Zbliża się druga rocznica pontyfikatu papieża Franciszka. Pod wieloma względami to pontyfikat inny niż wszystkie. Jedną z cech tego papieża jest to, że ma bardzo dobry odbiór wśród ludzi spoza Kościoła, niewierzących i zdystansowanych przy jednoczesnym dystansie niektórych środowisk wewnątrz wspólnoty wierzących. Oczywiście, nie we wszystkim musimy zgadzać się z papieżem. Rzekłbym, że ten stopień winien być adekwatny do teologicznej kwalifikacji jego wypowiedzi. Czym innym jest nauczanie „ex cathedra”, a czym innym „ex finestra”. Zresztą, w jednym i w drugim potrzebna jest też inna precyzja autora. Czym innym jest jednak papieża krytykować, czym innym – obrażać, ujawniając przy okazji swoją niewiarę.

Za pontyfikatu św. Jana Pawła II w dobrym tonie było papieża nie krytykować. Tym się Polska różniła od innych krajów, że u nas się papieży nie krytykuje. Gdy Tadeusz Bartoś napisał książkę pt. „Jan Paweł II. Analiza krytyczna” z wielu stron podniosło się larum, bo przecież „jak można?”. Ano można. Z papieżem też można się nie zgadzać, byleby merytorycznie i z sensem. Nie jest bowiem tak, że papież i jego nauczanie nie może być przedmiotem krytyki, także – a może nawet przede wszystkim – ze strony członków wspólnoty, której przewodzi. Wszak Franciszek sam – wzorem ćwiczeń duchowych św. Ignacego – zachęca, by swobodnie wypowiadać swoje zdanie, nawet to krytyczne.

Czy i jak krytykowany jest papież przez tych, którzy są poza Kościołem, nie wierzą czy też wprost z nim wojują, obchodzi mnie w pewnym sensie niewiele. Czy jest przez nich obrażany – o tyle, o ile stanowi to przekroczenie obowiązującego prawa, np. jest obrazą głowy obcego państwa. Mogę ewentualnie apelować też do ich przyzwoitości i do norm, według których używanie słów wulgarnych, obraźliwych, znieważających w odniesieniu do innych osób w kulturalnym towarzystwie jest po prostu naganne. I tyle. Jeśli jednak idzie o tych, którzy pozostają w Kościele katolickim, mienią się tegoż Kościoła dziećmi i którzy wierzą, że w osobie papieża – jak mówi Kodeks – „trwa urząd udzielony przez Pana samemu Piotrowi”, wydaje się, że można wymagać nieco więcej niż tylko odrobiny przyzwoitości.

Szacunek dla papieża nie jest nigdzie zadekretowany, nie mówi o nim wprost ani Kodeks, ani Katechizm. O posłuszeństwie papieżowi mówił Bonifacy VIII w swojej bulli z 1302 r.: „Toteż oznajmiamy, twierdzimy, określamy i ogłaszamy, że posłuszeństwo każdej istoty ludzkiej Biskupowi Rzymskiemu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia”. To ważne stwierdzenie, bo akurat część krytyków papieża lubi się powoływać na – że tak powiem – stare dokumenty. Ktoś powie może jednak, że posłuszeństwo to nie to samo co szacunek. I że przecież można być posłusznym papieżowi, jednocześnie go nie szanując. Może i można. Nie wiem.

Jak jednak określić nasz stosunek do papieża? Czy to tylko rozszerzenie obowiązków wynikających z IV przykazania Dekalogu czy może coś więcej? Katechizm mówi, że szacunek dzieci do rodziców „karmi się naturalnym uczuciem zrodzonym z łączącej ich więzi” (2214), a „przejawia się w prawdziwej uległości i posłuszeństwie” (2216). Jaka więź łączy nas z papieżem? Niespodziewanie odpowiedź na to pytanie dał… wyrok Sądu Najwyższego, który wypowiedział się w sprawie cywilnej wytoczonej z powództwa ks. Zdzisława Paszkowskiego. Przypomnijmy, że 25 listopada 1997 r. w dzienniku „Trybuna” ukazał sie artykuł pt. „Joannes Paulus dixit”. Autor nazwał papieża prostackim wikarym z Niegowici. Ks. Paszkowski wniósł przeciwko autorowi powództwo o naruszenie dóbr osobistych. Otóż SN stwierdził, że „w przypadku naruszenia uczuć religijnych będących z istoty swej kategorią subiektywną, rolę kryterium obiektywnego może pełnić także stosunek bliskości osoby zainteresowanej, którą jest duchowny katolicki, do Papieża Jana Pawła II jako Pasterza całego Kościoła Katolickiego”. Dalej sąd stwierdza, że jest poza sporem, że powód jest powiązany z Papieżem Janem Pawłem II nie tylko uczuciowo, religijnie i światopoglądowo, lecz także funkcyjnie i hierarchicznie. Uzyskał on honorowy tytuł Prałata Papieża Jana Pawła II, przez co zalicza się do najbliższego otoczenia Papieża. Z tej racji ma szczególny obowiązek dbania o sprawy Kościoła i wiary”. W końcu sąd konkluduje: „nie ulega więc wątpliwości, że powoda łączą z Papieżem Janem Pawłem II szczególnie silne związki uczuciowe. To jest źródłem istnienia u niego dobra osobistego w postaci uczuć religijnych, a zarazem przyjaźni z Papieżem jako najwyższym autorytetem wiary i moralności”.

Przytoczyłem te obszerne fragmenty z uzasadnienia wyroku, aby uświadomić, jaką wartość Sąd Najwyższy (cywilny, a nie kościelny!) przypisał relacji, jaka zachodzi – oczywiście na różnych płaszczyznach – między ks. Peszkowskim jako wierzącym, kapłanem, a wreszcie „domownikiem” Ojca Świętego a samym papieżem. Sąd nie waha się określić tej relacji mianem uczuć religijnych, które poddają się obiektywizacji z racji zależności, jaka istnieje pomiędzy księdzem a biskupem Rzymu. Oprócz tej obiektywnej okoliczności funkcjonują także okoliczności subiektywne, jak osobista przyjaźń czy też wyróżnienie ze strony papieża. Sąd – jak widać – uznał, że w tej relacji istnieją nie tylko elementy wynikające z bliskości o charakterze „prywatnym”, ale że sama funkcja i miejsce w Kościele wytwarzają także pewną bliskość o charakterze obiektywnym. Oczywiście, istnienie tego indywidualnego i prywatnego komponentu w naszej relacji do papieża jest czymś dyskusyjnym i trudno mierzalnym. Nie każdy – nieco banalizując – musi lubić Franciszka, darzyć go sympatią, czuć się z nim emocjonalnie blisko. Wydaje się jednak, że każdego z wierzących Kościoła katolickiego obowiązują inne formy „bliskości”, które sąd nazwał religijną, funkcyjną czy hierarchiczną. Inaczej też zapewne będą się one kształtowały w odniesieniu do osoby świeckiej, inaczej – duchownej, choć wydaje się, że fundament tej bliskości dla wszystkich jest jeden: urząd Piotra przekazany przez Pana. To ten fakt teologiczny czyni papieża kimś nam bliskim. W końcu nie bez powodu nazywamy go „ojcem”.

Napisałem o tym wszystkim, gdyż w ostatnich dniach – nie szperając zbytnio po forach i tych witrynach, co do których można domniemywać, że miłością do papieża nie pałają – w komentarzach moich znajomych (Boże, jakich ja mam znajomych???) natrafiłem na wpisy dość niewybredne. Być może ośmielił ich do tego Rafał A. Ziemkiewicz swoim słynnym wpisem na Twitterze, którego miłosiernie nie będę cytował. Zdaję sobie sprawę, że wpis w rodzaju „To jest po prostu papież Kononowicz” to tylko wierzchołek góry lodowej. Hejtowanie papieża Franciszka i – szerzej – tzw. posoborowia (jak to pogardliwie o Kościele po Soborze Watykańskim II mówią niektórzy) jest coraz bardziej popularne, przestaje być anonimowe i jest coraz bardziej niewybredne. Dla przykładu Artur Zawisza w dyskusji na temat związków zawodowych pozwolił sobie przyrównać ostatni sobór do ideologii III Rzeszy: „A ma być jeden [związek zawodowy]? Sobór Watykański II w nauce o pluralizmie zawsze mówił: ein Fuehrer, ein Volk, ein Związek!”. Każdy choć trochę wykształcony natychmiast skojarzy sobie to sformułowanie z nazistowskim hasłem: „Ein Volk, ein Reich, ein Führer”. Pogarda dla Franciszka i jego wizji Kościoła objawia się coraz częściej bez jakichkolwiek wewnętrznych oporów.

Te i podobne zachowania ujawniają – w moim przekonaniu – jeszcze jeden fakt, jakim jest brak wiary tychże piszących w Bożą Opatrzność i obecność Ducha Świętego w Kościele. I to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze i najboleśniejsze. Z krytyką władzy duchownej jest jeden poważny problem. Otóż krytyka władzy doczesnej jest zawsze pośrednio krytyką tych, którzy tą władzę wybierają. Podejmując się krytyki władzy duchownej nie da się uciec od aspektu nadprzyrodzonego. Jeśli bowiem wierzymy, że w wyborze papieża ujawnia się nie tylko ludzkie poparcie, ale także asystencja Ducha Świętego i palec Boży, to jest to jednak – w jakiś sposób – krytyka wyborów dokonanych przez samego Boga. Czy mamy prawo powiedzieć, że opatrznościowi byli jedynie Jan Paweł II i Benedykt, a Franciszek to już nie? Jak bardzo trzeba nie wierzyć, by o papieżu napisać „idiota”? Jak bardzo trzeba nie ufać Duchowi Świętemu, by kpić sobie z Kościoła, któremu tenże papież przewodniczy? Czyżby Bóg przestał czuwać nad swoim Kościołem? Być może dla kogoś to dzieło Bożej Opatrzności objawia się bardziej jako dopust Boży niż błogosławieństwo. Trudno. Tym gorzej dla nich. Wielu by zapewne wolało, by Franciszek był biczem Bożym na niewiernych, ale on – jak się zdaje – jest biczem Bożym na wierzących. Czas, by się do tego przyzwyczaić.

PS Tak się zastanawiam, jak dzisiaj by reagował na te wpisy ks. prałat Z. Peszkowski… Ich autorzy są bowiem godnymi następcami redaktora „Trybuny Ludu”, który Jana Pawła II nazwał „prostackim wikarym z Niegowici”.