„Według przesłania Jezusa Królestwo istnieje, i to jedyny powód, dla którego życie nie jest z konieczności porażką. Jeśli Królestwo nie istnieje, to życie jest przegraną – zawsze, w każdym wypadku” – pisze Leszek Kołakowski. My, ludzie wierzący, nie mamy wątpliwości, że Królestwo istnieje. Trudniej nam się zgodzić w kwestii, gdzie istnieje i w jaki sposób się urzeczywistnia. Podpowiedź, którą daje sam Jezus w przypowieści o kozłach i owcach wskazuje, że natura tego Królestwa jest przynajmniej dwojaka: w pełni urzeczywistni się dopiero w wieczności, ale przecież zaczyna się już tutaj.

Pokusa budowania Królestwa Bożego na ziemi jest tak stara jak stary jest właściwie człowiek. Nie jest to bowiem przypadłość jedynie uczniów Chrystusa. Zdaje się, że w każdej religii – objawionej czy też nie – jest ukryte pragnienie ostatecznego ustanowienia boskiego porządku tutaj – na ziemi. Chrześcijanie nie są z tej pokusy wyłączeni. Świadomie piszę o tym, że to pokusa. I to pokusa – jak piszą mądrzejsi ode mnie – perwersyjna.

Najpierw Leszek Kołakowski, który w swoim eseju pt. „Jezus ośmieszony” wiele miejsca poświęca relacji między sacrum a profanum. W jego rozumieniu jedyna właściwa relacja między tymi dwoma aspektami rzeczywistości to równowaga. Zarówno próba zniesienia sacrum przez profanum (profanacja wszystkiego), jak i zniesienia profanum przez sacrum (sakralizacja wszystkiego) zawsze prowadzi do tego samego – do totalitaryzmu. „Teokracja – pisze Kołakowski – która nie chce niczego wystawiać na ryzyko doczesności, ale usiłuje narzucić ścisłe reguły wszystkiemu, co stworzone, nieuchronnie zaczyna tęsknić za tym, czym chce być: sakralizując wszystko i znosząc różnicę między sacrum a profanum, niszczy sacrum, pozostawia je jedynie jako pretekst służący aspiracjom i interesom profanum i przeobraża się w totalitarną tyranie, perwersyjną imitację raju. […] Jezus nie nawoływał do tyranii sacrum” (s. 40-41).

I Benedykt XVI, który w encyklice Spe salvi wiele miejsca poświęca relacji między nadzieją zbawienia a doczesnością. Kiedy analizuje myśl Kanta i Marksa, zwraca uwagę na ideę ustanowienia „królestwa Bożego”, które według Kanta miałoby zastąpić tzw. wiarę kościelną. To „królestwo” otrzymało nową definicję i nowy sposób obecności: „oczekiwanie natychmiastowe”, którego realizację mogą przyśpieszyć rewolucje. „Jak tylko rozwieje się prawda o »tamtym świecie«, trzeba będzie ustanowić prawdę o »tym świecie«” – relacjonuje myśl Marksa papież (nn. 19-20). Co się jednak dzieje, gdy człowiek próbuje ustanowić takie „królestwo Boże” bez Boga? „Nie ma […] wątpliwości, że »królestwo Boże« realizowane bez Boga – a więc królestwo samego człowieka nieuchronnie zmierza ku» perwersyjnemu końcowi« wszystkiego” – odpowiada Benedykt XVI.

A co z „królestwem” realizowanym z Bogiem? Co z „królestwem Bożym”, które chciałoby się zaimplantować w ten świat w sposób całościowy, strukturalny, teokratyczny – tzn. oddając wszelką władzę Bogu, czy też ludziom działającym w Jego imię? Benedykt przestrzega także przed taką religijną utopią. „[…] nigdy na tym świecie nie zostanie definitywnie ugruntowane królestwo dobra”. Dlaczego? Z powodu ludzkiej wolności. „Kto obiecuje lepszy świat, który miałby nieodwołalnie istnieć na zawsze, daje obietnicę fałszywą; pomija ludzką wolność. Wolność musi wciąż być zdobywana dla dobra. Wolne przylgnięcie do dobra nigdy nie istnieje po prostu samo z siebie. Jeśli istniałyby struktury, które nieodwołalnie ustanowiłyby jakiś określony – dobry – stan świata, zostałaby zanegowana wolność człowieka, a z tego powodu ostatecznie struktury takie nie byłyby wcale dobre” (n. 24). Nie ma podstaw, by nie myśleć, że ta przestroga dotyczyć może także Kościoła i ludzi Kościoła, którzy – owszem, w imię Boże – chcieliby ustanawiać tutaj na ziemi „lepszy świat”, „Królestwo Boże” w swej ziemskiej emanacji. Obyśmy nie pomylili „biblijnej nadziei Królestwa Bożego” z „nadzieją na królestwo ludzkie, nadzieją na lepszy świat, który będzie prawdziwym »królestwem Bożym«”.

Gdzie jest więc to królestwo, o którym mówi Jezus, a bez którego – jak pisał Kołakowski – życie jest porażką? Odpowiedź na to pytanie daje przypowieść z Ewangelii wg św. Mateusza. Jakkolwiek brzmi to górnolotnie, trzeba tak to powiedzieć: królestwo Boże jest tam, gdzie jest miłość. I to niekoniecznie nawet miłość motywowana samą osobą Jezusa. Jak słusznie zauważył o. Grzegorz Kramer SJ w swoim krótkim komentarzu, „dzisiejsza Ewangelia mówi o Królu, który jest nierozpoznawalny. Jest w przebraniu. Nie rozpoznali Go i dobrzy, i źli. I to bardzo dobrze, bo mamy czynić dobro bezinteresownie. Mamy kochać bezinteresownie”. Do niejednego niewierzącego można by więc powiedzieć za samym Jezusem: „Niedaleko jesteś od Królestwa niebieskiego”. Bo – jak mówi Benedykt XVI – „Jego królestwo to nie wyimaginowane zaświaty, umiejscowione w przyszłości, która nigdy nie nadejdzie; Jego królestwo jest obecne tam, gdzie On jest kochany i dokąd Jego miłość dociera” (n. 30). A miłości – jak wiadomo – nie da się nijak zadekretować, ustanowić, uchwalić, zarządzić. Bo jedynym powodem miłości jest wyłącznie miłość. Miłość z nakazu byłaby perwersją.