem wciąż pozostaje pokusą dla chrześcijan. Ujawnia się ona zawsze wtedy, gdy miecz słowa Bożego chcielibyśmy zamienić na jakikolwiek miecz obosieczny wykuty z żelaza, pragnienie zemsty staje ponad wezwaniem do miłosierdzia, a Chrystusowa miłość nieprzyjaciół ustępuje miejsca słowom „a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził”.

Trudno tu dokonywać historycznego przeglądu ulegania tej pokusie, wchodzenia w mariaż chrześcijaństwa z siłą – by nie powiedzieć: wolą mocy, ale uleganie to chyba pojawiało się zwłaszcza wtedy, gdzie chrześcijanie zamiast wiary w Jezusa zaczynali bronić tzw. cywilizacji chrześcijańskiej. Do obrony wiary wystarczy moc słowa Bożego, do obrony cywilizacji – trzeba miecza. Wiedział już o tym św. Remigiusz, gdy w Reims chrzcił Chlodwiga. „Niech miękkie szaty chrzestne zdziałają, aby nieugięty oręż pomagał wam odtąd jeszcze bardziej”. Boję się, że wielu chrześcijan, w tym wielu księży, chętnie przyjęłoby te słowa za swoje motto. Niektórym bardziej łacno do oręża niż do słowa Bożego, do zemsty niż do miłosierdzia, do nienawiści niż do miłości nieprzyjaciół. Wtedy tak łatwo przychodzą słowa, że Jezus czymś gardzi albo nienawidzi. Wiem o czym mówię, czasami sam się łapię na takich pragnieniach. Każdy z nas przecież nosi w sobie coś z barbarzyńcy.