Przyodziać nagiego to nie tylko dać mu wierzchnie okrycie, które ochroni go przed brudem i chłodem. To również nawiązać relację, w której nie będzie się on wstydził, to znaczy wyczerpywał w swojej przykrej dla zmysłów powierzchowności – pisze Misza Tomaszewski.

„Byłem nagi, a przyodzialiście Mnie” – powie Chrystus w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii Mateusza. My zaś mamy zwyczaj odnosić Jego słowa do siebie i do ludzi nam podobnych. Po tym, jak przeduchowiliśmy pojęcie ubóstwa, tak by odnosiło się również do nas – zapominając o tym, że w tradycji starotestamentowej ludźmi „ubogimi w duchu”, to znaczy całkowicie zdającymi się na wolę Boga, byli biedni i uciśnieni w sensie jak najdosłowniej materialnym – nic już nie stało na przeszkodzie temu, by przeduchowić również pojęcia głodu, pragnienia i nagości. By wszystkie je, idąc tropem psychologizujących kazań duszpasterzy klasy średniej, sprowadzić do poziomu metafor naszego względnego dostatku: „głodni w duchu”, „spragnieni w duchu”, „nadzy w duchu”… W ten sposób niepostrzeżenie zatarliśmy granicę pomiędzy sobą – bywającymi co prawda w modnych knajpach i ubierającymi się w galeriach handlowych, lecz przecież cierpiącymi niedostatek pokarmu duchowego i duchowego odzienia – a ludźmi fizycznie wyniszczonymi przez głód i zimno. Metafora ścierpi wszystko.

Jeśli sięgniemy do tekstów biblijnych, to okaże się, że doświadczeniem najczęściej towarzyszącym sytuacji nagości jest poczucie wstydu. Wstyd zaś – jak pisze Emmanuel Mounier – jest „odczuwanym przez osobę przeświadczeniem, że nie wyczerpuje się w tym, co wyraża, i że grozi jej, że ktoś mógłby to, co ona wyraża, uznać za to, czym ona jest”. Zanim nasze myśli znowu powędrują ku nam samym i ku sytuacjom, w których odczuwaliśmy zażenowanie spowodowane jakimś nieprzemyślanym słowem lub spontanicznym odruchem, pomyślmy o tych, którzy muszą się wstydzić nieustannie. Których przykra dla otoczenia powierzchowność co i rusz ściąga na nich pogardliwe spojrzenia i złe słowa. Których widok kole w oczy, których zapach drażni nozdrza, których obecność w przestrzeni wspólnej jest niekończącym się aktem samooskarżenia. Pomyślmy o ludziach najbardziej dotkniętych wieloletnią bezdomnością, którzy w przeświadczeniu innych – a bywa, że również w swoim własnym przeświadczeniu – wyczerpują się w swoich znaczonych chorobą i nałogiem twarzach, w swoich śmierdzących moczem i wymiocinami ubraniach, w swoim zrozumiałym już chyba tylko dla siebie samych bełkocie i w swoich prowokujących do linczu bluzgach.

Kiedy mówimy o chrześcijańskim obowiązku przyodziewania nagich, wyobrażamy sobie może żebraka rodem z przedstawień świętego Marcina z Tours. Rycerz nie zsiada nawet z konia i nie dotyka ubogiego. Nachyla się tylko w jego kierunku, ten zaś kieruje ku niemu swoje wdzięczne spojrzenie. Otrzymana połowa płaszcza ledwo zakrywa jego nagość. W zasadzie nie dochodzi tu do żadnego spotkania. Oto ikona miłosierdzia pomyślanego jako relacja skośna, w której role szlachetnego, zdjętego litością dobroczyńcy i pokornego, wdzięcznego za otrzymane łaski nędzarza są z góry rozdane. Raz wyuczone, będą odgrywane również w innych scenografiach, aż do momentu, w którym nędzarz wyjdzie ze swojej roli: okaże niewdzięczność, zwymyśla swojego ofiarodawcę, sprzeda otrzymane od niego pół płaszcza, a pozyskane w ten sposób pieniądze przepije… Taki człowiek – powiedzą nadzy jedynie w duchu chrześcijanie – nie zasługuje na to, by zostać przyodzianym. Chętnie przywołaliby wtedy najpiękniejszą przypowieść Jezusa, tę o wędce i rybie, ale za nic w świecie nie mogą sobie przypomnieć, w której Ewangelii została zapisana.

Czytając esej Janusza Korczaka, zatytułowany „Prawo dziecka do szacunku”, natrafiłem ostatnio na taki fragment: „Dziecko nic nie ma własnego, musi zdać sprawę z każdego otrzymanego za darmo do użytku przedmiotu. Nie wolno podrzeć, złamać, zabrudzić, nie wolno podarować, nie wolno odrzucić niechętnie. Ma przyjąć i być zadowolone. […] Za świadczenia dziecko ma ulegać, zasłużyć dobrym sprawowaniem – niech wyprosi, wyłudzi, byle nie żądało. Nic mu się nie należy, z dobrej woli dajemy. […] Przez nędzę dziecka i łaskę materialnej zależności – znieprawiony jest stosunek dorosłych do dzieci”. Pozwólmy sobie, w ramach eksperymentu, na zastąpienie słowa „dziecko” słowem „ubogi”, a słowa „dorosły” – słowem „bogaty”. Czy nie tego właśnie oczekujemy od nagich, których z trudem godzimy się przyodziać? Czy udzielona im pomoc nie staje się w naszych rękach narzędziem służącym do ich dyscyplinowania? Czy nie myślimy o niej jako o ponadobowiązkowym akcie dobrej woli, który powinien się spotkać z wdzięcznością, a jeśli się z nią nie spotyka, to tylko przez wzgląd na roszczeniowość obdarowanego, która zwalnia nas z moralnych obowiązków względem niego?

Przyodziać nagiego to nie tylko dać mu wierzchnie okrycie, które ochroni go przed brudem i chłodem. To również nawiązać relację, w której nie będzie się on wstydził, to znaczy wyczerpywał w swojej przykrej dla zmysłów powierzchowności. Tego jednak nie da się zrobić, jeśli nie będzie się tej powierzchowności fizycznie dotykać, dotykając tym samym – jak naucza dobry papież Franciszek – ciała samego Chrystusa.

Misza Tomaszewski – doktorant w Instytucie Filozofii UW i nauczyciel filozofii w Zespole Szkół Społecznych STO im. Pawła Jasienicy w Warszawie. Redaktor naczelny kwartalnika „Kontakt”. Członek zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie.