O billboardzie głoszącym, że konkubinat to grzech wypowiedzieli się już prawie wszyscy. Mój komentarz dla KAI-u na temat badań CBOS-u też o niego zahaczył. W dyskusji pod tym komentarzem zauważyłem, że niektórzy czytelnicy nie rozumieją moich zastrzeżeń co do powoływania się na przykazania w głoszeniu norm moralnych. Powiedziałem tam: „Kiedy rozmawia się z ludźmi, to bardzo często wybrzmiewa: a co jest w tym złego? Oni nie wiedzą, a my chyba nie do końca potrafimy na to pytanie odpowiedzieć. Odpowiedź zaś: bo takie jest przykazanie – jest żadną odpowiedzią”. Jeśli więc nie na przykazania, to na co się powoływać?

Zacznijmy od początku. Billboard przedstawia dwie złączone dłonie, które – zamiast obrączki – jednoczy wąż, jednoznacznie kojarzony symbol grzechu. Tej jakże wymownej ikonografii towarzyszą dwa slogany. Jeden – wielkimi literami – głosi: „Konkubinat to grzech”, a drugi – dużo, dużo mniejszy: „Nie cudzołóż”. W ten sposób normę moralną – choć w sposób mało widoczny – powiązano z jej źródłem. Konkubinat jest grzechem, ponieważ jest złamaniem przykazania Bożego. Logiczne. Tak przecież uczyliśmy się katechizmu: „Grzech to przekroczenia przykazania Bożego lub kościelnego”, a gdy jest to przekroczenie „w rzeczy ważnej” w sposób „świadomy i dobrowolny” to jest to grzech ciężki. Do kogo przemawia taka argumentacja? Ano do tych, którzy czują się zobowiązani do przestrzegania przykazań. A kto się czuje do tego zobowiązany? Ano ten, kto uznaje autorytet tego, kto te przykazania formułuje – Boga (przykazania Boże) i Kościoła (przykazania kościelne). I tutaj zaczynają się schody. Bo te autorytety chwieją się u naszych wiernych coraz bardziej. Hasła „Bo Bóg tak powiedział”, „Bo Kościół tak naucza” nie robią już zbytniego wrażenia. Co więc robić?

Wyobraźmy sobie taką oto bardzo prawdopodobną rozmowę w konfesjonale: – Dlaczego się z tego spowiadasz? – Bo to grzech. – A dlaczego to jest grzech? – Bo Kościół /Pan Bóg zabrania. – A dlaczego zabrania? – Bo to złe. – A co w tym złego? – ???. I tutaj najczęściej dialog się kończy. Moje doświadczenie mówi mi, że nasi wierni doskonale wiedzą, co jest, a co nie jest grzechem. Problem się zaczyna, gdy mają wyjaśnić, co jest złego w tym czynie, który Bóg / Kościół określił jako grzech. Weźmy dwa przykłady. Co jest złego w nieobecności na Mszy św.? Co jest złego we wspólnym zamieszkaniu bez ślubu? Bo przecież grzech musi mieć w sobie jakąś złość, jakieś zło komuś wyrządzone. Mówiąc jeszcze inaczej: komu zostaje wyrządzona krzywda, gdy nie jestem na Mszy? Komu – gdy mieszkamy ze sobą, bo łączy nas miłość? Niejeden na to pytanie nie umiałby niestety odpowiedzieć.

Konieczność przestrzegania normy moralnej można uzasadniać na wiele sposobów, a przynajmniej na trzy. Pierwszy – to ze względu na autorytet autora tejże normy. Inaczej mówiąc: bo Bóg tak powiedział, a Ten jest przecież nieomylny. Drugi – ze względu na sankcje, które wiążą się z danym czynem: bo za grzech grozi kara, a jeśli to jest grzech ciężki, jest to – jak naucza Kościół – kara wiecznego potępienia. Trzeci – ze względu na konsekwencje, które wynikają z danego – w tym przypadku – złego czynu. Zbudujmy analogię do norm panujących w rodzinie. Otrzymujemy wówczas: nie rób tego, 1) bo tato/mama tak mówi (autorytet), 2) bo nie dostaniesz kieszonkowego (sankcja), 3) bo się skaleczysz (konsekwencja). Którego użyć argumentu? Ano tego, który będzie najbardziej adekwatny do sytuacji dziecka – im dojrzalsze będzie dziecko, tym częściej będziemy się powoływać na przewidywane konsekwencje, a tym rzadziej na sankcję karną i na autorytet rodziców.

Jeśli są tacy, dla których wystarczającym argumentem do zachowania normy moralnej jest autorytet Boga, który sformułował przykazania, to bardzo dobrze. Ale wiemy, że w wierze – tak jak w dojrzewaniu – przychodzi moment kryzysu dorastania, a wtedy kwestionuje się autorytety. Co wówczas robi rodzic? Póki nie może – bo dziecko jeszcze za małe – wytłumaczyć, jakie to może mieć konsekwencje, wprowadza system zewnętrznych sankcji, czyli kar i nagród. W wierze to prawda wiary mówiąca, że „Bóg za dobro wynagradza, a za zło – karze”. Przychodzi jednak moment, że człowiek przestaje się bać ojcowskich kar, które mu już niestraszne. To ten moment, gdy wizja piekła i potępienia wiecznego się oddala, staje się nieprawdopodobna, odrzucamy ją. I co nam wtedy zostaje? Tylko i wyłącznie odwołanie się do trzeciej strategii – do konsekwencji. „Konkubinat jest grzechem” – owszem, ale jest czymś złym nie dlatego, że Pan Bóg na niego nie pozwala, ani też dlatego, że pójdziesz za to do piekła, ale dlatego, że wyrządzasz nim krzywdę sobie i innym. I właśnie dlatego Pan Bóg na niego nie pozwala i pociąga on za sobą karę. W tej, a nie w odwrotnej kolejności.

Istotą problemu w głoszeniu prawd moralnych jest – moim zdaniem – uzmysławianie tego, jakie zło, jaką krzywdę i komu wyrządza się poprzez przekroczenie danej normy. Niestety, wielu z nas nie umie tego sobie uświadomić. Dla przykładu, nieobecność na Mszy św. niedzielnej jest rozumiana jako krzywda wyrządzona Bogu, a nie sobie, bo przecież Bogu – w sensie ścisłym – żadnej krzywdy wyrządzić się nie da. Dopóki ktoś nie pojmie, że ta Msza to dla niego, a nie dla Boga, to nie doceni własnej na niej obecności. Problem leży jednak nie tylko w wiernych, lecz także w głoszących. Kto z nas potrafi powiedzieć, dlaczego konkubinat jest krzywdzący i kogo? (Bo że jest grzechem – to wiemy, przecież to złamanie przykazania…). Kto z nas potrafi wyjaśnić to młodym ludziom, nie strasząc ich przy okazji, że nie będą mogli przystępować do Komunii? A może oni już wcale nie chcą przystępować, bo nie widzą w niej żadnej dla siebie wartości?

Moim zdaniem problem połączenia normy z konsekwencjami i odróżnienia wewnętrznych konsekwencji od zewnętrznej sankcji karnej jest kluczowy. Widać to doskonale w dyskusji nad problemem możliwości spowiadania się i przyjmowania Komunii przez osoby żyjące w ponownych związkach. Clou tego problemu tkwi w tym właśnie: czy ta „niemożność” sakramentalna to wewnętrzna konsekwencja czynu wynikająca z jego (grzesznej) natury czy też jedynie zewnętrzna sankcja nałożona na popełniających ten czyn? Bo jeśli to tylko sankcja – Kościół może ją zmienić, ale jeśli to stan, który wynika z natury tego czynu, którym jest sytuacja – mówiąc ogólnie konkubinatu – to żadnej nad tym władzy Kościół nie ma. Nie mnie to rozstrzygać. Ja jestem od komunikacji, a nie od dogmatyki sakramentalnej.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. W tym wszystkim w gruncie rzeczy chodzi o wiarę i jej kształt. Najpierw ma się wiarę dziecka, a wtedy za wszystkie argumenty wystarcza fakt, że to Bóg powiedział. Potem ma się wiarę dorastającego nastolatka, który spogląda na możliwe sankcje związane z tym, co robi. Człowiek dojrzały zaś szuka zrozumienia, wszak to czas fides quaerens intellectum, a wtedy patrzy na konsekwencje. Quidquid agis, prudenter agas et respice finem – Cokolwiek czynisz, czyń rozważnie i myśl o wyniku! Dopiero potem, na końcu – czasami wcześniej, czasami zaś nigdy – powraca wiara dziecka, już nie dziecinna, a dziecięca, gdy człowiek nie łamie sobie już głowy ani sankcjami, ani konsekwencjami, ale po prostu kocha Boga i wierzy Mu bezgranicznie. Dopiero wówczas słowa „Bo Bóg tak powiedział” przyjmuje się bezdyskusyjnie.

Mój ś.p. proboszcz mawiał: „Jak jesteś mądry, to zrobisz, jak ci mówię, ale jeśliś głupi – to zrobisz, jak będziesz chciał”. I tak Bóg mówi do nas nieustannie. Do takiej mądrości w wierze się jednak czasami długo dorasta. Póki co, trzeba sięgać po inną strategię: nie powoływać się zbytnio na Boga ani zbyt często nie straszyć piekłem bądź uwodzić – równie dalekim – niebem, ale uczyć człowieka mądrości przewidywania konsekwencji podejmowanych czynów i decyzji, bo wiedzę, co do grzechów to on ma. I wie, że konkubinat jest grzechem. Konia z rzędem temu, co mu wytłumaczy, co w tym złego i komu dzieje się w nim krzywda. Może taki billboard ktoś by wymyślił i sfinansował?