Komentarze po wczorajszym zamachu na redakcję gazety „Charlie Hebdo” są w gruncie rzeczy przewidywalne. Ci bardziej na prawo chętnie cytują Biblię, która mówi, że przecież „kto sieje wiatr, zbiera burzę”, a praprzyczyn tego, co się stało, doszukują się w antyreligijności Zachodu. Gdyby nie było zjadliwej antyislamskiej satyry, nie byłoby zamachów, co samo w sobie jest też i prawdą. Ci bardziej na lewo wskazują na wolność słowa jako podstawową zdobycz Zachodu i ostoję cywilizacji, której trzeba bronić za wszelką cenę i nie należy jej niczym ograniczać – także religią. Trudno to, co się stało w Paryżu skomentować w ten sposób, by próba wyjaśnienia powodów nie została odczytana jako usprawiedliwienie racji terroru. Myślę jednak, że wyjaśnianie tego, co się stało, wyłącznie w paradygmacie konfliktu cywilizacji i wojny kultur niewiele nam pomoże w znalezieniu jakiegoś wyjścia z sytuacji tak długo, jak długo obie strony myśleć będą wyłącznie o sobie.

Obrazie uczuć religijnych i możliwej reakcji na nie poświęciłem całą książkę pt. „Bluźnierstwo. Od grzechu do przestępstwa”. Świadomie unikając przykładów z obszaru – mówiąc ogólnie – kultury inspirowanej islamem, skupiłem się jedynie na konfliktach pomiędzy wrażliwością chrześcijańską a światem wolności słowa, ekspresji, kreacji artystycznej. Na płaszczyźnie prawa ten konflikt ujawnia się jako kolizja dwóch dóbr: wolności słowa oraz wolności sumienia i wyznania rozumianej jako prawo do niebycia obrażanym w tej części tożsamości człowieka, która konstytuowana jest przez jego wiarę czy religijność. Zapisy konstytucyjne, normy prawa międzynarodowego czy karnego poszczególnych państw – jako neutralny arbiter – próbują wyznaczać linię demarkacyjną między tymi dobrami i wolnościami. Jej przekroczenie kończy się najczęściej sądem. Ale oprócz płaszczyzny prawnej jest jeszcze płaszczyzna ludzkiej wrażliwości, a tej przecież nie da się zadekretować.

Owszem, prawdą jest, że hierarchia wolności może być zróżnicowana. Można bowiem przedłożyć jedną nad drugą. „Charlie Hebdo” jest – moim zdaniem – przykładem dania pierwszeństwa wolności słowa nad wolnością do/od religii, nawet za cenę obrazy człowieka, jego uczuć, jego wiary i jego Boga. Tak zwany nowoczesny człowiek może mieć trudności ze zrozumieniem (bo nie mówię już o akceptacji), że taki – dla niego tylko satyryczny – atak na kogoś może być odebrany jako wyraz fundamentalnej nienawiści przeciwko niemu. Konkluzja z bajki „Dzieci i żaby” I. Krasicki jest tutaj jak najbardziej na miejscu: „Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie! Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie”. Dla kogoś wiara, jej przedmiot czy symbol jest warta nawet oddania życia. Dla chrześcijańskich męczenników tą ceną było życie własne. Dla terrorystów chętnie powołujących się na islam jest nią życie cudze. Tutaj właśnie popadamy w drugą skrajność, gdy religię (wiarę) jako dobro przedkłada się nad wszystko inne, nawet ponad życie drugiego człowieka. Znamy to z własnej, chrześcijańskiej historii, co dobrze byłoby sobie też czasami przypomnieć.

Ten opis konfliktu dwóch wrażliwości jest prawdziwy i nieprawdziwy jednocześnie. Co więcej, nie wyczerpuje się w relacji laicyzm – islamiści. Niestety, śmiem podejrzewać, że niejeden chrześcijanin po kryjomu chciałby przyklasnąć temu, co się stało, a dla zamachowców chętnie okazałby przynajmniej zrozumienie, bo trudno publicznie ujawnić swoją akceptację dla ich metod. Przepraszam, ale podkreślanie, że trzeba po chrześcijańsku zapłakać nad ofiarami, przy jednoczesnym powtarzaniu, że w gruncie rzeczy sami sobie są winni, czyni wszelką żałobę faryzejską. Nic nie usprawiedliwia mordu.

Jak przed kilkoma laty zauważył J. Delumeau w kontekście publikowanych karykatur Mahometa, „dogłębna niespójność trwającej afery sprowadza się więc do tego, że muzułmanie oskarżają o bluźnierstwo ludzi, dla których coś takiego jak bluźnierstwo w ogóle nie istnieje”. Dla pełni obrazu trzeba jednak od razu dodać, że – mówiąc ogólnie – świat wolności słowa domaga się uznania tejże wolności od ludzi, dla których taka wolność nie istnieje, co więcej – byłaby czymś w rodzaju bluźnierstwa (zresztą nie tak dawno wolność słowa była jeszcze potępiana w łonie Kościoła katolickiego jako teza modernistyczna). Czy da się kiedykolwiek wyjść z tego impasu? Jak wiadomo, nie wszystkie media elektroniczne zdecydowały się na ukazywanie obraźliwych okładek „Charlie Hebdo”. Na pewno przez niektórych gest ten będzie odebrany jako kapitulacja przed rzekomą tyranią religii (islamu). Przez innych – jako uszanowanie dla wrażliwości potencjalnego odbiorcy, co prowadzi do świadomego samoograniczania się w wolności i powściągliwości w mówieniu, pisaniu, pokazywaniu. Nie wiem, czy więcej w tym szacunku dla wrażliwości odbiorcy, czy też może strachu przed agresywną reakcją. W tym przypadku byłaby to raczej kapitulacja niż odpowiedzialny wybór. Co więc robić?

Amerykański psycholog Simon Baron-Cohen w swojej monografii pt. „Teoria zła” próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, skąd bierze się zło w postępowaniu człowieka. Badania wskazują, że zło jest po prostu deficytem empatii. Kiedy szukamy dzisiaj najbardziej emblematycznego przykładu zła, najczęściej – jak pisze Baron-Cohen – wskazujemy na terrorystów, którzy „beznamiętnie” zabijają niewinnych cywilów, aby osiągnąć swoje cele polityczne czy religijne (bądź inspirowane religiami). Wybierając cel swoich nieempatycznych działań terrorysta kieruje się swoimi przekonaniami, ale – pisze psycholog – „trzeba uznać, że w chwili popełnienia czynu empatia terrorysty jest wyłączona”. Żaden terrorysta nie dba ani o dobro, ani o uczucia ofiar. Ale bądźmy konsekwentni. Owszem, „niektóre formy przemocy słownej nie powodują równie wielkich szkód, jak pewne rodzaje przemocy fizycznej”, ale nie znaczy to, że ich nie powodują. Wiemy doskonale, jak bardzo słowa mogą ranić, a człowiek zraniony przez słowo potrafi nawet zabić. To nie usprawiedliwienie, lecz jedynie wyjaśnienie mechanizmu.

Być może dla niektórych zabrzmi to zbyt radykalnie, a oba przykłady mogą się wydać nieadekwatne i nieproporcjonalne, ale bluźniercza karykatura może (i często jest) odbierana jako forma przemocy słownej czy ikonicznej. W żaden sposób nie chcę relatywizować zła pozbawienia życia człowieka, ale – próbujmy to rozumieć – satyra, karykatura, bluźnierstwo mogą też być odebrane jako forma – zachowując wszelkie proporcje – „ikonicznego terroryzmu”, tym bardziej – że dokonywanego w majestacie legalności. Konkluzja Barona-Cohena dotycząca konfliktu palestyńsko-żydowskiego pasuje także do tego konfliktu, który na nowo ujawnił się w tak krwawy sposób w Paryżu: „Na obecnym etapie tego konfliktu wiele osób po obu stronach dostrzega jedynie własny punkt widzenia. Można zatem powiedzieć, że każda ze stron straciła empatię dla drugiej”. Nikt nie chce, ani nie ma zamiaru wczuć się w sytuację drugiej strony, nikt nie ma zamiaru wykazać zrozumienia – nie dla czynów (bo ich zrozumieć nie sposób), ale dla zróżnicowanych fundamentalnych kryteriów życia i postępowania. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale w odbiorze wielu ludzi wierzących (niekoniecznie ekstremistów islamskich), to co robią ci, którzy stoją za publikacjami typu „Charlie Hebdo”, nie liczą się ani z dobrem, ani z uczuciami ofiar (bo przecież tak o sobie myślą obrażeni tymi karykaturami).

„[…] jedyna droga naprzód prowadzi przez empatię. […] Empatia – pisze Baron-Cohen – jest uniwersalnym »rozpuszczalnikiem«. Każdy problem zanurzony w empatii staje się rozpuszczalny – możliwy do rozwiązania. […] jako narzędzie rozwiązywania problemów empatia przewyższa wszystkie inne sposoby (takie jak karabiny, prawo czy religia). […] Wreszcie, w przeciwieństwie do religii, empatia z definicji nie może być narzędziem opresji” – kończy swoją książkę psycholog. I ma rację. Bez wzajemnej empatii ani rusz. Terroryzm islamistów pokazuje, jak łatwo posłużyć się religią jako usprawiedliwieniem dla braku empatii. Ale – bądźmy konsekwentni – „Charlie Hebdo” pokazuje jak dla wytłumaczenia braku empatii łatwo posłużyć się także wolnością jako czymś na kształt laickiej religii. I religia, i wolność stają się opresją, gdy popadną na grząski grunt braku empatii. I odwrotnie, brak empatii może się rozrosnąć do niebezpiecznych rozmiarów, jeśli tylko popadnie na żyzny grunt wolności czy religii, czyniąc tym samym – tak z wolności, jak i z religii ich niebezpieczne karykatury, które wzajemnie karmią się przemocą.