Przez katolicki Internet przewaliła się mała dyskusja na temat poziomu polskiego kaznodziejstwa. Sytuacja jest dobra, chociaż nie jest beznadziejna – chciałoby się powiedzieć. Jedni twierdzą, że jest źle, inni – że nie tak bardzo, a może nawet jest ok. W dyskusji wzięli udział: Małgorzata Wałejko, Piotr Żyłka, Szymon Hołownia, ks. Wojciech Węgrzyniak. Mój głos nie będzie ani komentarzem, ani też polemiką z tezami tychże autorów. Każdy z nich ma przecież trochę racji, wszystko zależy od kryteriów i oczekiwań. Postanowiłem jednak dorzucić swój głos jako ten, który już od lat uczy homiletyki i próbuje kleryków uczynić kaznodziejami.

Zacznę od cytatu z siebie. W zakończeniu książki pt. „Emaus. Tajemnice dnia ósmego” (która ukaże się na dniach) piszę tak: „Na temat jakości polskiego kaznodziejstwa napisano już wiele i nie miejsce tutaj, aby je gruntownie analizować, ale z wieloletniego już doświadczenia wykładowcy homiletyki mogę powiedzieć, że to wcale nie Pisma są dla wielu kaznodziejów i młodych adeptów tej sztuki podstawowym źródłem głoszenia Ewangelii. Być może nie potrafią ich otwierać dla innych, bo i dla nich – choć znane – postają w dużej mierze zamknięte. Wystarczy, by wspomnieć kazania pasyjne, w których – co znamienne – autorzy chętniej niż do Ewangelii uciekają się do nie zawsze aprobowanych przez Kościół wizji mistyczek czy mistyków, a przecież w Pismach jest wszystko, co potrzebne do wiary i poznania Boga. Trzeba uwierzyć Słowu, Historii, Mitowi – w nich jest wszystko, co zbawczo konieczne”.

Przytoczyłem tę diagnozę, ponieważ wydaje mi się ona kluczowa dla wielu problemów związanych z polskim kaznodziejstwem. Jego główną bolączką jest brak Słowa, by nie powiedzieć – brak Boga. Kiedy na FB napisałem krótki post, z którego wziął się także tytuł tego wpisu: „Bóg polskich kazań jaki jest, każdy słyszy”, ks. Adam Kalbarczyk, homileta z Poznania, napisał: „Tak, mamy w polskich kazaniach do czynienia z ateizmem eklezjalnym”. To diagnoza jeszcze okrutniejsza od mojej. Ale chyba – choćby częściowo – prawdziwa.

Przed kilkoma laty redakcja „Biblioteki Kaznodziejskiej” poprosiła mnie o podsumowanie ankiet czytelników na temat współczesnych homilii. Jak wynika z wypowiedzi słuchaczy, bardzo często kaznodzieje zbawczą i nawracającą moc Bożego słowa zamieniają na siłę moralnych argumentów, które nie zawsze zakorzenione są w Dobrej Nowinie. Przypomina wypowiedź abp. Coleridge’a, który na synodzie poświęconym słowu Bożemu powiedział, że kaznodziejstwo sprowadzone do moralizowania może „wzbudzać zainteresowanie lub podziw, ale nie wiarę, która zbawia”. Ale jeśli nie „moralina”, to co?

Niedawno opublikowane „Dyrektorium homiletyczne” daje liczne wskazania dla kaznodziejów. Kiedy analizowane są teksty czytań okresu Paschy, znajdujemy taką oto podpowiedź: „Homilista znajduje w tych fragmentach jedno ze swoich najmocniejszych i najważniejszych narzędzi. Widzi, jak apostołowie posługiwali się Pismem do głoszenia śmierci i zmartwychwstania Jezusa, i on robi to samo, nie tylko używając tekstu, który akurat ma przed sobą, lecz zachowując ten sam styl przez cały rok liturgiczny”. Taka winna być „stylistyka” kaznodziejska, której osią nie jest nieustanna analiza katalogu grzechów, współczesnych wyzwań bioetycznych czy kwestii społeczno-politycznych. Celem kazania jest nieustanne wkraczanie w misterium zbawienia, które dokonało się i wciąż się dokonuje w Chrystusie. Bez tego wejścia – kaznodziei i słuchacza – wszystkie inne „palące kwestie”, do których chętnie kaznodzieje wracają, pozostaną zawieszone w próżni, a ich gadanie zamieni się w moralną połajankę albo polityczną agitkę. Takie jest moje najgłębsze przekonanie. Nigdy dość przypominania, że chrześcijaństwo to nie system etyczny, lecz nowa egzystencja, której źródłem jest miłość Tego, który ukochał nas, gdy jeszcze byliśmy grzesznikami. Bogu niech będą dzięki za papieża Franciszka, Rok Miłosierdzia i „Misericordiae vultus”.

Owszem, to prawda, że z każdego kazania można coś wziąć dla siebie, ale to nie może się stać argumentem dla akceptowania kaznodziejskiej bylejakości. Problem kazania to przede wszystkim problem kaznodziei i jego wiary. Jeden przykład. Michał Piętosa pisał na Facebooku o swoich wrażeniach z kazania wysłuchanego w Niedzielę Miłosierdzia Bożego. Otóż kaznodzieja – wcale młody chłop – „mówił o swoim zmaganiu i wątpliwościach, czy powinien upomnieć kupującego na stacji paliw hot-doga, okazując odwagę w wyznawaniu wiary – przez świadectwo, czy stchórzyć. Jak się ostatecznie okazało, on nie wykazał sie odwagą, a ja na próżno oczekiwałem wyjścia z klasą z przytoczonego przykładu, który swoją drogą jako jedyny zapadł w pamięć zarówno mi, jak i otaczającym mnie uczestnikom Eucharystii. P. S. I ani słowa o miłosierdziu…”.

Słusznie mówi ks. prof. S. C. Napiórkowski, że jeden kaznodzieja ma większy wpływ na wiernych niż stu teologów. I jest w tym prawda. To ambona wciąż jeszcze pozostaje główną tubą Kościoła i miejscem głoszenia Boga. Kaznodzieja projektuje na wiernych swoją wiarę i niewiarę, swoje wątpliwości i swoją wizję Boga, swój strach przed sądem i swoją ufność w Boże miłosierdzie. A jakimi się lekturami karmi? Wystarczy pójść na Targi Wydawców Katolickich. W tym roku nie byłem, ale w poprzednich latach dominowały: cuda eucharystyczne, nawrócenia i egzorcyzmy, no i święci – im bardziej niezwykli, tym lepiej. O Panu Jezusie jakby mniej.