Bądźmy logiczni – walka z halloweenową dynią jest pośrednim wyrazem przekonania o jej sile.

Miałem się już nie odzywać w kwestii Halloween, ale chyba jednak trzeba coś dorzucić do tekstu, który napisałem przed rokiem.

Ci, co walczą z tym świętem – chcąc nie chcąc – przyznają, że ma ono w sobie moc. Są jak ci apostaci, którzy gotowi są poruszyć ziemię i niebo, aby uzyskać wpis do księgi chrztów, że zostali wypisani z Kościoła. O, zaiste, wielka jest ich wiara, skoro żyją przekonaniem, że jeden wpis wyzwoli ich z łaski sakramentu i „wypisze” z Chrystusa, do którego zostali wszczepieni. Ich wiara – o, paradoksie! – daleko jest większa niż tych wszystkich tysięcy bezimiennych apostatów, od których aż się roi na naszych drogach. Ci nic sobie nie robią z wpisu i wypisu z Kościoła.

Kto czytał moje „Bluźnierstwo” spotkał się już z prezentowaną tam tezą, że – w teologicznym znaczeniu – aby bluźnić, trzeba wierzyć. Bluźnierstwo jest wyznaniem wiary à rebours, wiary odwróconej, ktoś powie, że wiary diabelskiej, ale jednak wiary. Jej istotą jest zanegowanie tego, co w wierze najważniejsze: nie tylko że Bóg jest, ale także że Jemu się wierzy i Jemu się powierza siebie. Bluźnierca wypowiada akt wiary przeciwnej. Owszem, wierzy że Bóg jest, ale Jemu nie wierzy i Jemu się nie powierza. Te dwa akty są możliwe pod warunkiem uprzedniego zaistnienia tego pierwszego – że wierzy się w Boże istnienie. Jaki byłby bowiem sens bluźnić komuś, w kogo się nie wierzy, czyjego istnienia się nie zakłada? Tylko głupiec wygraża pięścią w kierunku pustego nieba.

Istotą magicznego podejścia do rzeczy jest przekonanie o istnieniu immanentnego, wewnętrznego związku między materią a jakąś mocą. Takie właśnie przekonanie reprezentują ci, którzy sądzą, że wystarczy trzymać w ręku wydrążoną dynię, by tym samym przywołać złe duchy. Magia i zabobon bliskie są religijności. Jest wszakże między nimi istotna różnica. Myślenie magiczne niesie w sobie niebezpieczeństwo determinizmu, unieważnia Bożą Opatrzność i wolną wolę człowieka. Staje się tak, gdyż w w przypadku zabobonu następstwo faktów przypisywane jest skuteczności jakiejś siły zawartej czy skumulowanej w materii.

Dobrze jest tutaj przypomnieć, że wiara chrześcijańska zupełnie inaczej wyjaśnia związek między materią a skutecznością działania. Wystarczy przeczytać modlitwy błogosławieństwa. I tak na przykład w modlitwie ad omnia kapłan prosi o błogosławieństwo dla tych, „którzy zgodnie z Twoją wolą będą tego używać”. Przy poświęceniu różańca modlimy się, „aby każdy, kto będzie go nosił ze czcią oraz odmawiał z uwagą i nabożnie rozważał […]”, a przy medaliku ksiądz prosi o błogosławieństwa dla wszystkich tych, którzy będą go nosili „jako wyraz naszej wiary”. Wszystkie te modlitwy mówią o jednym: nawet rzeczy poświęcone i pobłogosławione nie działają same z siebie. Jeśli można tak powiedzieć, to ich działanie uzależnione jest od wiary, pobożności, intencji, zachowania, życia tych, którzy się nimi posługują. Mówiąc inaczej – od tego, czego są wyrazem, co się za nimi kryje, jaką wartość i jakie odniesienie się im przypisuje. Te wszystkie zastrzeżenia są bardzo potrzebne, abyśmy nie przekroczyli cienkiej granicy między religijnością a magią i zabobonem.

ks. Andrzej Draguła, „Bluźnierstwo”

ks. Andrzej Draguła,, „Bluźnierstwo”, Wydawnictwo „Więź”, Warszawa 2013

Oczywiście, nie jest tak, że rzeczone święto nie jest żadnym zagrożeniem. Oczywiście, że może nim być. Wszystko jednak zależy od tego, jaką wartość przypiszemy związanym z nim rytuałom, jakie znaczenie im nadamy, jaką rolę odegrają one w naszym życiu. Być może dla kogoś zwyczaje związane z tym świętem są faktycznym wyrazem wiary satanistycznej czy oddania się złym duchom. Trudno jednak o satanizm podejrzewać dziecko proszące o cukierka, które jest – i to chyba jego największe nieszczęście – bezmyślnym naśladowcą obcej tradycji kulturowej.

Tak, Halloween pokazuje bardzo poważny problem, o którym staram się mówić, gdzie mogę. Człowiek jest istotą symboliczną i rytualną. Tak zwany nowoczesny człowiek też takim pozostaje, choć czasami nie chce się do tego przyznać. Życie nie znosi pustki. Jedne rytuały zostają zastąpione przez inne, jedne symbole ustępują miejsca kolejnym. To jest pytanie, które musimy sobie postawić: dlaczego nowy rytualizm związany ze śmiercią, życiem pośmiertnym, światem duchów jest dzisiaj taki modny? Co się stało z naszymi rodzimymi, chrześcijańskimi (a także ludowymi) rytuałami? Coraz modniejsze „procesje świętych” są próbą wypracowania jakiegoś nowego rytualizmu w tym kontekście. Jest to pomysł interesujący, ale sam mam do niego dystans, zwłaszcza do wszelakich „balów wszystkich świętych”, gdzie roi się od przebranych świętych Janów Pawłów Drugich. Obyśmy nie popadli w banał. Jedno jest pewne: trzeba przywrócić właściwe miejsce i właściwą rolę obrzędowości i symbolice w Kościele. Człowiek – powtórzmy to raz jeszcze – jest istotą symboliczną. Tracąc jedne symbole – przysposobi sobie nowe. Samo wyzywanie, że znalazł sobie coś innego – nie wystarczy.