W ostatnich dniach uczestniczyłem w trzech różnych liturgiach: luterańskiej na zakończenie roku, katolickiej po holendersku w uroczystość Bożej Rodzicielki oraz katolickiej po polsku, ale w Holandii, w niedzielę 3 stycznia – obchodzono tam już Objawienie Pańskie. Z tych trzech ta ostatnia wypadła chyba najgorzej. Może nie jestem zbytnio obiektywny, gdyż zrozumiałem tylko to trzecie kazanie, w którym punkt centralny stanowiła kwestia relikwii Trzech Króli oraz pieluszek Pana Jezusa… Na wszystkich trzech liturgiach frekwencja była raczej umiarkowana. Trudno nie postawić sobie pytania, czy tamtejsze Kościoły coś robią, by to zmienić. Czy podejmują się jakiejś ewangelizacji, przepowiadania Ewangelii, głoszenia wiary? Jak ją dzisiaj głosić w tym zsekularyzowanym świecie? Pytanie to zresztą dotyczy nie tylko „tamtych” Kościołów, ale także tego „naszego”, w Polsce, który raczej w siłę liczebną nie rośnie…

Przyznać jednak trzeba, że w dwóch pierwszych przypadkach liturgia sprawowana była pobożnie, nobliwie, z wysoką kulturą muzyczną. Na Mszy holenderskiej części stałe śpiewane były po łacinie, naprzemiennie z ludem. Na polskiej królowały kolędy. No i wszędzie były naturalne świece, żadne wkłady olejowe czy coś podobnego. Wspominam o tym śpiewie i świecach, bo często słyszę, że za kryzys niewiary odpowiada upadek życia liturgicznego. Być może jakiś związek jest, ale można dać przykład wielu tradycji kościelnych, gdzie wciąż jest „wysoka” (high) liturgia i nie przekłada się to wcale na frekwencję w świątyniach. A jednocześnie – jak wiemy – sukcesy ewangelizacyjne odnotowują wspólnoty, o których możemy powiedzieć, że liturgię mają „niską” (low) albo nie mają jej prawie wcale – jak na przykład wspólnoty zielonoświątkowe.

W tej samej holenderskiej miejscowości zobaczyłem na słupie ogłoszeniowym dwa plakaty, które można nazwać ewangelizacyjnymi. Na jednym hasło brzmi (w tłumaczeniu): „Pojednaj się z Bogiem przez Jezusa! Teraz to jeszcze możliwe”. Na drugim: „Jezus wybrał ciebie”. W jakiejś miejscowości w Niemczech widziałem też na chodniku tzw. potykacz, na którym widniał napis: „Bekehre dich zu Gott!” – „Nawróć się do Boga!”. We wszystkich tych przypadkach autorzy haseł odwoływali się do pewnego stanu dla nich oczywistego: że jest Bóg, że Jezus przyszedł na świat. I że jest się z czego nawrócić bądź istnieją powody do pojednania. Tylko wtedy bowiem wezwanie do nawrócenia i pojednania ma sens. Bo niby dlaczego się nawracać? Od czego odwrócić? Z jakiego powodu się pojednać? Czy współczesny człowiek stawia sobie jeszcze takie pytania? Czy pyta się o zbawienie?

Pytania o zbawienie nie da się jednak postawić bez pytania o naturę zła. Bo w końcu – jeśli od czegoś zbawiać, to właśnie od zła. Ks. Grzegorz Strzelczyk pisał w tekście „Po co zbawienie? Po co Kościół?” (w książce „Wielkie tematy teologii”): „[…] współcześnie, gdy ktoś dostrzega zło, które czyni, to często nie czuje się za nie odpowiedzialny; uznaje, że sam jest ofiarą pewnych procesów od niego niezależnych. Kwestia winy i odpowiedzialności nie zostaje rozwiązana, a jedynie oddalona”. Cechą szczególną współczesnego świata byłaby więc depersonalizacja zła, co w konsekwencji zwalnia człowieka z osobistej odpowiedzialności i winy. Nie znaczy to jednak, że przestając być osobiste, zło staje się metafizyczne. Przeciwnie – jest jedynie efektem deterministycznych procesów, których nie da się opanować, zatrzymać, zmienić. Moim zdaniem szczególną cechą świata poddanego sekularyzacji jest właśnie odmetafizowanie zła, odebranie mu charakteru nadprzyrodzonego, duchowego, jego naturalizacja. Zło „naturalne” nie potrzebuje już przecież żadnego Boga, by się z owego zła wyzwolić. Człowiek wystarczy sobie.

Chrześcijaństwo ma na taką wizję odpowiedź – jest nią miłosierdzie Boga. „Chrześcijaństwo mówi natomiast: stało się – pisze dalej ks. Strzelczyk. – To mój grzech, moja wina – ale jesteśmy ocaleni. Bóg ofiarował nam swoje przebaczenie, i to zanim cokolwiek zrobiliśmy, by je pozyskać”. I to dopiero tutaj sensu nabierają wezwania do nawrócenia, pojednania się itd. Ich „racją” jest istniejące zło i konieczność wyzwolenia się od niego, a właściwie – bycia od niego wyzwolony, ocalenia od niego, zbawienia od zła. Czy w zsekularyzowanym świecie powraca jeszcze to chyba najbardziej dramatyczne ludzkie pytanie „Unde malum?” – „Skąd zło”? Jak długo będzie zapomniane, tak długo Bóg będzie „niepotrzebny”. Dopiero później można zapytać o liturgię – czy wyraża ona pytania ostateczne i czy daje na nie czytelną odpowiedź.

Hanna Arendt postawiła tezę, że zło jest banalne, to znaczy dostępne dla każdego. Nie trzeba być potworem, by je czynić. Trochę jak w wierszu Tadeusza Różewicza: „Skąd się bierze zło?/ jak to skąd / z człowieka / zawsze z człowieka / i tylko z człowieka”. Jaka jest więc natura dobra? W jednej z ostatnich scen filmu o Hannie Arendt bohaterka mówi, że się pomyliła, mówiąc, że zło może być radykalne. Radykalne może być tylko dobro, zło może być najwyżej ekstremalne. Trudno mi powiedzieć, czy i na ile są to autentyczne słowa tej żydowskiej myślicielki. Ale – moim zdaniem – bardzo dobrze wyrażają naturę zła czynionego przez człowieka i miłosierdzia, które może być na nie odpowiedzią: radykalność miłosierdzia przeciwko złu, które jest banalne i ekstremalne jednocześnie. Głoszenie miłosierdzia ma – jak się wydaje – o wiele większy potencjał ewangelizacyjny niż usilne nawoływanie do uprzedniego nawrócenia. „Chrześcijaństwo to sztuka nawracania się wobec ofiarowanego przebaczenia” – raz jeszcze Strzelczyk. A nie odwrotnie. Kto wie, czy te wszystkie Kościoły i wspólnoty kościelne, które notują wzrost liczebny, nie rozwijają się właśnie dlatego, że nie uciekają od przepowiadania o złu, miłosierdziu, przebaczeniu? Że nie odeszły od przepowiadania dramatu zbawienia? Chyba nie wystarczy dzisiaj mówić o Panajezusowych pieluszkach.