Papież Franciszek lubi metafory. W Evangelii gaudium pisze, że „obrazy pomagają w docenieniu i przyjęciu przesłania, które chcemy przekazać”. Zgodnie z własnym postulatem, przepowiada obrazowo. Do jego ulubionych metafor, którymi wyraża on prawdę o Kościele, należy metafora kobiety, owczarni i szpitala polowego. Obraz ma to do siebie, że – z jednej strony – jest treściowo bardzo pojemny, z drugiej jednak – nieostry, a więc wieloznaczny. Warunkiem funkcjonowania metafory jest właściwe rozumienie punktu odniesienia – tej rzeczywistości, której znaczenie zostało przeniesione z jednej rzeczy na drugą. I może tutaj tkwi opór niektórych wobec Franciszkowej metafory Kościoła jako szpitala polowego?

„Postrzegam Kościół jak szpital polowy po walce. Nie ma sensu pytać się ciężko rannego czy ma wysoki poziom cholesterolu bądź cukru. Trzeba leczyć jego rany. Później zajmiemy się resztą” – mówił w wywiadzie dla jezuickiego pisma „La Civiltà Cattolica”, co zresztą powtórzył w wielu innych wypowiedziach. I tak na przykład 6 marca 2014 roku na spotkaniu z klerem rzymskim papież powiedział: „Możemy myśleć dzisiaj o Kościele jak o szpitalu polowym. To – przepraszam Was – powtarzam, ponieważ ja to tak widzę, tak to odczuwam: szpital polowy. Potrzeba leczyć rany, wiele ran! Jest wielu ludzi zranionych przez problemy materialne, przez skandale, także w Kościele. Ludzie zranieni przez złudzenia świata… My, kapłani, powinniśmy być tam, blisko tych ludzi […] Miłosierdzie oznacza przede wszystkim leczyć rany. […] najpierw lecz ranę, a później zobaczymy badania. Później dokonuje się badań specjalistycznych, ale najpierw należy leczyć rany otwarte. Dla mnie, w tym momencie, jest to ważniejsze. Także rany ukryte, ponieważ są ludzie, którzy oddalają się, aby nie pokazać ran”.

Co to jest szpital polowy, każdy wie. Niezastąpiona Wikipedia donosi: „rodzaj tymczasowego szpitala, rozstawianego poza budynkami szpitala stałego, zazwyczaj przeznaczonego do leczenia ofiar działań wojennych, wielkich katastrof i klęsk żywiołowych”. Trafiają tam ci, których dotknęło zło, w wyniku czego ucierpieli, zachorowali, doznali ran. Być może stali się niewinną ofiarą, ale – podobnie jak winni – ponoszą skutki własnego działania. Być może to oni właśnie rozpętali wojnę, to ich lekkomyślność spowodowała katastrofę. Piszę o tym, ponieważ w dyskusjach o miłosierdziu (także w odniesieniu do wezwań Franciszka) jak mantra pojawia się kontrargument: przecież sami sobie są winni. W ten sposób całą logikę życia zamyka się w modelu „czyn – konsekwencja”. Chciał, to ma, przecież volenti non fit iniuria. Owszem, bardzo często sami są sobie winni. Ale – chciałoby się zapytać – co z tego? Czy w życiu ratujemy tylko tych niewinnych? Nawet w obozach jenieckich są lekarze, którzy opatrują rany wroga, ponieważ jego status jako człowieka, który cierpi, jest w tej chwili ważniejszy od jego statusu jako wroga, którego – przecież – jeszcze tak niedawno należało zabić na froncie.

Być może miłosierdzie to jest właśnie to: wyjście poza optykę rozumienia życia wyłącznie jako splotu deterministycznych konsekwencji i dostrzeganie w człowieku tego, co jest poza, ponad i przed grzechem jako najistotniejszej jego cechy. Sprawiedliwość dostrzega przede wszystkim zło, które pociąga za sobą naturalne, wpisane w czyn konsekwencje i wymierzoną przez społeczeństwo karę. Miłosierdzie nie jest w stanie unieważnić konsekwencji, ale potrafi patrzeć na człowieka poza i ponad złem, które popełnił. Jak pisze Hanna Arendt, „ułaskawienie znajduje zastosowanie raczej w odniesieniu do osoby niż do czynu; akt łaski nie jest przebaczeniem zbrodniarzowi, lecz darowaniem mu dlatego, że jego wartość jako osoby może przewyższać wszystko, czego się dopuścił”. Tak, łaska i miłosierdzie patrzą przede wszystkim na wartość człowieka jako człowieka, której to wartości nie może unieważnić ten czy inny jego zły bądź grzeszny czyn. Może właśnie dlatego dojrzewa w Kościele opór przeciwko karze śmierci, gdyż jest radykalnym zanegowaniem człowieczeństwa osoby na nie skazanej.

Jeśli dobrze rozumiem Franciszka, to chce on nam powiedzieć, że w Kościele-szpitalu polowym patrzy się na człowieka najpierw przez status jego zranienia, które powoduje cierpienie, a nie poprzez optykę jego winy. Albo jeszcze inaczej: jego godność jako człowieka i jako dziecka Bożego przewyższa wszelki grzech, winę i nieuporządkowanie, które powodują to cierpienie. Franciszek jest jak rodzic, który nie zgadza się z wyborami czynionymi przez jego dzieci, ale który nie przestaje ich mimo wszystko kochać, ponieważ relacja rodzic – dziecko jest zawsze silniejsza i bardziej fundamentalna niż jednostkowe, często złe wybory. Co więcej, nie jest to dla niego miłość wyłącznie bierna, czekająca, ewentualnie modląca się o nawrócenie. To jest miłość, która próbuje iść razem, towarzyszyć, być blisko, zawsze gotowa, by opatrzyć rany. Franciszek stawia nam nieustannie pytanie o to, jak daleko można w tej miłości pójść, by nie pochwalając wyborów, jednocześnie nie stracić dziecka i jego miłości. Bo człowiek jest ważniejszy niż jego grzech.