Diagnozowanie tego, co przed kilkoma dniami stało się w Paryżu, trwa. Szczególnie dużo mówi się o powiązaniu przemocy z islamem. Pomiędzy bardziej złożonymi analizami, pojawiają też te bardziej uproszczone, które można zamknąć w dwóch skrajnych formułach: „zamachy terrorystyczne w Paryżu nie mają nic wspólnego z islamem”, „zamachy to islam”. Myślę, że obie formuły są fałszywe – zarówno wykluczanie roli islamu (religii) w przejawach terroryzmu, jak i składanie wszystkiego na jej karb. Wiemy aż nadto dobrze, że – niestety – religia, także chrześcijaństwo, bywa dobrym narzędziem do usprawiedliwiana przemocy, a źle przeżywana i rozumiana może stać się jej inspiracją. Myśląc o tym, przypomniałem sobie film pt. „Hadewijch” Bruno Dumonta, o którym pisałem przed czterema laty (27.01.2011). Niestety, stał się jeszcze bardziej aktualny.

Najpierw tekst z bloga sprzed roku: „Właśnie oglądnąłem „Hadewijch” Bruno Dumonta. Rzecz smutna. O tym, jak łatwo pomylić wiarę z religijnymi fantazmatami. O religijnej radykalizacji, która pomieszana z polityką prowadzi do podkładania bomb. Słowem – o karykaturze wiary, i to nie tylko chrześcijańskiej. Céline poznajemy jako postulantkę w klasztorze. „Jesteś karykaturą zakonnicy” – słyszy Céline, która wbrew zaleceniom przełożonych nadmiernie pości i umartwia się. „Dieu n’est pas là” – mówi przełożona – „Boga w tym nie ma”. A co jest? Egoizm, pycha, przekonanie o wybraństwie, bez mała chęć równania się z Bogiem. Bohaterka wciąż mówi o miłości: o swojej miłości do Jezusa i o braku Jego miłości, o Jego nieobecności.

Skąd bierze się taka – wręcz neurotyczna – potrzeba Boga? Odpowiedź wydać się może nazbyt freudowska, ale taką właśnie podpowiada reżyser: z braku doświadczenia miłości. Poznajemy dom Céline – apartament na wyspie św. Ludwika w Paryżu. Ze ścian kilkunastu pokojów kapie złotem. W tej złotej klatce – samotna matka, bo ojciec minister wciąż nieobecny. „Brakuje ci miłości czy co?” – pyta bohaterkę Yassine, arabski muzułmanin z paryskiego przedmieścia. Wszystko wskazuje na to, że tak. Ale Céline odrzuca możliwość jakiejkolwiek ludzkiej miłości, a już na pewno miłości mężczyzny. „Nie potrzebuję mężczyzny, tylko Boga” – deklaruje bohaterka.

Spirala się nakręca. Céline staje się „uczennicą” radykalnego nauczyciela muzułmańskiego – Nassira. „Trzeba walczyć przeciwko upokorzeniu”. Céline myli oddanie Bogu z oddaniem się rewolucji. Pod Łukiem Triumfalnym wybucha bomba. Céline wraca do klasztoru. Żadna religia nie daje fizycznego spełnienia. Trzeba więc skończyć z ciałem i z życiem. Staw nieopodal klasztoru ma stać się jej grobem.

I wtedy Bóg się objawia. Jest bowiem ktoś, kto ją śledzi podczas pierwszego i drugiego pobytu w klasztorze. To młody robotnik, recydywista, pracujący przy remoncie klasztoru. To on ją wyciągnie z wody. Stanie się jedyną osobą, którą Céline obejmie, na czyim ciele się oprze. Scena wyciągnięcia dziewczyny z wody narzuca skojarzenia z chrztem, a więc ze zmartwychwstaniem, nowym życiem. Bóg był tam, gdzie Go nie szukała”.

Teraz kilka słów komentarza. Zaprzęgnięcie przemocy do celów religii nie jest niczym nowym i nie dotyczy – niestety – wyłącznie islamu. Swoją bolesną historię tego przeklętego mariażu ma też chrześcijaństwo. Nie bez przyczyny św. Jan Paweł II wzywał do rachunku sumienia. Mówił on o grzechu przyzwolenia „na stosowanie w obronie prawdy metod nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” (TMA 35). Przykłady tego przyzwolenia mające miejsce w ciągu wieków są znane i chyba nie trzeba ich przywoływać. Bywa jednak, że to połączenie religii z przemocą idzie jeszcze dalej, gdy to przemoc zaprzęga do swoich celów religię, a właściwie ludzi religijnych, którzy dochodzą do wniosku, że dotychczasowe pokojowe metody „obrony wiary” stają się niewystarczające i nieskuteczne. Granica między tymi dwoma procesami jest płynna, czasami trudno powiedzieć, czy dominuje już przemoc czy jeszcze religia, i co jest narzędziem czego. Z czasem jednak wiara zupełnie ustępuje miejsca walce. Dwudziesty wiek słyszał choćby opowieść o Chrystusie z karabinem, który sam stał się rewolucjonistą i prekursorem czerwonych terrorystów. Kościół odrzucił skrajną wersję teologii wyzwolenia, która wzywa do zbrojnej, dokonującej się w imię Boga walki przeciwko zniewoleniu ekonomicznemu, z czym mieliśmy do czynienia w Ameryce Południowej.

Zło chętnie posługuje się religią, czego przykładem może być to, co się działo w roku 1954 w Argentynie.Wspomina o tym kard. Bergoglio w swojej rozmowie z rabinem Skórką: „Nacjonaliści nie przejmowali mieszkańcami zgromadzonymi na Plaza del Mayo i wysłali samoloty, na których wymalowany był niewiarygodny napis „Cristo vence” (Chrystus zwycięża). Budzi to we mnie odrazę, gniew, oburzenie, bo jest to posługiwanie się imieniem Chrystusa dla celów politycznych. Pomieszano wówczas religię z polityką i czystym nacjonalizmem” (s. 225). Na samolotach znajdował się symbol, gdzie krzyż wpisany był w literę V oraz inicjały MR – „Movimiento Revolucionario” (Ruch rewolucyjny). Może dobrze będzie przypomnieć na tym miejscu to, co mówi Katechizm Kościoła katolickiego: „Bluźniercze jest […] nadużywanie imienia Bożego w celu zatajenia zbrodniczych praktyk, zniewalania narodów, torturowania lub wydawania na śmierć” (2148). Tak samo bluźnierczo odbierane jest hasło„Gott mit uns” na klamrach żołnierzy Wehrmachtu (choć wezwanie to nie jest wcale pomysłem nazistowskim, bo pochodzi z czasów Królestwa Prus, gdzie było dewizą państwową), jak okrzyk „Allah akbar!” na ustach zamachowców, czy też wezwanie „Caedite eos. Novit enim Dominus qui sunt eius” (Zabijajcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich), które miało paść z ust Arnauda Amalrica, legata papieskiego, przed zdobyciem bronionego przez katarów Béziers (Nawet jeśli takie zdanie nie padło, do czego dzisiaj przychylają się historycy, to dobrze pokazuje ono określoną mentalność). „Nadużywanie imienia Bożego w celu popełnienia zbrodni powoduje odrzucenie religii” – mówi Katechizm (2148). Niestety, nienawiść wobec islamu, ale także – choć mam nadzieję, że jedynie w historycznym kontekście – wobec chrześcijaństwa przynajmniej częściowo jest spowodowana tym właśnie – nie ma co ukrywać – szatańskim mariażem religii i przemocy, na którym – jak zwykle – najwięcej traci religia, która przestaje być wiarygodna jako wezwanie do miłości i pokoju.

Muszę przyznać, że zawsze z wielkim niepokojem odnoszę się do militarno-rewolucyjnej stylistyki w wierze. Od skądinąd biblijnego ideału walki duchowej bardzo łatwo przejść do walki wręcz. Miejsce duchowej, wewnętrznej psychomachii (zmagania się o własną cnotę) nader szybko zastępuje krucjata z orężem w ręku. Przykładem tego jest choćby bohaterka wspomnianego filmu, która w swoim życiu religijnym domagała się wciąż czegoś coraz bardziej radykalnego. Ostatecznie pomyliła miłość do Boga z walką przeciwko człowiekowi. I niestety, nam też wciąż to grozi, nawet jeśli ta nienawiść nie wyrazi się w naszym życiu w czynnej przemocy, a „jedynie” w hejtowaniu innych czy słownej pogardzie. Niestety, konieczność toczenia walki w imię Boga z przeciwnikiem religii dowodzi jedynie słabości Jego wyznawców i ich niewiary w prawdę, którą sami głoszą. Znamienne jest to, że właśnie w kontekście jubileuszowego rachunku sumienia św. Jan Paweł II przypomina – jak pisze – „złotą zasadę sformułowaną przez Sobór”: „Prawda nie inaczej się narzuca, jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie” (DWR 1). Ten, kto sięga po jakąkolwiek broń w celu obrony prawdy religijnej albo – jeszcze gorzej – w celu jej krzewienia, występuje przeciwko samej prawdzie.

I na koniec. Nie, nie przemawiają do mnie żadne filmy, plakaty, obrazki, gdzie Chrystusowi domalowuje się karabin, a nawet miecz, którego nigdy nie miał w ręku. Niczemu dobremu moim zdaniem nie służy także „ewangelizacja” – celowo użyłem cudzysłowu, bo wcale nią nie jest – którą musi odwoływać się do wizji z czasu krucjat. I nie przekonują mnie księża, którzy – aby opowiedzieć o służbie Bogu – potrzebują nazywać siebie „Bożymi komandosami”. Bo nie istnieje żadne „komando Pana Boga”. Chyba że terrorystyczne.