Na łamach wrocławskiego wydania „Gazety Wyborczej” ukazał się artykuł Katarzyny Wiśniewskiej pt. „Nagonka na profesora Miodka. Bo skrytykował nauczanie Kościoła”. Jak sama autorka przyznaje – tekst dotyczy reakcji na wydarzenie, które miało miejsce miesiąc temu, bo 27 kwietnia. Autorka – i słusznie – pisze, że wykład prof. Miodka nie spotkał się w trakcie konferencji z negatywnym przyjęciem, ale stał się przedmiotem licznych hejtów w sieci. I tu jest problem. Autorka bowiem stawia tezę kluczową dla tekstu: „Obawiam się niestety, że gorliwości w przeciwstawianiu się jakiejkolwiek krytyce Kościoła rodzimi katolicy nauczyli się właśnie od samego Kościoła hierarchicznego”. I przytacza dowód „z Lemańskiego”. Jakby nie było – Kościół winny. Mój krótki komentarz na FB spotkał się z dużym zainteresowaniem, postanowiłem skomentować szerzej.

Wykład prof. Jana Miodka miał miejsce podczas konferencji „Kościół – komunikacja – wizerunek”, która odbyła się na Papieskim Wydziale Teologicznym, a której to konferencji współorganizatorem była kierowana przeze mnie Katedra Komunikacji Religijnej. Nagrania z konferencji są dostępne tutaj, można posłuchać, co mówił. Prof. Miodek – zresztą nie po raz pierwszy – krytycznie podszedł do stanu polskiego kaznodziejstwa. Wbrew tytułowi „GW”, nie „skrytykował nauczania Kościoła”, proszę więc nie robić z niego dysydenta. Profesor najpierw wskazał na podstawowe błędy gramatyczne, w tym na plagę nieodmieniania nazwisk przy czytaniu intencji (pod czym podpisuję się oburącz), a potem mówił o najczęstszych błędach fonetycznych i innych. Jako słuchacz kazań wskazał na istotny błąd w przepowiadaniu, jakim jest skupienie się wyłącznie na nauczaniu moralnym, a w tym na zagadnieniach związanych z płciowością, prokreacją, początkiem życia. I słusznie. Wszyscy – mam nadzieję – homiletycy uczymy, czym jest błąd moralizatorstwa w kaznodziejstwie. Drugi postulat – także oczywisty – to przypomnienie o randze sumienia w dokonywaniu ocen moralnych, co ostatecznie trzeba pozostawić każdemu człowiekowi. I o tym mówił Miodek, wzywając jednocześnie do przepowiadania, które bardziej będzie w odbiorcach budziło nadzieję. Głosów krytycznych nie słyszałem, oklaski były burzliwe. W auli katolickiego wydziału teologii to się działo, a nie na Czerskiej – przypominam. Jak ktoś przedstawia merytoryczną krytykę, to go słuchamy. Zauważa to także Wiśniewska, pisząc: „Dziwnym trafem duchowni nie bali się krytyki, nie wyłączyli profesorowi mikrofonu ani nie wyprosili go za drzwi”. Nie wyłączyli, nie wyprosili.

Dziennikarka „GW” utyskuje na akcję hejterską, która trwała – jak pisze – kilka tygodni na portalu wpolityce.pl. I to mnie chyba dziwi najbardziej. Że dziennikarka bierze nastroje, język i poziom tych, którzy wypowiadają się na forum, które nie jest moderowane za jakiś (jaki?) punkt odniesienia dla Kościoła i jego opinii. Nie, nie czytałem tych komentarzy, przypuszczam jedynie, że dotyczyły one bardziej przeszłości prof. Miodka niż jego kompetencji naukowych. Nie, nie czytuję komentarzy na forach i radzę to także red. Wiśniewskiej. A to ze względu na higienę zdrowia psychicznego. Pozwolę sobie zadedykować jej słowa z piosenki „Los, cebula i krokodyle łzy” zespołu Coma: „I po co czytasz komentarze sfrustrowanych miernot? Niech się durnie trują jadem, oszczędź sobie złego”. Właśnie. Tego się nie czyta bezkarnie, tym złem się człowiek oblepia. Forum – jak już pisałem w komentarzu na FB – nie jest miejscem realizacji wolności słowa, ale wolności mówienia i pisania tego, co ślina na język przyniesie. I dziwię się, że dla dziennikarza gazety, która się ma za poważną, ta – przepraszam za słowo – rynsztokowa (a czasami wręcz psychopatyczna) część opinii społecznej jest jakimkolwiek miernikiem. Dobrze się stało, że mój „Tygodnik Powszechny” przyjął zasadę ujawniania swoich danych przy komentowaniu. Hejterzy poszli szczuć nienawiścią gdzie indziej.

I na koniec to, co dla mnie najboleśniejsze. Ten oto fragment: „Obawiam się niestety, że gorliwości w przeciwstawianiu się jakiejkolwiek krytyce Kościoła rodzimi katolicy nauczyli się właśnie od samego Kościoła hierarchicznego. U nas księży się nie krytykuje, i już. Bo można za to słono zapłacić – wystarczy spojrzeć, jaki los spotkał ks. Wojciecha Lemańskiego, który naraził się tym, że zwalczał kościelną zakazowo-nakazową nowomowę. Ks. Lemański nie moralizował, a więc – wedle kategorii prof. Miodka – nie obmyślał kazań przy goleniu, nie serwował wiernym bylejakości powielanej w kolejne niedziele”. Ks. Wojciech Lemański wystąpił tu jako jedyny sprawiedliwy w Gomorze. Niestety brzmi to trochę tak jak czynił Katon w Senacie: „Ceterum censeo Carthaginem delendam esse” – „ A poza tym uważam, że Kartagina powinna zostać zburzona”, którym to zdaniem miał kończyć on każdą przemowę, bez względu na jej temat. Tak niestety brzmi „argument z Lemańskiego” w tekście red. Wiśniewskiej. O czym by nie było, teza jest jedna: winny Kościół, a jego ofiarą – ks. Lemański. Nie ważne czy w związku, czy bez związku z tematem. I tak Kartaginę trza zburzyć…

Zaręczam, że księży się w Polsce krytykuje nagminnie, do czego sam namawiam świeckich studentów teologii, a kiedy ktoś mi mówi, że ten czy inny ksiądz powiedział to czy tamto na kazaniu, radzę: Idź i mu to powiedz! Zaręczam też, że tysiące polskich księży nie moralizuje i „nie obmyśla kazań przy goleniu” (choć co do tego to mam wątpliwość, dlaczego aby to nie było dobre miejsce i czas do obmyślania kazania?) i nie serwuje „bylejakości powielanej w kolejne niedziele”. W ten sposób faktycznie obraża się rzeszę księży, którzy uczciwie podchodzą do swego fachu. Dziennikarstwo to przede wszystkim rzetelność, choćby o poziomie polskiego kaznodziejstwa. Tutaj – niestety – to pisanie pod tezę wynikającą z jedynego – jak widzę – możliwego dla niektórych paradygmatu, jakim jest konflikt: zły Kościół, byle jacy księża i jedyny sprawiedliwy w Gomorze.

Aha, ja też – gdzie mogę – zwalczam „kościelną zakazowo-nakazową nowomowę”. Widocznie – zgodnie z logika „GW” za mało, skoro się jeszcze nie naraziłem.