Papież Franciszek zainaugurował Jubileuszowy Rok Miłosierdzia. Mamy je czynić z większą ochotą i gorliwością niż kiedykolwiek. Ale już na etapie zapowiedzi, ten jubileuszowy rok w wielu środowiskach nie miał dobrej prasy. Mówiono, że nie należy z tym miłosierdziem przesadzać, że miłosierdzie to oznaka słabości, że może zniechęcić ludzi do nawrócenia, bo po się nawracać, skoro Bóg i tak przebacza?

Nie da się myśleć o miłosierdziu bez świadomości, że jego istotą jest radykalna odpowiedź na zło. Ks. Józef Tischner pisał, że u Jezusa „wszelka solidarność oparta na współczuciu, czy na czym tam jeszcze, ma charakter wtórny, natomiast podstawowe jest uczestnictwo w niesieniu winy”. Bóg Miłosierny w Jezusie Chrystusie bierze na siebie winy ludzkie. I to jest szczyt miłosierdzia. Jego istotą nie jest pobłażanie czy wysyłanie sygnału „nic się nie stało”. Przeciwnie – Bóg „bogaty w miłosierdzie” mówi człowiekowi: zgrzeszyłeś, ale nie jesteś już sam, winę grzechu poniosę razem z Tobą. Miłosierdzie nie wyraża się w biernym oczekiwaniu ze strony Boga na poprawę grzesznego człowieka. Wyraża się we wspólnym niesieniu win. I dopiero wtedy może zrodzić się pragnienie zmiany, poprawy, nawrócenia. Wtedy, kiedy człowiek wie, że jego winy już go nie przytłoczą. Że ten „»gruz«, który pozostaje w duszy po nieudolnie kleconych wieżach Babel” – jak pisał ks. Tischner – poniesiemy już razem. A Maksym Wyznawca tak mówił o Jezusie: „Podobnie też postępuje wobec owieczki, która się oddaliła od boskiej owczarni. Znajduje ją błądzącą po górach i pagórkach, nie bije jej ani jej nie grozi, i nie zadaje jej trudu powrotu do stada, ale litościwie bierze ją na ramiona i ocaloną odnosi do pozostałych owiec”. Tak właśnie jest. Pan sam nas przynosi.

„Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek”- pisała Wisława Szymborska w wierszu „Schyłek wieku”. Niestety, nie był. „Miało się kilka nieszczęść / nie przydarzać już, / na przykład wojna / i głód, i tak dalej”. Wszystko to niestety się przydarzyło. Św. Jan Paweł II mówił nawet, że miniony wiek „naznaczony był w szczególny sposób »misterium nieprawości«”. Początek nowego wieku nie zapowiada chyba radykalnej poprawy, jeśli w ogóle jakąkolwiek. Zło – jeśli można tak powiedzieć – ma się dobrze. Więc jak na nie odpowiedzieć? Miłosierdzie – pisał Jan Paweł II – jest „właściwym sposobem objawiania się [miłości] i realizacji wobec rzeczywistości złą, które jest w świecie”. Odpowiedzią Boga na zło jest miłosierdzie. Nie inaczej. Nadmiar miłosierdzia, które jest niewyczerpane, to jedyna możliwa odpowiedź na ogrom zła w świecie. Bóg nie walczy ze złem, Bóg je obejmuje swoim miłosierdziem.

W obliczu ogromu zła miłosierdzie wydaje się jednak bezsilne i niepozorne. Nie inaczej może się nam zdawać, gdy przyglądamy się Jezusowi narodzonemu w Betlejem. Papież Benedykt pisał, idąc za myślą Ojców Kościoła, że Logos – Słowo Boże, aby zamieszkać z nami, stało się „krótkie”. Wyzbyło się swej boskiej wielkości, by „zmieścić się” pośród stworzenia. Bóg nie chciał zajmować dużo miejsca. Pewno trudno było niektórym przypuszczać, że to kwilące w stajni Dziecię właśnie zaczęło zbawiać świat, a rodzące się tam dzieło odkupienia ogarnie krąg ziemi. Patrząc na dziecko, widzimy raczej bezsilność niż siłę, na widok której „moc truchleje”. To raczej my truchlejemy o nie.

„Alles muss klein beginnen, lass etwas Zeit verrinnen. Es muss nur Kraft gewinnen, und endlich ist es groß“ – śpiewa niemiecki bard Gerhard Schöne. Wszystko zaczyna się jako małe, a gdy czas upłynie, nabierze siły i w końcu stanie się wielkie. Tak właśnie myślę o miłosierdziu, które nie ma w sobie nic z mocy i siły tego świata. Jest jak ewangeliczne ziarno gorczycy w ręku siewcy i zaczyn, który kobieta dodała do mąki. Wyrasta z tego ciasto na chleb i duże drzewo, które daje cień.

„Przewodnik Katolicki”, 50-51/2015