„Kościół jest, w założeniu, instytucją wystającą poza każdy czas” – mówił Krzysztof Michalski w ważnym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w 2010 r. – „instytucją, która chce być niewygodna, instytucją, która nie pozwala nam poczuć się w domu, u siebie w czasie, jaki przeżywamy; bo przecież (głosi), jesteśmy nie z tego świata, nie tu jest nasz dom. Kościół nie powinien więc gonić za »duchem czasu« (czy raczej za tym, co intelektualiści za takiego ducha uważają). Stąd też naturalne napięcie między tym, co Kościół ma do powiedzenia o człowieku, a czasem, w którym to mówi”.

Kościół nieuchronnie musi zatem jakoś „wystawać” z demokracji, musi być jakoś niewygodny. Sęk w tym, że może wystawać mądrze i głupio, dobrze i źle. […]

Mamy również do czynienia z interesującym paradoksem. Oto bowiem środowiska liberalne w większości akceptują głos Kościoła w sprawie uchodźców, a nie akceptują w sprawie in vitro; konserwatywne zaś – odwrotnie. Dlaczego? Oczywiście każdy lubi, gdy inni sądzą to, co on. W przypadku liberałów (najczęściej nie powołujących się na katolicyzm) to mnie nie razi. Razi mnie natomiast bardzo w przypadku konserwatystów. Oni bowiem na katolicyzm się powołują. Wydaje się jednak, że są najpierw (i przede wszystkim) konserwatystami, a dopiero później katolikami. Katolicyzm traktują jako „dodatkowe” uzasadnienie swojego światopoglądu, a więc instrumentalnie. Bronią w istocie cywilizacji chrześcijańskiej (odchodzącej), a nie wiary.

Na postawę biskupów w obu kwestiach warto jednak spojrzeć inaczej. Podstawowa różnica między debatą o uchodźcach a dyskusją o in vitro jest taka, że pierwsza z nich dotyczy formowania postaw społecznych (czyli aksjologicznego nacisku oddolnego), druga zaś – kwestii prawnych (ustawowego, odgórnego nacisku na kształt państwa). Pierwsza zatem pozostaje w przestrzeni publicznej, druga sięga już do sfery politycznej. W jednym, i drugim przypadku Kościół chce być moralnie niewygodny – ale i adresat działania, i jego społeczne konsekwencje są odmienne.

Wyraźny kryzys publicznej wiarygodności Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce wynika moim zdaniem z faktu, że kierownictwo episkopatu kładło zbyt duży nacisk na kwestie ustawowe, czyli polityczne, lekceważąc publiczną, formacyjną rolę Kościoła. In vitro jest tu przykładem klasycznym. Choć zapłodnienie pozaustrojowe było już w naszym kraju dostępne od 20 lat, Kościół hierarchiczny zainteresował się problemem dopiero w roku 2007, gdy ówczesna nowa minister zdrowia Ewa Kopacz przedstawiła pierwszy projekt refundowania tych zabiegów z budżetu państwa.

Być może sam abp Stanisław Gądecki zdaje sobie sprawę z tych błędów w strategii publicznego działania episkopatu. W trwającej kampanii wyborczej wystosował bowiem – jako przewodniczący KEP – ważny apel do partii politycznych. Przypominał w nim dobrze znane, ale zapomniane ostatnio w Polsce twierdzenia, że w sferze politycznej „nikomu nie wolno zawłaszczać autorytetu Kościoła wyłącznie na rzecz własnego rozwiązania”, zaś „chrześcijanin nie może znaleźć partii w pełni odpowiadającej wymaganiom etycznym zrodzonym z wiary i przynależności do Kościoła”.

Oby za tym apelem poszła większa troska o publiczną rolę Kościoła. Przydałoby się to i polskiej demokracji, i samemu Kościołowi. W ostatnich latach trudno mieć wątpliwości, gdzie leżą polityczne sympatie większości episkopatu. A ta wiedza wcale nie jest nikomu do zbawienia koniecznie potrzebna.

Fragmenty wystąpienia podczas dyskusji „Kościół a demokracja – granice akceptacji i odmowy” w Fundacji im. Stefana Batorego w Warszawie, 29 września 2015 r.