Marek Kamiński przebył drogę z Kaliningradu do Santiago de Compostela. Z wywiadu, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” wyczytać można, że Camino stało się dla niego ważniejsze od zdobycia dwóch biegunów w jednym roku. Że droga do Santiago przewartościowała jego życie, gruntowanie przeorientowała priorytety. „Nie chcę żadnych wyścigów. Życie nie polega na tym, żeby świecić. Jestem zmęczony, jak wymieniam te wszystkie wyprawy. Po co ja tyle rzeczy w życiu zrobiłem?” – pyta retorycznie Kamiński. Wywiad jest pięknym świadectwem duchowej drogi, jaką przebył ten człowiek. Jest to droga do wiary, o której mówi otwarcie: „Camino na początku miało być projektem podróżniczo-intelektualnym, ale niezależnie od moich intencji stało się świadectwem wiary”. Nie byłoby tego – nie wiem, czy można tak powiedzieć – nawrócenia, gdyby nie duchowe doświadczenie pielgrzymki. Ale przecież Camino nie jest dla wszystkich.

Na pytanie, gdzie jest duchowa pustynia, Kamiński odpowiada: „Myślałem, że zaczyna się za granicą Polski, ale mam wątpliwości. U nas kościoły są pełne, ale trudno mi osądzić, jaki to rodzaj duchowości. Nie ma chrześcijańskiej Europy. Jest pustynia. Są symbole chrześcijaństwa, ale nie ma ducha. Camino to enklawa”. „Duchowość” jest chyba słowem-kluczem do zrozumienia tego, co się wydarzyło w życiu Kamińskiego. Miesiąc medytacji zen w amerykańskim klasztorze nie dał mu ostatecznej odpowiedzi. Na drodze do Santiago odnalazł wreszcie to, czego nie potrafił odnaleźć żyjąc 50 lat pośród chrześcijańskiego świata.

Jedno z ważniejszych pytań, które stawia się w ewangelizacji dotyczy drogi, jaką się pokonuje / trzeba pokonać w procesie dochodzenia do wiary. Kamiński chce nam powiedzieć, że ta droga prowadzi przez doświadczenie duchowe, którego – jak rozumiem – nie dane mu było doświadczyć w katolickiej Polsce. Pustynia duchowa wcale nie rozciąga się poza granicami Polski, ona zaczyna się już tutaj. „U nas kościoły są pełne, ale trudno mi osądzić, jaki to rodzaj duchowości” – mówi podróżnik. No właśnie. A może czasami jest jeszcze gorzej – może żadnej duchowości w tym nie ma?

Rozmowa, którą opublikowaliśmy w letniej „Więzi” pokazuje z jednej strony, że istnieje wielkie poszukiwanie duchowości, a z drugiej – że religie i Kościoły nie mają już na nie monopolu. Świadectwo Kamińskiego mówi, że duchowość poza wiarą jest ostatecznie pusta, ale do tej konstatacji dochodzi się – jak widać – po długiej drodze: tej rzeczywistej i tej wewnętrznej. Niejedno odejście od Kościoła wynika z braku duchowego doświadczenia, które byłoby dostępne w wierze. Chrześcijaństwo jawi się wielu jako duchowo puste. Zresztą, trzeba by się zapytać, jakie doświadczenie chrześcijaństwa / katolicyzmu jawi się w bezpośrednim spotkaniu jako pierwsze. Chyba o wiele bardziej chrześcijaństwo postrzegane jest jako system etyczny bądź zbiór rytuałów niż jako droga duchowa. Idźmy dalej: na ile parafia postrzegana jest jako centrum duchowe? Czy w ogóle ma jakąś duchowość do zaproponowania? Dyskusja, która odbyła się na FB na temat duchowości „charyzmatycznej” i „tradycjonalistycznej” pokazuje, że wiara domaga się także doświadczenia duchowego, które nie może ignorować ludzkich emocji, sfery psychicznej, tego, co nazywamy duchem. Bez duchowego zaplecza chrześcijaństwo rzeczywiście może stać się zbiorem mechanicznych, pustych rytuałów albo – dla wielu – niezrozumiałym systemem etycznym. Czy może ono pociągać? Owszem – może, ale bez duchowego fundamentu stanie się karykaturą religii.

Konstatacja ta jest tym smutniejsza, że przecież chrześcijaństwo jest niezwykle bogatą skarbnicą duchową. Że ma rozliczne tradycje i szkoły duchowości. Że ma w sobie wielość małych i większych dróg duchowych. Niestety, dla wielu naszych wiernych i potencjalnych wiernych pozostają one doskonale zakryte. No ale przecież łatwiej mówić kazania o normach etycznych niż o duchowych doświadczeniach. Może my księża-kaznodzieje w ogóle nie jesteśmy do tego przygotowani? A może – co gorsza – sami nie mamy duchowego zaplecza? Trudno przecież mówić o czymś, czego samemu się nie doświadczyło. „Nemo dat quo non habet” – mówi łacińskie przysłowie.

Kamiński mówi w swoim wywiadzie rzeczy bardzo ważne: że „rozum jest bardzo ograniczony, a wiara nie”, „że życie jest czymś bogatszym niż rozum, powody, które wydają się ważne ze względu na ich praktyczność” i że Camino – a szerzej pewno i wiara – to „nie jest droga dla odważnych, tylko dla pokornych”. Czy trzeba przejść drogę od grobu Kanta do grobu św. Jakuba, by to zrozumieć? Tak, choć oczywiście bardziej w metaforycznym niż rzeczywistym znaczeniu. Nie ma bowiem wiary bez drogi, bez podróży w głąb siebie, bez zstąpienia do pokładów ducha. To konieczne, albowiem religia w duchowej próżni bardzo szybko staje się niewolą.